Miasta




Odnajdywałem perwersyjną przyjemność w zestawianiu
ze sobą tych dwóch epok: carskiej i sowieckiej

Wilno: punkt na mapie


Andrzej Romanowski


Nic osobistego nie łączyło mnie z Wilnem – dopóki tu nie przyjechałem. Pamiętam pierwszą noc – spędzoną w przejmującym jesiennym zimnie, na walizkach. Cisza uśpionego akademika, długi korytarz oświetlony żarówkami zawieszonymi u sufitu, jednostajne kapanie wody z zepsutego kranu. A na koniec, o brzasku, wyłaniające się za oknami kopuły wymarłej cerkwi. 


Pamiętam też noc następną – spędzoną w jednej z tych wielu, na pół ruderowatych (kiedyś na pewno eleganckich) kamienic za Wilenką, na Zarzeczu. Mieszkanie wypełnione niezliczonymi pamiątkami po II Rzeczypospolitej: szablami, medalami i portretami Piłsudskiego. Gospodarz, który nie spuszcza ze mnie oka i raz po raz cedzi przez zęby: „a mnie się zdaje, że pan jest z KGB...” Wódka pita wspólnie z gospodarzem i jego sąsiadem-Litwinem, opowieść o kraju Sowietów. Zdawało mi się, że stoję u bram piekieł. „Ot, swoboda – powtarzał Litwin – po kacapsku.”

wydarta dusza
Nie mogę się uwolnić od obrazu sowieckiego Wilna. Na ulicach widniały wtedy transparenty w języku rosyjskim i litewskim; na chodnikach stały gabloty wypełnione fotografiami przodowników pracy; na dworcach rozlepione były dziesiątki listów gończych z powtarzającymi się napisami: „Razyskiwajetsja priestupnik”... Miasto o wydartej duszy: to wszystko, co mnie naprawdę interesowało, oglądałem wtedy zmienione, zeszpecone, obrócone w ruinę. I od tego właśnie pierwszego pobytu zacząłem powojenne dzieje Wilna przykładać do własnego, krakowskiego życia.
Bo warto było to sobie uświadomić. W roku, w którym się urodziłem, wysadzono w powietrze trzy krzyże na Górze Trzykrzyskiej. Nie wiem, której dokładnie nocy obudził mieszkańców wileńskiej Starówki huk zdetonowanego ładunku. W każdym razie Góra Trzykrzyska i Bekieszowa nie różniły się już odtąd między sobą – także dla mnie, który przybyłem do Wilna 28 lat później. 
Kończyłem pierwszy rok życia, kiedy na placu Łukiskim (tam, gdzie niegdyś tracono powstańców styczniowych) postawiono pomnik Lenina. Na cokole umieszczono napis litewski: „Leninas”. Wielokrotnie przechodziłem obok tego symbolu władzy sowieckiej, mając jednak wzrok utkwiony w stojący za nim, a dawno już wtedy zamknięty, kościół św. św. Filipa i Jakuba. Na ówczesnych widokówkach przedstawiano pomnik Lenina wyłącznie w ten sposób, by równocześnie nie pokazać kościoła.
Miałem cztery lata, kiedy nieopodal katedry wileńskiej stanął spiżowy Aleksander Puszkin. Stało się to w Wilnie już po raz drugi w dziejach: pierwszy pomnik Puszkina postawiono jeszcze w czasach carskich. W rok po odsłonięciu „drugiego Puszkina” katedra wileńska pod wezwaniem Świętego Stanisława Biskupa Męczennika – została zamieniona na galerię obrazów. Taką właśnie katedrę ujrzałem podczas mej pierwszej wileńskiej jesieni – powitał mnie wtedy napis: „kartinnaja galereja”.
Miałem jedenaście lat (u nas były to już czasy Gomułki, w Sowietach – czasy Chruszczowa), kiedy pod wileńskim Ratuszem stanął pomnik Mickiewicza. Ale nie był to wcale Adomas Mickievičius (tak zwą Litwini naszego poetę). Pomnik pod Ratuszem przedstawiał komunistę Vincasa Mickievičiusa-Kapsukasa... Ratusz stoi na drodze do Ostrej Bramy, a jego gmach służył w XIX wieku jako polski teatr: to tutaj po raz pierwszy rozbrzmiała Moniuszkowska „Halka”. Zaś nieopodal Ratusza wznosi się kościół pod wezwaniem patrona Litwy – św. Kazimierza Jagiellończyka. Miałem piętnaście lat, kiedy kościół ów został zamieniony na Muzeum Ateizmu.

wilcze sadło
Warto o tym wszystkim pamiętać. Tym bardziej, że nie po raz pierwszy deformowano wtedy oblicze Wilna. Po Powstaniu Styczniowym to samo czynił generał-gubernator Michaił Murawjow-„Wieszatiel”. Litewska stolica była zawsze miastem kościołów i cerkwi, ale Murawjow budował i odbudowywał świątynie prawosławne na potrzeby nie tyle już ludności miejscowej, co napływowej ludności rosyjskiej. Akcji tej towarzyszyło zamykanie kościołów i klasztorów katolickich. Polityka była konsekwentna: w jej rezultacie Wilno drugiej połowy XIX wieku stało się dość typowym, gubernialnym miastem rosyjskim. Nawet woźniców ubrano w moskiewskie tułuby. W miejscach publicznych małe, dyskretne tabliczki przypominały na wszelki wypadek: „goworit’ po pol’ski wospreszczajetsja”. 
Oczywiście, wznoszono też rosyjskie pomniki – nie tylko Aleksandra Puszkina. W roku 1898, na placu Biskupim, postawiono monument Murawjowa. Bohater opowiadania Andrzeja Struga pt. „Bestia” ogląda ze zgrozą ów pomnik po powrocie z zesłania z Sybiru. Tadeusz Stanisław Wróblewski – ówczesny wileński adwokat i bibliofil – mieszkał w domu naprzeciw pomnika Murawjowa, toteż nazwał swe mieszkanie „Gospodą pod Rakarzem”. To w tym miejscu, przy ul. Uniwersyteckiej 9, odbywały się na przełomie stuleci znane w Wilnie spotkania Towarzystwa Szubrawców (nie mylić z Szubrawcami braci Śniadeckich). Pewnej nocy któryś z Szubrawców Wróblewskiego podkradł się pod pomnik Murawjowa i wysmarował go wilczym sadłem. Odtąd przez szereg dni psy z całego miasta zbiegały się pod Murawjowa i wyły. 
W sześć lat po „Wieszatielu”, w roku 1904, ustawiono obok katedry św. Stanisława pomnik carycy Katarzyny II. Był to ostatni w Wilnie akt samodierżawia, pomyślany jednak przez władze jako okazja do... porozumienia z tutejszą szlachtą. Rzeczywiście, sześćdziesięciu trzech przedstawicieli najmożniejszych rodów litewskich pojawiło się na placu katedralnym podczas ceremonii odsłonięcia. Wzbudziło to powszechne oburzenie, a obecnych na uroczystości ziemian przezwano „kataryniarzami”. Akurat przed paru dniami profesor Tadeusz Bujnicki, wilnianin z urodzenia, udostępnił mi odgrzebany w papierach rodzinnych „Marsz kataryniarzy”:

Zapomniano już powstanie, 
Darowane winy, 
Dziś symbolem pojednania 
Pomnik Katarzyny. 

Dziś po wszystkich tych pomnikach – i carskich, i sowieckich – nie ma już śladu. Te pierwsze zdemontowali sami Rosjanie latem 1915. Zdejmowanego z cokołu Murawjowa z pętlą na szyi obserwował młody Stanisław Stomma: wspominał to niedawno na łamach „Tygodnika”. Demontażu pomników sowieckich dokonali Litwini w latach 1990-1992, równocześnie z „wybijaniem się na niepodległość”. Jedynie „drugi Puszkin” został przeniesiony do wileńskich Markuci, do muzeum, które istnieje w dawnej posiadłości syna rosyjskiego poety. Dziś, spacerując po wolnym Wilnie, nie zapominajmy jednak: Lenin, Kapsukas i zdobywca miasta, kat AK Iwan Czerniachowski – stali tu na cokołach jeszcze kilka lat temu. 

orzeszkowa i s-ka
Odnajdywałem perwersyjną przyjemność w zestawianiu ze sobą tych dwóch epok: carskiej i sowieckiej. Tą drugą zdążyłem poznać, więc starałem się dowiedzieć, co właściwie działo się w Wilnie sto lat temu. Zdumiewające: na mapie kultury polskiej okresu pozytywizmu było Wilno zupełnie nieobecne. I stało się to zaledwie kilkanaście lat po śmierci Mickiewicza!
Relacje Polaków, zjeżdżających wtedy na Litwę (na przykład Stanisława Tarnowskiego) zachowują do dziś tamto przerażenie. Osobliwe relacje: zupełnie, jakby opisywano, tak dobrze mi znane, Wilno sowieckie... A przecież i wtedy, i za naszych czasów, miasto nie kapitulowało: zawsze byli tam ludzie, którzy – jak mój gospodarz z drugiej wileńskiej nocy – poświęcili życie na przechowanie tradycji. I tak też się działo w czasach pozytywizmu: Wilno było jednak wtedy miastem Orzeszkowej... W kamienicy przy ul. św. Jana 2 mieściła się w tym czasie księgarnia nakładowa „E. Orzeszkowa i S-ka”. Pisarka, mieszkając cały czas w Grodnie, przyjeżdżała często do Wilna, a w pisanych wówczas nowelach „Z różnych sfer” portretowała to miasto jako „Onwil”. Dom, w którym mieściła się księgarnia, stoi do dziś nieopodal uniwersytetu: kiedy zostanie tu odsłonięta, zaplanowana już przed trzema laty tablica pamiątkowa? 
Dopiero po rewolucji 1905 roku możliwe stało się w Wilnie normalne polskie życie kulturalne. Na Zarzeczu 24, parę domów za kamienicą z mojej drugiej wileńskiej nocy, wznosi się do dziś dom Ferdynanda Ruszczyca. W zbiorach Mokslu Akademijos Biblioteka (czyli dawnej Biblioteki Wróblewskich, założonej przez wspomnianego mecenasa Wróblewskiego) znajdują się zdjęcia wnętrz tego domu wykonane przez Jana Bułhaka. Szereg pokojów w amfiladzie, lustra, kandelabry, kwiaty w kryształowych wazonach... Tak wyglądały domy Zarzecza na początku naszego stulecia. Dziś, pod koniec wieku, po latach panowania Przodującego Ustroju, rejon ten wygląda czasem jak po bombardowaniu. Na rogu Zarzecza i Młynowej jedna z kamienic ma zerwany dach: czy nadal mieszkają w niej ludzie?
Orzeszkowa i Ruszczyc: nic nie wskazuje na to, by zetknęli się kiedyś osobiście. Dwie różne epoki, dwie różne generacje. Ale autorka „Nad Niemnem”, przyjechawszy do Wilna na kilka miesięcy przed zgonem, donosiła Władysławowi Reymontowi: „W teatrze »Lillę Wenedę« widziałam, w wykonaniu świetnym, z dekoracjami Ruszczyca prawdziwie czarodziejskimi. Gdyby trochę wolności, gdyby choć trochę, co by to była za kultura, jaka siła pociągu na plemiona sąsiednie wywierana i jakie rozwiązanie kwestii różnoplemienności tej ziemi. Ale wiedzą o tym ci, co są w górze i dlatego właśnie skały pod nogi i kamienie na głowy nam rzucają”.
Liberalizacja w ostatnim dziesięcioleciu władzy carskiej nie miała analogii w schyłkowym okresie Wilna sowieckiego. Ale przecież i wtedy coś się zaczynało przełamywać. Kiedy powróciłem do Wilna po latach, nie poznałem miejsc, z których przedtem pamiętałem „Małyj zał barokko” w kościele Bonifratrów lub pustą przestrzeń nad Wilenką, obok św. Anny, Bernardynów i św. Michała. I otóż właśnie: jeszcze w roku 1984, a więc przed Gorbaczowem, odsłonięto w Wilnie dwa monumenty odwołujące się do polsko-litewskiej tradycji. Naprzeciw Bonifratrów stanął pomnik budowniczego katedry, Wawrzyńca Gucewicza; naprzeciw Bernardynów – Adama Mickiewicza. W jednolitym dotąd totalitaryzmie pojawiały się wówczas coraz głębsze rysy i pęknięcia. Ale „skały pod nogi i kamienie na głowy” rzucano w Wilnie do końca: jeszcze w styczniu 1991 ginęli tu w walce z Armią Sowiecką obrońcy wieży telewizyjnej...

