Miłość



 
Naszą największą tęsknotą jest spełnienie się w miłości

Wstyd, nagość, miłość


Z Krzysztofem Piesiewiczem
rozmawiają Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski


Kiedy człowiek zaczyna odczuwać swoją nagość po raz pierwszy?
KRZYSZTOF PIESIEWICZ: – Wiedzą to dobrze ci, którzy wychowują dzieci. Jest taki moment, kiedy córeczka zamyka drzwi od łazienki, już nie można jej myć. Ona właśnie odkryła swoją nagość, cielesność.
Największą pruderią współczesności jest wstydzenie się wstydu. Tymczasem wstyd jest elementem człowieczeństwa, godności, znakiem transcendencji, czyli tego wszystkiego, co konstytuuje nasz byt. Opisem wstydu jest przecież początek Księgi Rodzaju. Pierwsi rodzice doznają tego uczucia, ponieważ ktoś ich obserwuje – to Wielkie Oko Boga, przed którym uciekają, szukają intymności. A więc wstyd jest związany z godnością. Myślę, że moja córka, kiedy zamknęła pierwszy raz drzwi łazienki, poczuła swoją godność, odnalazła się w ludzkim świecie.
Są takie obrazy – fotografie, strzępy filmów dokumentalnych – z obozów zagłady: kobiety prowadzone do komór gazowych, na śmierć, nagie. One wszystkie zasłaniają dłońmi intymne miejsca. Śmierć, w sensie doczesnym, wszystko zamyka – a one się wstydzą, przy świadomości tego, co zaraz nastąpi. Ten wstyd jest ostatnią manifestacją człowieczeństwa, znakiem oporu przeciwko bestialstwu. Przypomnijmy sobie „Narodziny Wenus” Botticellego – piękną nagą kobietę, niebiańską boginię i jej złożone dłonie, które współtworzą tajemnicę tego piękna. Dłonie, którymi zasłania się Wenus, ułożone są tak samo jak dłonie tych idących na śmierć kobiet.
A przecież wszyscy żyjemy wśród nagości, która nie chce być ani intymna, ani wstydliwa. Przechodzimy codziennie koło obrazów ciał, które nas wabią. Czy ikonosferę tworzy dziś potrzeba bezwstydu?
– Warto postawić pytanie, czy cielesność została oddzielona od uczuć; czy żyjemy w świecie, w którym został tylko – jak w tytule znanego filmu – nagi instynkt? Może znajdujemy się w momencie chaosu i nie potrafimy rozpoznać potrzeb ducha? Zdaje się zanikać potrzeba zespolenia, oddania się drugiej osobie. Współczesna ikonosfera żeruje na instynkcie podglądactwa. Bierze się to z lęku, frustracji, będących wynikiem cierpienia. W gruncie rzeczy jest to objaw nerwicy, poprzez którą konstatujemy niemożliwość spełnienia się w świecie nagiego instynktu.
Ludzie kochający nie potrzebują tej ikonografii, ponieważ spełniają się zupełnie inaczej – bez substytutów. W miłości godzimy się na zmianę formy naszej osoby, zmieniamy się wewnętrznie poprzez zespolenie z inną osobą. Mnóstwo ludzi tęskni za wielką miłością; za tym, żeby erotyka była dopełnieniem uczuć.
Jak się ma wstyd do miłości?
– Wstydzę się, ponieważ nie chcę być używany. Przestaję się wstydzić, kiedy daję siebie i ktoś to akceptuje, kiedy nie doznaję poczucia odrzucenia. Jesteśmy wtedy jednością, więc nie mamy czego się wstydzić. Pod osłoną wielkich miłosnych uczuć nagość nie jest pohańbiona.
Wyprzedaż nagości, którą dostrzegamy wokół, bierze się stąd, że rynek stał się wielką współczesną nierządnicą. Zaspokaja nasz voyeuryzm, frustrację, chce znieczulić poczucie niespełnienia, lęku i strachu przed miłością. Obiecuje przy tym rzecz niemożliwą: że możemy się spełnić bez rezygnacji z tkwiącego w nas egoizmu.
Zabrakło nam moralnego punktu odniesienia, związanego oczywiście z sumieniem. Często rozmawiam o tym z młodymi ludźmi, przywołując utwory Anny Świrszczyńskiej. Jest taki wspaniały krótki wiersz o bardzo młodych powstańcach warszawskich, w którym dziewczyna mówi do chłopca – do jutra prawdopodobnie nie przeżyjemy, zejdźmy do piwnicy, będziemy się kochać, tylko żeby mama tego nie widziała. Jest tu uczucie, potrzeba zespolenia i cielesności, ale też poczucie wstydu, wątpliwość sumienia. Pojawia się też problem związku erotyki i śmierci. Zatraceniu się w obiekcie miłości zawsze towarzyszy cień, przeczucie śmierci.
Wstyd związany jest z sumieniem, a więc hierarchią wartości, podziałem na dobro i zło. Czy wyrzekając się wstydu, rezygnujemy z wartości?
– Cywilizacja współczesna proponuje zastępczy system wartości, pozbawiony ryzyka, związanego z prawdziwym uczuciem. Wielka miłość jest trudna. Ludzie często nie są w stanie jej udźwignąć, czują lęk przed czymś wspaniałym, wielkim, nieznanym – choć jednocześnie tęsknią za tym.
Kultura odbiera dziś rozkazy od „technopolu”, technika staje się fetyszem, jej kryteria – skuteczność, sprawdzalność, sukces, zysk – zajmują miejsce metafizycznej prawdy.
Czy jest możliwe pożądanie bez uczuć?
– Prędzej czy później pojawi się potrzeba afrodyzjaku. Samo pożądanie będzie wypalało się i trzeba je będzie czymś wzmocnić. Może metodami, które proponował nam ponad 200 lat temu markiz de Sade?
Inna rzecz, że Markizowi na pewno nie przyszło do głowy, iż kiedyś wszystko znajdzie się w rękach straganiarzy. On dążył do rozkoszy za wszelką cenę, nawet przez ból, ale nie chciał być prekursorem wielkiego handlu, menadżerem wielkiej nierządnicy, jaką jest rynek, odpowiadający na nasze lęki podażą erotycznych fantomów. Jesteśmy dziś pogrążeni w kulturowym błocie.
Ekshumacja ludzkich szczątków wywołuje ciągle emocje. A więc poczucie, że nawet proch, który z nas zostaje, nie jest tylko anonimową materią – wciąż istnieje.
– Dotykamy tu bardzo indywidualnych odczuć. Dla mnie szczątki wykopane z ziemi nie są tylko materią, są to szczątki ludzkie. W ciele cały czas zawiera się pamięć o tym, że kiedyś było nośnikiem godności człowieka.
Gdy myślę o cielesności, pytam, do czego może być użyte ciało, jeżeli jest wyzbyte ducha, jeżeli nie widzimy w nim czegoś więcej, niż tylko czystą materię. Czy to musi prowadzić do abażurów z ludzkiej skóry, mydła z ludzkiego tłuszczu albo materacy, które są wypchane ludzkimi włosami?
Dlaczego nikt już nie wierzy w zmartwychwstanie ciała?
– Podejrzewam, że nawet niewierzący musi wierzyć w to, że zmartwychwstajemy ciągle. Mamy w sobie lęk biologiczny przed zagładą gatunku. Żądamy ciągłego zmartwychwstania. W idei zmartwychwstania zawarta jest wspaniała alegoria kontynuacji życia, kontynuacji miłości, odpowiedzialności za cud, za dar jakim jest życie. W erotyce – jej korzeniach, w seksualizmie – i miłości zawarta jest nadzieja na zmartwychwstanie.
Czym jest w takim razie odrzucenie? Śmiercią?
– W jakimś sensie tak. Jest zakwestionowaniem nadziei spełnienia się, która jest bardzo silna i domaga się realizacji poprzez zbliżenie zupełne. Odrzucenie jest odmową spełnienia naszych najbardziej fundamentalnych potrzeb, które nas konstytuują biologicznie, emocjonalnie, duchowo. Jest straszne – stąd się biorą tragedie.
Kultura końca XX wieku jest w takim razie kulturą odrzuconych?
– Myślę, że tak. Chciałbym jednak powiedzieć o czymś jeszcze. Zagraża nam nie tylko ikonografia porozbieranych fantomów. Szalenie niebezpieczni są też naprawiacze i podglądacze naszej intymności, którzy chcą porządkować nasze uczucia. To ci, którzy wiedzą lepiej, jak urządzić naszą alkowę. Musimy być wolni, jeżeli chcemy się spełniać w miłości, która jest bardzo mocno determinowana erotyzmem. Musimy pokazać im język i powiedzieć: wiemy, jak to robić.
Ale jak tę wolność dzisiaj można osiągnąć?
– W najprostszy sposób: przez poszanowanie godności drugiego człowieka, dostrzeganie partnera, który ma wejść w świat naszych uczuć. Żeby być obdarowani uczuciem, sami musimy je dawać.
Eros był utożsamiany z boskością i nie musimy bać się tej jego postaci.
Kto wygania Erosa z naszego życia?
– Między innymi ci, którzy wstydzą się wstydu. Bardzo trudno jest bronić wolności przed anarchistami, mówiącymi, że anarchia to wolność. Nie dość powtarzać, że wolność to odpowiedzialność, a anarchia to chaos. Kultura jest w tej chwili chaosem. Czy można z niego wykreować jakaś koherentną rzeczywistość? Mam nadzieję, że tak. Zgoda na chaos, rządy technopolu, oznacza zgodę na świat bezduszny, potworny. Nie kwestionuję pojęcia rynku czy też zasług techniki, która może ułatwić realizację jakiś ideałów. Ale jednocześnie sądzę, że piękno, dobro, miłość są empirycznie dotykalne. A mechanizm cywilizacyjny często zamyka nam do nich drogę albo nas zwodzi.
Miał Pan kiedyś poczucie, że współczesna cywilizacja zamknęła Panu drogę do tych paru pojęć, że nie może ich Pan używać, ponieważ brzmią fałszywie?
– Nie, ponieważ jest to wyłącznie kwestia tonu, proporcji, wiarygodności. Chodzi o sposób komunikowania się. Oczywiście tutaj dotykamy następnego problemu – zakłóceń w komunikacji między ludźmi. Coraz większa liczba narzędzi do komunikowania się wcale nie ułatwia komunikacji, wręcz przeciwnie – jesteśmy często coraz bardziej osobno.
Na pewno fałszujemy komunikację, kiedy pouczamy, a nie prowadzimy dialogu, rozkazujemy, a nie dochodzimy do wspólnych konkluzji. Poprzez dialog wyjaśniamy sobie świat. Lepiej więc użyć symboli, znaków i niedopowiedzeń po to, żeby pozostawić wnioski i konkluzje osobie, do której te znaki kierujemy.
Czy jest jakaś namacalna nadzieja na powrót do prostych prawd?
– Brak nadziei jest piekłem. Pani ma nadzieję, pan ma nadzieję, ja mam nadzieję. Już takie trzy stany ducha tworzą pewną siłę. Bo tak naprawdę największą tęsknotą, jaką nosimy w sobie, jest spełnienie się w miłości. Największym cierpieniem – często nieuświadomionym – jego brak. Jest mnóstwo ludzi, którzy dożywają sędziwego wieku bez spełnienia. To są postacie tragiczne. Ale wszyscy noszą w sobie nadzieję i to jest siła, która jeżeli nie da się oszukać, może odmienić świat.

Krzysztof Piesiewicz – prawnik, scenarzysta filmów Krzysztofa Kieślowskiego („Bez końca”, „Dekalog”, „Podwójne życie Weroniki”, „Trzy kolory”). Jest to skrócony zapis wywiadu, który został wyemitowany przez PR I TVP w cyklu „Rozmowy na koniec wieku”.











 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl