|
Miasta
Wenecja Josifa Brodskiego
Płaska ziemia
Ewa Górniak
„Miłość to znaczy popatrzeć na siebie,
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.”
Czesław Miłosz
I.
Mężczyzna w połowie życia nie staje na skraju ciemnego lasu, nie zapuszcza się w jego głąb. Staje nad taflą wody i dopiero odtąd jego życie dzieli się na pół. Zwierciadło wody ma charakter szczególny, czyni ziemię płaską. Miesza stulecia, kultury i kolejność doświadczeń. Wygnanego na zawsze oddziela od ojczyzny, zakochanego – od miłosnego spełnienia. To wszystko przestaje być ważne, a fakt, że słońce co dnia niknie za horyzontem, nie świadczy o życiu na drugiej, nie istniejącej przecież półkuli, lecz o jego własnej śmierci. Odbicie w wodzie jest tak samo płaskie jak płowiejące fotografie jego bliskich, starannie uprawiane stronice książek, płótna ukochanych mistrzów, ekrany pałacowych czy kościelnych fasad, na których barokowi architekci zaprojektowali najsłodsze wizje miasta oddzielającego niebo od wód, a jednak wciąż na miarę człowieka.
Tylko światło wyznacza przestrzeń. To jemu trzeba stawić czoła. Wszystko odbywa się na powierzchni, bo taka jest domena oka. A jednak to ono mruży się w słońcu, opowiadając się już po odwrotnej stronie, tej której wzrok nie przenika, ale która jest.
„Zasugerowałbym nawet związek między robieniem zdjęć a pisaniem wierszy, a przynajmniej o ile oba fragmenty są czarno-białe. Albo przynajmniej o ile pisanie oznacza zachowywanie. Chociaż nie można udawać, że to, co ujrzymy, przekroczy pustą stronę swojego
odwrocia.”1
II.
Josif Brodski odwiedził Wenecję po raz pierwszy w 1972 roku, zaraz po wyjeździe z kraju. Do rodzinnych stron nigdy nie wrócił, do Wenecji przyjeżdżał regularnie. Odcięty od bliskich i ich języka, niczym rozbitek podróżował między wyspami: Long Island dawała mu wolność, Wenecja karmiła ducha. Ostatecznie ożenił się z Włoszką rosyjskiego pochodzenia ze strony matki, lecz zamieszkali w Stanach, a ich czteroletnia dziś córka mówi wyłącznie po angielsku. Kiedy zaś amerykański paszport na zawsze przestał być mu potrzebny, zgodnie z życzeniem wdowy spoczął w cieniu cyprysów na wyspie San Michele, należącej do Laguny Weneckiej – skoro tak tęsknił do swoich ukochanych antycznych mistrzów, nie mógł przecież zostać na kontynencie, którego jeszcze nie odkryto.
„Kiedy jest się ciężko chorym, wyobraża się sobie wszelkie konsekwencje i powikłania, które jak wiadomo nigdy nie nastąpią. Czy to jest myślenie metaforyczne? Odpowiedź, jak sądzę, brzmi tak. Tylko że, gdy jest się chorym, ma się nadzieję, nawet wbrew nadziei, na wyleczenie, na zatrzymanie się choroby. A zatem koniec choroby jest końcem jej metafor. Metafora lub szerzej sam język jest całkowicie nieograniczona, domaga się continuum: życia po życiu, jeśli wolisz. Inaczej mówiąc (gra słów nie zamierzona) metafora jest nieuleczalna. Dołóż do tego wszystkiego samego siebie, nosiciela takiego fachu lub takiego wirusa (...) szwendającego się w wietrzną noc po Fondamenta, których nazwa obwieszcza twoją diagnozę bez względu na naturę twej przypadłości”.2 Taki trop dodał Brodski do
„Watermark”, angielskiej edycji tekstu „Fondamenta degli Incurabili”, którego włoski tytuł zmieniono na życzenie wydawcy. Przechadzka odbywa się oczywiście w Wenecji, bo to tam właśnie uliczki, mosty, zakątki, fundamenty noszą nazwy nieuleczalnych (wł. incurabili); kłamców, starych panien, sierot czy morderców, sąsiadując z tymi ku chwale świętych, Matki Boskiej czy Chrystusa. Tam podejmuje się ślad, by zaraz potem go zgubić i błąkać się po okolicy z nadzieją, że coś prowadzi nas do celu, który zgotowało nam same miasto lub raczej jego duch.
Kompozycja eseju Brodskiego jest równie zawiła, co topografia Wenecji. Określa przestrzeń bardzo prywatną, odnoszącą się do konkretnych osób i miejsc. Poszczególne metafory wyłaniają się z niej niespodziewanie, niczym prostokąt campo jaśniejący nagle w labiryncie ulic, które donikąd nie prowadzą wprost. Weneckie campo, campiello, piazza są zaprzeczeniem placów-rynków w innych europejskich miastach, nie wyznaczają żadnego centrum, nie odnoszą się ani do logiki, ani do geometrii myślenia, ale wpuszczają do miasta najwięcej światła, dlatego są miejscami spotkań, wyspami na wyspie, metaforą w metaforze; zmieniają miejską przestrzeń w jej prześwietlony wodny znak. Konkurują z głównym traktem Wenecji, po którym ni wzdłuż którego nie da się przejść, skoro jest nim Canal Grande i tak prowadzący tylko do morza.
Josif Brodski nie tłumaczy Wenecji, po prostu na nią patrzy. Ale czy patrzenie jest oczywiste dla poety? Jak ma się uporać z natarczywym kontrastem światła i cienia? Czy rytm czarno-białych wersów może konkurować z grafikami Marieschiego, fasadami Palladia? Jeśli jedynym zapisem czynności nienasyconego oka pozostaje metafora, czy to dzięki niej słowa zyskują swoje odwrocie, odpowiadające niezamalowanej stronie płótna?
Adresatem dedykacji „Fondamenta degli Incurabili” jest malarz, Robert Morgan. Autor realistycznych weneckich pejzaży, które będąc owocem rzetelnego pielęgnowania tradycyjnej techniki malarstwa olejnego na najwyższym poziomie, tchną duchem jakiejś najprostszej, świeżej i przejmującej radości patrzenia, wypatrywania światła, zakochiwania się w nim przy każdym obrazie od nowa.
Robert Morgan, od kilkunastu lat bliski przyjaciel Brodskiego, przyjechał do Wenecji w 1973 roku, zostawiając za sobą rodzinną Amerykę i dyplom Princeton University w klasie literatury, by dołączyć do pracowni Edwarda Melcartha. Mistrz zmarł wkrótce, więc Morgan pozostał w zasadzie samoukiem, od tej pory niezależnym i utrzymującym się jedynie z malarstwa. Mieszka na Zattere (tzn. Tratwy, nadbrzeże weneckiej dzielnicy Dorsoduro otwierającej się na Canale della Giudecca), których część stanowią Fondamenta degli Incurabili. Wspomina:
„Dzieliliśmy pasję do militariów. Poza tym mówię dość niewyraźnie, więc i to mieliśmy wspólne. I jeszcze ulubiony film: pamiętam, jak wypytując się o to, wykrzyknęliśmy prawie jednocześnie: »Skanderbeg«. Chodziło o albańsko-radziecko-chińską koprodukcję zrealizowaną w latach 50. z rozmachem »Aleksandra Newskiego«... być może żaden z nas nie spotkał nigdy nikogo więcej, kto ją widział”.2
Skanderbeg był bohaterem obrony niepodległości Albanii w pierwszej połowie XV wieku. Przeszedłszy na islam najpierw dowodził Turkami, by po trzydziestu latach wrócić do wiary katolickiej i stanąć na czele powstań albańskich przeciw Turkom, a później dołączyć do krucjaty Piusa II przy wsparciu oddziałów weneckich żeglarzy. Brodski? Skanderbeg? Morgan?
III.
Kiedy na przełomie lat 1989/90 ówczesny minister spraw zagranicznych Włoch, Gianni De Michelis zaproponował zorganizowanie w Wenecji Międzynarodowych Targów Expo 2000, obaj weneccy przyjaciele wzięli czynny udział w kampanii przeciw przekształceniu Laguny w pływający Disneyland – jak ironicznie określano w prasie projekt De Michelisa. Sprawa ta nie pozostała bez echa na kartach
„Fondamenta degli Incurabili”. Zresztą sam fakt realizacji przez Brodskiego zamówienia na tę książkę, złożonego przez Consorzio Venezia Nuova, zajmującego się szeroko rozumianą ochroną Laguny Weneckiej – jej ekosystemu i dzieł sztuki, był istotnym głosem w obronie ukochanego miasta, podobnie jak wszystkie publikacje i spotkania związane z jej promocją. Pierwsze wydanie, nakładem Consorzio, poza obiegiem komercyjnym, w grudniu 1989 roku nazwano bożonarodzeniowym prezentem dla miasta.
W 1995 roku Poeta opatrzył wstępem, przedrukowywanym także w prasie, opasły album
„La Laguna di Venezia”, wydany pod patronatem Unesco. Wraca w nim do swoich więziennych przeżyć, kreślonych wtedy planów ucieczki i nadziei na cudowne ocalenie wbrew wszelkiej logice. Książkę Unesco nazywa owocem tej samej nadziei, marzącą o ucieczce bezbronnej Wenecji. Zdaniem Brodskiego, miasto skazuje na zagładę bezwzględna teraźniejszość
„Wieku Chciwości”, względem którego Wenecja „splamiła się zbrodnią, zbrodnią własnego piękna”. To chciwość i samolubna chęć zysku, zamiast ochraniać, przynosi Lagunie cały szereg zagrożeń prowadzących do utraty jej biologicznej równowagi, a w konsekwencji nieodporności nie tylko na działalność człowieka, ale i czynniki naturalne, a przede wszystkim zmienność poziomu wody.
Josif Brodski tak kończy swój apel: „Być może podstawowa wartość Wenecji polega właśnie na tym, by wskazywać, że istoty ludzkie wciąż jeszcze dzielą się na dwie kategorie: niszczycieli i konserwatorów. I nawet jeśli ci ostatni pozostają w mniejszości, to taki podział zawsze będzie posępnym pocieszeniem wobec mizantropii”.
IV.
Pierwsze zaproszenie do Wenecji otrzymał Brodski od hrabiny Marioliny Marzotto, historyka i rusycysty z zamiłowania i wykształcenia, przez której weneckie mieszkanie w latach 70. przewinęła się ponoć cała rzesza rosyjskich uchodźców, głównie żydowskiego pochodzenia. Ta (bardzo przystojna i elegancka) kobieta – której osoba pozostaje z pewnością w ścisłym związku z
„Widokiem”, nobliwą wenecjanką towarzyszącą narratorowi
„Fondamenta degli Incurabili” tuż po dotarciu do miasta – odwiedzała ZSRR jako młoda badaczka i tam poznała Josifa tuż przed jego wygnaniem. Spotkali się dwukrotnie: w jego leningradzkim mieszkaniu na wieczorze poetyckim, po którym policja aresztowała i pobiła Poetę za przebywanie w towarzystwie obcokrajowców, gdy ten odprowadzał M.M. i jej przyjaciółkę do hotelu, a potem w Moskwie, gdy – już w perspektywie wyjazdu – odnalazł swą włoską znajomą, prosząc o pomoc w wyprawie do Wenecji. Dlatego po telefonie z Wiednia, gdzie w drodze do USA zatrzymał się Brodski, zorganizowała jego pierwszy pobyt, goszcząc go w pensjonacie Dell’Academia w dzielnicy Dorsoduro, nad Canal Grande. Był to wtedy jeden z modniejszych pensjonatów, najliczniej odwiedzany przez wykładowców i stypendystów z całego świata. Znajomość z Marioliną Marzotto wkrótce się urwała, pozostając jednym z nielicznych związków Poety ze środowiskiem weneckich akademików – rusycystów czy rusofilów. Brodski wyraźnie stronił od zakładu języka i literatury rosyjskiej Universitŕ Ca’Foscari di Venezia, choć spotkał się z tamtejszym wykładowcą, Sergio Leone.
Leone, kilkakrotnie piszący do weneckiej prasy na temat Brodskiego w pierwszej połowie lat 80. towarzyszył Poecie w czasie jego kilkudniowego pobytu na Lido w 1981 roku. Relacjonując wspólną przechadzkę po nadbrzeżu, o zachodzie słońca, przytacza słowa Brodskiego, wskazującego na pobliską Wyspę Psów:
„W takim miejscu mógłbym spocząć...”. Wyspa Psów znajduje się o jakieś 100 m od przystani, patrząc z Lido w stronę Wenecji, i jest przytułkiem dla bezdomnych zwierząt z okolicy.
21 czerwca 1997 Josif Brodski spoczął w jednej z piękniejszych części weneckiego cmentarza. O miejsce poprosił miasto hrabia Girolamo Marcello, potomek rodziny dożów i słynnych weneckich kompozytorów. Blisko przyjaźnił się z Poetą i często gościł go w rodowym pałacu, Casa Marcello opodal teatru La Fenice. Pełen był podziwu dla
„rosyjskiego – w najlepszym tego słowa znaczeniu – charakteru” swojego przyjaciela, który potrafił wyrwać go na niezapowiedziany spacer w głąb miasta, by pokazać pewien płasko rzeźbiony portret na murze, do złudzenia ponoć przypominający Dostojewskiego.
Wielokrotnie namawiał Brodskiego na wspólną podróż do Petersburga, ten uporczywie odmawiał, więc Marcello wybrał się sam. Teraz zaprosił Poetę do swojego miasta, po raz pierwszy i na zawsze czyniąc go wenecjaninem.
„Miłość jest bezinteresownym uczuciem, jednokierunkową ulicą. To dlatego można kochać miasta, architekturę samą w sobie, muzykę, nieżyjących poetów czy, przy jakimś szczególnym temperamencie, osobę boską. Bo miłość jest związkiem między odbiciem i jego przedmiotem. To w końcu przynosi nas z powrotem do tego miasta”.
1 Joseph Brodsky, „In Memory of Stephen Spender”, w:
„On Grief and Reason”, Farrar Strauss Giroux, New York 1995.
2 Joseph Brodsky, „Watermark”, Hamish Hamilton Ltd, London 1992; polskie wydanie – Josif Brodski,
„Znak wodny”, tłum. St. Barańczak, Znak, Kraków 1993 – nie zawiera przytoczonego fragmentu; ten i następny (mający swój odpowiednik w wyd. Znaku) w przekł. autorki tekstu.
Ewa Górniak – ur. 1972 r., badaczka życia i twórczości Josifa Brodskiego. Tekst niniejszy powstał dzięki wsparciu Research Support Scheme, OSI/HESP (Soros Foundation) w ramach grantu nr 847/1997, który autorka otrzymała w czerwcu br.
Przepis na koty
Josifowi Brodskiemu
Podano do stołu. Dziś na obiad będą koty. Dwa koty wylegujące się na dachu. Jeść mi się chce.
Gości jest niewielu. Grupka bliskich przyjaciół, pary kochanków. Nie rozmawiają jeszcze. Rozchylają usta i trwa bez końca ta ostatnia chwila, zanim sięgną po pierwszy kęs.
Dzień za dniem czekam, aż dobrze ugotują się w słońcu. Odjadą przyjaciele i zdradzi mnie kochanka. Koty liżą sierść. Światło liże koty. Wciąż nie gotowe.
Koty mrużą oczy, nie są im już potrzebne. To ja trzymam straż. Ale nie potrafię być kotem. Umarłbym z głodu, gdybym zamknął oczy.
Tratwa. La zattera. The Raft
Robertowi Morganowi
O czym śpiewają duchy ponad wodami?
Odyseusz milczy. Nie chcąc ulec zgubnemu śpiewowi syren, rozkazał załodze, by zatkano mu uszy woskiem, a na wypadek pokusy przywiązano do masztu jak najmocniej. Jest zupełnie bezbronny, wypatrując domu. Bezbronne są jego oczy. Nie może zasnąć. Kieruje statkiem.
Smutek pochodzi z dna oka. Morze i obłoki przeglądają się w sobie. Lustro wody i lustro nieba. I zatknięty między nimi zgrzebny kawałek płótna.
Prostokątna drewniana konstrukcja nie wygina się na kształt mostu. Ogłasza pojednanie ostrości masztu wskazującego ku górze z łagodnością linii horyzontu. Tłustego czworokąta żagla z wilgotnym śladem oddechu, który zostaje na szkle zasłaniając widok z okna. Tylko kolor pozwala nam odróżnić wschód od zachodu słońca. Zmiany pór roku i dnia. Przypływy i odpływy morza. Bez końca.
|