florencja północy
A przecież wszystko mogło być inaczej. „Miłe miasto. Rzędem biegną mury, pagórki, otoczone zielenią, pieszczą mury. Mury tęsknie na pagórki spoglądają. Miłe miasto. Gdy na który z pagórków się wyjdzie, ku niebu przez mgłę oparów błyszczą do góry wieżyce, wieżyczki, na których, gdy dzwony zadzwonią, nie wiadomo, czy się skarżą, czy o łaskę proszą, czy tęskny tylko do nieba głos wznoszą. Miłe miasto. Miłe mury, co mnie niegdyś dzieckiem pieściły, co kochać wielkość prawdy uczyły – miłe miasto...” 
Miłe – to znaczy też: dla wszystkich. Autor tych słów – Józef Piłsudski, nie cieszy się jednak wielką sympatią Litwinów: to na jego rozkaz zajął niegdyś Wilno gen. Żeligowski. Ale spróbujmy na te nasze kilkudziesięcioletnie, polsko-litewskie spory o Wilno popatrzyć szerzej. Gdzie mocniej niż tutaj splotły się ze sobą kultura Zachodu i kultura Wschodu? Legenda o siedmiu franciszkanach zamęczonych w czasach Olgierda na Górze Trzykrzyskiej, łączyła się w Wilnie z legendą o trzech zamordowanych zakonnikach prawosławnych: Iwanie, Antoniju i Jewstafiju. Wilno – najmłodsza stolica chrześcijańskiej Europy – strzegło symbiozy kultur, wykwitłej tu w sposób naturalny, organiczny. Jeżeli było to zawsze miasto Zachodu – to przede wszystkim w tym sensie, że każdy czuł się tu – i czuje – u siebie. Czy trzeba się dziwić, że nazywano niegdyś Wilno „Florencją północy”?
Czym jest dla Europy ów punkt na mapie u zbiegu Wilii i Wilenki – widać najlepiej na tych, wspominanych przez Piłsudskiego, pagórkach. I widać to też w jarach i na stromych lesistych zboczach, na których wyrasta las krzyżów starych wileńskich cmentarzy. Bo wszędzie w tych miejscach można sobie wyobrazić spływające z pagórków armie Aleksieja Michajłowicza, Piotra Wielkiego, Katarzyny, Napoleona, Aleksandra, Wilhelma, Stalina, Hitlera... Wnioski są w Wilnie aż banalne w swej oczywistości.
Droga do Europy wiodła bowiem zawsze przez to miejsce. Aby w roku 1794 feldmarszałek Suworow mógł zdobyć Warszawę, a w 1799 wjechać do Mediolanu – wprzód musiał opanować Wilno. Aby w roku 1813 armie Kutuzowa mogły maszerować przez Księstwo Warszawskie, Niemcy i Francję – musiały najpierw przejść przez Wilno. Kiedy w roku 1945 marszałek Żukow zdobywał Berlin – na jego drodze, zaledwie kilka miesięcy wcześniej, leżały te właśnie pagórki i lasy, w których Gedymin śnił niegdyś o żelaznym wilku. To z tego miejsca można było Europę chwycić za gardło.
I jeżeli to się udało – to historia była już potem zawsze taka sama. Kościoły zamienione na magazyny, klasztory zamienione na koszary, pomniki obcych bogów. Wilno carskie, Wilno sowieckie, Wilno gubernatorskie, garnizonowe i euroazjatyckie... A na zachód od Wilna – raz bliżej, raz dalej – żelazna kurtyna. Ściana oddzielająca wolność od zamordyzmu.

Fotografie: BOGDAN KRĘŻEL










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl