Miasta




Nie byłem nigdy na wieży inżyniera Eiffela. Obecna wieża jest kopią. 

W Paryżu


Andrzej Dobosz


Paryż jest miastem, które chciałbym poznać. Jestem tu ponad dwadzieścia lat, mieszkałem w kilkunastu miejscach, w ośmiu z dwudziestu paryskich dzielnic, ale nie ma ani tygodnia, żebym nie dostrzegł czegoś nieoczekiwanego.


Najpierw dlatego, że to miasto jest tak zróżnicowane. Przechodząc ulicą, na której byłem już kilkaset razy, zadzierając nagle głowę do góry, czego dotąd nie robiłem, bo widoki parteru były dość zajmujące, ulegam zdziwieniu. Albo uchyla się po raz pierwszy brama nieciekawej kamienicy i dostrzegam za nią cudowny ogród.

Piekarnia Pani Mulotowej
Żyje się nie tyle w Paryżu, co w swojej dzielnicy. Odkąd na drzewie w podwórzu rozwinęły się liście, o świcie zaczynają śpiewać ptaki. Ich nagłe zamilknięcie zrywa mnie na nogi. Pięć kwadransów później powinienem odprowadzić syna do szkoły. Przed domem Michał pyta: Czy już dzwonili? Gdy mijamy ogrodzenie na tyłach kościoła St. Séverin – w lewej nawie obraz ma podpis po polsku M.B. Ostrobramska i polski tekst: O PANI POŚPIESZ KU NASZEMU RATUNKOWI! – więc gdy mijamy St. Séverin, rozlegają sie dzwony Notre-Dame. Pod szkołą jesteśmy w porę. Wracam sto metrów tą samą drogą, przechodzę na drugą stronę St. Jacques i po paru metrach patrzę na kościółek św. Juliana Ubogiego zburzony przez Normanów w roku 886 i zbudowany na nowo w latach 1170–1240. Modlili się tu na pewno św. Tomasz z Akwinu, Dante i Petrarka, ale może także czasem Villon i Rabelais. Rewolucjoniści zamienili świątynię na skład soli, a potem wełny. Odrestaurowano ją i zwrócono Kościołowi dopiero w r. 1826. W naszym stuleciu jest to kościół katolicki obrządku melchickiego poddany jurysdykcji Patriarchy Antiochii, uznający autorytet papieża. Raz byłem tu na pasterce. Liturgia odprawiana kolejno po grecku, arabsku i łacinie sprawiła, że nabożeństwo trwało cztery godziny. Mijam św. Juliana i spod białej akacji, czyli grochodrzewu posadzonego dopiero w roku 1602 widzę fronton i lewy bok katedry. Jeszcze chwila i będę w domu. Przypominam sobie jednak, że warto kupić pieczywo na drugie śniadanie. Opuszczam zatem moją piątą dzielnicę.
W zasadzie każdy normalny paryżanin bywa w pełni zadowolony ze swojej dzielnicy, w której może załatwić wszystkie administracyjne sprawy i zaspokoić wszelkie życiowe potrzeby. Ja jednak jestem nie do końca paryżaninem, a do tego stałem się wybredny w kwestii pieczywa. Idę więc po chleb jakiś kilometr do dzielnicy szóstej. Mam za każdym razem do wyboru kilka możliwych dróg. W końcu jednak z ulicy Danton, nie dochodząc do placu Odeon, skręcam w uliczkę du Jardinet zakończoną bramą, otwartą od wczesnego ranka do ósmej wieczór, prowadzącą do Cour de Rohan, trzech kolejnych dziedzińców wybrukowanych kocimi łbami. Był tu pałac, w którym zatrzymywali się podczas pobytu w Paryżu arcybiskupi Rouen. Na jego miejscu z końcem XVI wieku, między drugim a trzecim podwórzem zbudowano kolejny czteropiętrowy pałac z kamienia i cegły. W jego wysokiej bramie mijam spory kamień pozwalający mniej sprawnym jeźdźcom dosiąść wierzchowca.
W trzecim podwórzu są zachowane fragmenty obwarowań Filipa Augusta z początku XIII wieku. Na kamiennym murze wysokości czterech metrów wznosi się dwukondygnacjowy pawilon o dwu ścianach ze szkła ujętego w żelazne obramowania, do którego wchodzi się po kamiennych schodkach. Sądząc ze zdjęć Atgeta, musiał on istnieć już przed rokiem 1915. Po przeciwnej stronie podwórka piętrowy budyneczek z dużym tarasem przylega do trzypiętrowej kamienicy. Są też dwa wielkie drzewa, których gałęzie z listowiem zaczynają się dopiero na wysokości trzeciego piętra, a do tego kilkanaście ogromnych donic z krzewami zarówno na poziomie podwórza, jak na tarasach i balkonikach, dzikie wino oplatające część ścian i wreszcie widoczna przez okna zieleń we wnętrzach. Domy z siedmiu stuleci przybudowane do siebie i na sobie współistnieją w absolutnej harmonii. W środku ruchliwego miasta, o minutę drogi od zgiełku jesteśmy na najprawdziwszej francuskiej prowincji, cofnięci o parę wieków. Przebywam te czterdzieści pięć metrów w zachwyceniu i wchodzę do pasażu Commerce St. André, który malował Balthus. Wkrótce jestem na ulicy Buci. Z szopy po lewej stronie wynoszą i ustawiają na ulicy zawartość najbarwniejszej kwiaciarni w Paryżu. Tu został nabyty bukiet ślubny dla mojej żony. Za rogiem skręcam na targ na ulicy Sekwańskiej. Miałbym ochotę stanąć w kolejce po sery, ale będąc czwarty musiałbym odczekać dobry kwadrans. Zamiast tego wolę zrobić jeszcze parę kroków na plac Fürstenberg, zasługujący na osobną opowieść i zerknąć tam na wystawy antykwariatów. Teraz już zdecydowanie zbliżam się do bulwaru St. Germain, przekraczam go, idę dalej Sekwańską w stronę Senatu i na rogu S. i Lobineau kupuję chleb żytni, nie spieczony i nie pokrojony. Czasem wypada mi stanąć za Dominique Sanda, która jakby nie nabrała lat od czasu, gdy jakie ćwierć wieku temu zobaczyłem ją po raz pierwszy w ,,Potulnej” Roberta Bressona.
Piekarnię pani Mulotowej odkryłem dwanaście lat temu mieszkając nie opodal. Od tego czasu lubię szczególnie zarówno chleb od Mulotowej, jak chodzenie po ten chleb. Gdy czasem coś wypadnie i żona kupi pieczywo w jakiejś bliższej piekarni, potem nikt z rodziny nie chce go skończyć.

Fałszywy kołatek
O godzinie dziesiątej otwieram księgarnię na ulicy de la Bucherie. W wieku XIII był tu port, w którym wyładowywano ze statków drzewo.
Drwale na miejscu dokonywali obróbki pni na budulec i opał. Gdy w wieku XVI transport zastąpiono spławianiem tratw, port drzewny przeniesiono na prawy brzeg, nieco poniżej Bastylii. Dom numer 7, w którym jest księgarnia, zbudowano w wieku XVII, gdy zniknęli z tej okolicy drwale. Wspierające sufit dwie belki o rozmiarach 30 x 35 cm i 7 metrach długości trzeba już było dowieźć na kołach.
Zmiany charakteru ulic i dzielnic dokonują się w tym mieście ustawicznie. Ulica Quincampoix w dzielnicach 3. i 4., istniejąca już w wieku XIII, była centrum handlu drogimi kamieniami i biżuterią. Z początkiem wieku XVIII zaczęli się tu instalować bankierzy. W r. 1719 otworzył na tej ulicy swój bank John Law, Szkot, który wydzierżawił od państwa francuskiego zrujnowanego po śmierci Ludwika XIV pobór podatków i zapoczątkował na wielką skalę spekulację papierami wartościowymi w miejsce transakcji dokonywanych w monecie kruszcowej. Szał spekulacji ogarnął całą ulicę. Papiery z godziny na godzinę zmieniały wartość i właścicieli. Za ogromne sumy wynajmowano tu każdy kącik, sień, komórkę, miejsce na schodku. Podobno był nawet garbus, który wypożyczał swoje plecy, na których rozkładano papiery do podpisu. Bankructwo Lawa nastąpiło po niecałych dwóch latach. Szkot uciekł do Wenecji, ulicę opuścili spekulanci, wrócili jubilerzy. Tych zrujnowała rewolucja. Quincampoix stała się siedliskiem rozpusty. Przegnano ją dopiero około roku 1976 w momencie otwarcia w pobliżu Centrum Sztuki Współczesnej Pompidou. Ulica odmieniła całkowicie charakter. Domy odrestaurowano, czynsze podniesiono, na parterach otwarto drogie galerie proponujące głównie hiperrealizm: wielkie płótna przedstawiające motocykle naturalnej wielkości ze wszystkimi szczegółami, drewniane rzeźby stwarzające iluzję kartonów obwiązanych sznurkiem, pomiętych porzuconych worków. Galerie upadły dość szybko. Teraz Quincampoix nie wyróżnia się już niczym: parę pięknych starych domów, parę małych galerii, restauracje, sklepy rozmaitych branż. Ale skoro nie byłem tam od paru miesięcy, powinienem milczeć, bo znów wszystko mogło się zmienić.
Natomiast Faubourg St. Antoine (Norwid wysyłając z Paryża listy na Krakowskie Przedmieście adresował: Faubourg de Cracovie) zajmują nieodmiennie od sześciu stuleci wytwórcy mebli. Tu pracowano nad wyposażeniem wnętrz Luwru. Dziś od frontu są głównie magazyny, często na kilku piętrach, wypełnione kopiami we wszelkich możliwych stylach. Fornirowane, intarsjowane komody obłożone wieloma kilogramami ozdób z brązu. Na sąsiedniej wystawie leżąca nie ubrana pani podtrzymuje swym marmurowym ciałem gruby szklany blat niskiego stołu. Metrowy uśmiechnięty nadmiernie gipsowy murzynek w kanotierkowym kapeluszu, trzyma tacę na bilety wizytowe. Kopie, znacznie droższe od oryginałów na licytacjach w Drouot, starych mebli wiejskich z drzew owocowych, ładnie narysowane, są z reguły popsute fałszywymi śladami kołatka, wykonanymi specjalnym młoteczkiem. Przez cały rok są tu wyjątkowe okazje, promocje, wyprzedaże przed remontem. W otwartych drzwiach w oczekiwaniu na klientów stoją panowie w trzyczęściowych garniturach i śmiało dobranych krawatach. W żadnym ze znanych mi mieszkań paryskich nie widziałem nic, co mogłoby stąd pochodzić. W zaułkach, w trzecich bramach tej dzielnicy można jeszcze trafić na stolarza zdolnego zreperować prawdziwy mebel.

Skrzynie dla ubogich
Istnieje, to znaczy istnieje w świadomości Paryżan, ścisła hierarchia dzielnic. Co znajduje wyraz przede wszystkim w cenach lokali. Dzielnice piękne i drogie 7., 16., potem 8. i 1. zajęte głównie przez biura, potem 6., 17., 5., 4., 9., 14., 15., 2., 3., 12., 10., wreszcie 13., 11., 18., 19., 20. Szesnastka jest zamożniejsza od siódmej, a jednak w lepszym tonie jest mieszkać w siódemce. Chodząc i jeżdżąc po Paryżu chce się co chwila kwestionować tę hierarchię. Przede wszystkim podział jest zbyt gruby. Poza 7., 6., 5., i może jeszcze 16., każdą z pozostałych dzielnic dałoby się podzielić na dalsze dwadzieścia części. W 17. są duże partie, których uroda nie ustępuje najlepszej szesnastce i żałosne miejsca, których wyburzenie można by przyjąć z ulgą. Do tego dzielnice najbiedniejsze zmieniają się radykalnie na lepsze, a te poniżej średniej ulegają degradacji. Zmiany mają też różny charakter.
W połowie lat 50. l’Abbé Pierre, ksiądz katolicki zasłużony w ruchu oporu, rozpoczął wielką kampanię na rzecz bezdomnych i osób mieszkających w nieludzkich warunkach. W rezultacie akcji księdza Piotra wyasygnowano znaczne fundusze publiczne i przedsiębiorcy budowlani przystąpili do dzieła.
Pierwszy budynek mieszkalny przeznaczony dla klas niebezpiecznych – Cité Napoleon przy ulicy Rochechouart, wystawiony z inicjatywy Napoleona III zawiera wprawdzie mieszkania, a nie cele, ale rozkład korytarzy wzorowany jest w nim na architekturze więziennej i miał zapewniać kontrolę nad mieszkańcami. Z początkiem naszego stulecia zbudowano pewną ilość domów dla robotników. Duża sześcio-, a w części siedmiopiętrowa kamienica z roku 1908 na zbiegu ulic Congo, Charolais i 124/126 av. Daumesnil w dzielnicy 12. do dziś jest w doskonałym stanie. Wielkie, czyste podwórze jest zazielenione i zadrzewione. W mieszkaniach nie było jeszcze urządzeń kąpielowych. Łazienki i prysznice umieszczono na parterach i mieszkańcy mogli z nich korzystać za symboliczną opłatą. Były też sale lektury, pralnie, prasowalnie. Do małych mieszkań na ostatnim piętrze dla osób samotnych osobne schody prowadziły do części dla kobiet i dla mężczyzn. W latach 30. budownictwo mieszkań o umiarkowanym czynszu osiągnęło znaczne rozmiary. Niemal całe miasto na swych granicach okolone jest blokami z polewanej cegły wysokości pięciu, sześciu pięter. Apele księdza Piotra doprowadziły do wystawienia monstrualnych skrzyń o wysokości od 11 do ponad 30 pięter. Gdy stojąc pod nimi zadzierałem głowę, zaczynało mi się w niej kręcić po doliczeniu się najwyżej 28. piętra, ale to nigdy nie był jeszcze wierzchołek. Zabudowa z lat 30. ma swoje ogrodzenia. Dziedzińce stanowią wspólną przestrzeń mieszkańców. Skrzynie stoją luźno, użytkownicy mają poczucie poruszania się po ziemi niczyjej. Zarówno mieszkańcy afrykańskich wiosek, jak i ci, którzy przenieśli się z małych prowincjonalnych domów, nie znajdują dobrych wzorów na wspólny pobyt w przydzielonej skrzyni. Niemal co roku, gdy zaczynają się upały, jakiś zgorzkniały, emerytowany podoficer źle znosząc wrzaski dzieci pod domem, z wysokiego piętra, skąd nie dostrzega się ludzkich twarzy, strzela w dół. Ofiara na ogół nosi arabskie nazwisko. Wówczas najbliższej nocy gromady wyrostków zaczynają demolować samochody i okoliczne pawilony handlowe. Już w latach 80. zaczęto wysadzać w powietrze takie gigantyczne bloki wybudowane w okolicach miasta. W samym Paryżu, w zabudowie bardzo gęstej trudno sobie wyobrazić podobne operacje. Ale w ostatnim dziesięcioleciu buduje się domy od trzech, czterech, najwyżej do ośmiu pięter, wśród zieleni, o urozmaiconej architekturze.
Ilekroć znajdę się na którejś z ulic dzielnicy 7., mam ochotę iść nią do końca. Parę z nich: Grenelle, St. Dominique czy Université mają od dwóch do trzech kilometrów długości. Idę nimi niespiesznie. Gdy zdarzy się otwarta brama, wchodzę do niej, raz jeszcze przekonując się, że dziedzińce są tu piękniejsze od fasad. Powoli też zmienia się charakter ulic: od okazałych budowli XVII i XVIII wieku do kamienic z drugiej połowy XIX wieku, widocznych, gdy przekroczę plac Inwalidów i nawet paru nowszych zrównoważonych w swym modernizmie. Gdy jakiś dom lub pałac zwróci moją szczególną uwagę, staram się coś o nim przeczytać. Kiedyś, dowiadując się dla kogo zbudowano pałac w roku 1707 i komu go sprzedano w roku 1842, zajrzałem do najnowszej książki telefonicznej. Okazało się, że osoby tego nazwiska mieszkają w nim nadal.

Wielki pokój
W dzielnicach 13., 19., 20., zwykle skręcam na najbliższym rogu. Dobre mieszczańskie gmachy nie ciągną się tu zbyt długo. Są też spokojne uliczki małego miasteczka, których schludne domki w niepojęty sposób okazują się mieć aż cztery piętra pozostając domkami. I nagle taka uliczka nie zmieniając nazwy przekształca się w osiedle wielkich bloków. Dalej sąsiaduje z nim nędza trochę starych opuszczonych budynków przemysłowych, które chciałoby się przekształcić w muzeum i zaraz ładne najnowsze osiedle z ogrodami. Żadna ogólna opinia nie da się utrzymać dłużej niż przez kwadrans. W całości te dzielnice przypominają nieco wielki pokój, w którym mali chłopcy spędzili dzień na zabawie, nie doprowadzając swych projektów do końca i nie sprzątnąwszy zabawek. Będę tutaj wracał, wiedząc, że nigdy nie powtórzę tej samej wędrówki i zawsze zobaczę coś nieoczekiwanego.
Lubię też wracać do miejsc, których urody jestem pewien. Spróbuję wyliczyć 10 takich miejsc.
1) Widok na katedrę z quai de Montebello i mostu Arcybiskupiego o każdej porze dnia, w każdej porze roku.
2) Spacer brzegiem dookoła wyspy św. Ludwika. W tym roku pojawił się całkiem nowy obyczaj: na kamiennych nadbrzeżach, na samym dole przy wodzie urządza się małe przyjęcia na kilka osób. Kilkanaście przyjęć równocześnie. Z serwetami, winem w szklanych kieliszkach. Inaczej niż w Ambasadzie Francji w Warszawie, gdzie w tym roku 14 lipca przyzwoite wino podawano w plastikowych kubkach.
3) Plac des Vosges – dochodząc przez dziedzińce pałacu Sully, 62, rue St. Antoine.
4) Plac Fürstenberg, a właściwie placyk.
5) Cour de Rohan.
6) Spacer mostem des Arts z widokami na Luwr na prawym brzegu, wyspę Cité i gmach Instytutu na lewym brzegu – najlepiej wieczorem przy pełnym oświetleniu.
7) Przejażdżka autobusem 24. lewym brzegiem od Notre-Dame do placu Concorde.
8) Cztery strony miasta oglądane ze środka placu Concorde.
9) Przejażdżka autobusem 24. z placu Concorde sprzed Automobile Club de France prawym brzegiem do rue St. Jacques.
10) Przejażdżka autobusem 82. z placu St. François Xavier w stronę Neuilly z widokiem na Inwalidów, Pola Marsowe, Szkołę Wojskową niemal pod Wieżą Eiffla na drugą stronę rzeki z przerwaniem tej podróży w dowolnym miejscu dzielnicy 16.
11) Przejażdżka autobusem 63. od Zgromadzenia Narodowego do końca na krańcu dzielnicy 16. Za placem de Colombie spacer dookoła kamienicy między 2 do 8 Bd. Suchet a av. Maréchal Maunoury, którą uważam za szczytowe osiągnięcie lat trzydziestych.
12) Długi kwadrans podziwiania kamienic Hectora Guimard z lat 1908–1911 przy ulicy La Fontaine: numery 14, 17, 18 w dzielnicy 16. Jest to niezwykle cudowna secesja utrzymana w rygorach ducha klasycyzmu.
13) Ulica Mallet-Stevens w dzielnicy 16. Znałem ten styl patrząc chętnie przez lata na willę Brukalskich na ulicy Niegolewskiego na Żoliborzu. Ale Mallet-Stevens w roku 1926 zaprojektował całą ulicę długości 77 metrów, jednolitą w stylu, rozmaitą w szczegółach. Dopóki oglądałem ją tylko na fotografiach wydawała mi się trochę nazbyt purystyczna. Okazuje się, że w ciągu 70 lat wyrosły między budynkami drzewa dorównujące wysokością cztero- i pięciopiętrowym willom. Powściągliwość architektury i bujność drzew cudownie ze sobą kontrastują.
14) Aleje z roku 1907 po obu stronach Pól Marsowych, niemal z każdym rogiem zmieniające nazwę.
Skoro wyliczanie dziesięciu ulubionych miejsc nieuchronnie zmierza ku setce, muszę przerwać. Dodam tylko, że zawsze z radością chodzę po północnych zboczach Montmartru, od ulicy Lepic i av. Junot do ulic Armand Gauthier, Carpeaux, skweru Carpeaux i ulicy Skweru Carpeaux. Ostatnio w pogodną niedzielę byliśmy tam z żoną jakie trzy godziny, nie spotykając przez ten czas ani jednego turysty, gdy 200 metrów dalej były w tym czasie zapewne tysiące.

Kopia wieży Eiffla
Są miejsca, których unikam, ale nie mam ochoty ich wyliczać. Nie dość też lubię bryły, jakie wyrosły tu i ówdzie w dzielnicy 16-tej, gdzie zapewne są obszerne, komfortowe mieszkania i dobre widoki z okien, ale same bryły pozbawione są wszelkiej urody. Nie podzielam entuzjazmu dla malowniczych ruder Belleville, skoro byłbym nieszczęśliwy, gdyby mój syn miał w nich dorastać.
Nie byłem od paru lat na Polach Elizejskich, choć ciągnęło mnie tam w początku pobytu. Wolę tamtędy przejeżdżać niż chodzić.
Nie byłem nigdy na wieży inżyniera Eiffela. Obecna wieża jest kopią. W latach 80. nocami wycinano z niej parumetrowe elementy, jeden po drugim, przyspawając na ich miejsce nowe. Części autentyczne sprzedano na licytacji w Nowym Yorku. Na licytacji zdołano też sprzedać Linię Maginota, podzieloną na segmenty i użytkowaną dziś jako magazyny i pieczarkarnie.
Bardzo mnie ciągnie do domu licytacyjnego Hôtel Drouot, ale zdołałem zdać sobie sprawę, że spędzanie tam zbyt wiele czasu deformuje charakter, a nawet mięśnie twarzy.
Korzystając z wolnego wstępu do muzeów chodzę do nich z synem możliwie często, nie przekształcając tego jednak w rutynę pozbawioną momentu niespodzianki, wyjątkowości. Chodzimy na krótko, oglądając nie więcej niż trzy obrazy w ciągu wizyty i to, co zobaczymy mimochodem po drodze. W muzeum d’Orsay jestem przywiązany do ,,Dziewczynki z wiaderkiem” Bonnarda. W Luwrze ciągnie nas do Chardinów, ,,Bitwy pod San Romano” Uccella. Lubię stanąć przed Ter Borchem, no, a wtedy popatrzymy i na Rembrandta.
Prawie nie znam Pére Lachaise, ale dla mnie miejscem wspomnień i refleksji są Powązki.
Ogrody – Luksemburski i Botaniczny są stałym miejscem naszych spacerów. W obu czujemy się dobrze. Nie mam jednak cienia wątpliwości, że Łazienki i warszawski Ogród Botaniczny są od nich piękniejsze.


Andrzej Dobosz – autor esejów i felietonów. Nakładem Pulsu ukazał się zbiór jego tekstów zatytułowany ,,Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia”. W ,,Rejsie” Marka Piwowarskiego miał zagrać samego siebie. Od kilku lat prowadzi w Paryżu polską księgarnię.






 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl