Miłość


 
O jednym wierszu Zbigniewa Herberta

Róża w czarnych włosach


Andrzej Franaszek


Tendresse. Wolę to słowo niż polskie czułość.
Kiedy ściska w gardle dlatego, że istota na którą patrzę
jest tak bardzo krucha, ranliwa, śmiertelna, wtedy tendresse.

Czesław Miłosz


W wydanym w latach 80. tomie „Maski” z serii „Transgresje” odnaleźć można, napisany na zamówienie Konstantego Jeleńskiego w Paryżu, jesienią 1976 roku, esej Jarosława Iwaszkiewicza, który miał stać się wstępem do albumu malarstwa Leonor Fini. Powiada tu autor „Brzeziny”:
Albo chłopiec z Pfersten. Po ciężkim marszu przez Bawarię zaszedłem do piwiarni. Usiadłem przy stoliku, przez okno było widać świerkowe lasy i skaliste szczyty. Naprzeciwko mnie pod ścianą młodziutki chłopak, chyba z miejscowej ludności. (...) Patrzyliśmy na siebie. Nie był specjalnie piękny, twarz miał chłopską, otwartą, w oczach czaiły się jakieś błyski. Ale nie było w nim nic nadzwyczajnego, poczułem tylko z uderzającą siłą, że oto siedzi przede mną człowiek. (...) Nie zrobiliśmy żadnego znaku. Nie powiedzieliśmy sobie ani słowa. Po godzinie wstałem i wyszedłem. Wszedłem w głęboki świerkowy las. Szła za mną ta nic nie znacząca, otwarta, ludzka twarz. Było to przeszło czterdzieści lat temu, a jeszcze ją widzę.
Tekst gra z czytelnikiem, na poły odsłaniając homoseksualny kontekst spotkania. Bawarski epizod jest naznaczony erotyzmem, ale też jego znaczenie wykracza poza codzienność miłosnego zauroczenia. Eros ukazany jest jako siła wiodąca ku drugiemu człowiekowi, pozwalająca – w jakimś stopniu – przekroczyć barierę obcości. Drugiego człowieka poznajemy – zdaje się mówić Iwaszkiewicz – w na poły erotycznym zachwyceniu, spotkanie z nim jest uwiedzeniem dokonującym się bez słów; w niemej wymianie spojrzeń. Bowiem Obcy może stać się Drugim dopiero wtedy, gdy odsłoni nam swoją twarz, czy raczej: gdy odsłoni się nam w swojej twarzy. Człowiek jest dla nas przede wszystkim twarzą, oczyma, wzrokiem. Treści, jakie niesie ze sobą obca twarz, nie da się zamknąć w sprecyzowanej formule; twarz nie ma określonego znaczenia, nie jest łatwym do interpretacji znakiem czy maską – oznaczającą na przykład gniew lub miłość. Raczej ukrywa się ona pod takimi maskami, sama nie tyle znacząc, co będąc. Jest naga i „otwarta” – zaprasza do spotkania a zarazem otwarcie ukazuje swoją bezbronność. Takie spotkanie z cudzą twarzą, wymykając się rutynie codziennego obcowania z ludźmi, zobowiązuje do szacunku. Zapada w pamięć, kołacze się w niej przez dziesięciolecia.

Wiersz „Rozmyślania o ojcu” przywołuje najbardziej zamierzchły obraz odnajdywany przez Pana Cogito w jego pamięci – twarz ojca pochylającego się nad dzieckiem, twarz Boga, która widnieje u początków świata, boski wzrok, powołujący świat do istnienia i zarazem niosący zapowiedź naznaczenia tego świata cierpieniem, boskie oblicze, będące prawzorem twarzy, które napotka w swoim życiu Herbertowski bohater. Znaczy to także, że w każdej ludzkiej twarzy ukryty jest jakiś niewyraźny poblask tego boskiego spojrzenia. Dlatego spotkanie z Drugim jest wyłomem w porządku egzystencji, w pełni znaczenia tego słowa – wydarzeniem. „Twarz jest nam dana w epifanii – objawieniu czy ujawnieniu – wyjaśniał Emmanuel Lévinas. – W epifanii inny ukazuje swą prawdę. Staje przed nami jako taki, obnażony i ziszczony, nakazujący i zobowiązujący”. Należałoby dodać: spotkanie z cudzą twarzą jedynie może stać się epifanią, jedynie możemy odkryć zawarte w nim pokłady sensu. Otwarcie na Drugiego, pełne uznanie jego podmiotowości, nie jest stanem ciągłym, może być nam jedynie – nie sposób uciec od tego określenia – ofiarowane. Czy też inaczej: twarz Drugiego przemawia do nas, ale niesłychanie rzadko jesteśmy w stanie ją usłyszeć. Prawdziwe spotkanie z Drugim jest więc usłyszeniem mowy jego twarzy, otwarciem „drzwi percepcji”, dzięki czemu twarz przestaje być czymś martwym, przedmiotem, którym można dowolnie manipulować. Staje przed nami w bezbronnej kruchości. Budząc troskę, dokonuje cudu – wyrywa „ja” z jego odrębności, otwiera na współczucie z „nie-ja”. O takim wydarzeniu zaświadcza – fascynujący, niespodziewanie odnajdywany w tomie „Rovigo”, zaskakujący osobistym tonem, jeden z najbardziej przejmujących utworów Herberta – wiersz „Przysięga”.

Nie zapomnę was nigdy panny damy – przelotne – 
nagle dojrzane w tłumie na schodach bazarze
w labiryncie metra
z okien pojazdów (...)
Nie zapomnę was nigdy – czyste źródło radości
– żyłem także 
dzięki waszym sarnim oczom – ustom nie moim


Tłem wydarzenia jest wielkomiejski tłum, w kondensacji ukazujący anonimowość naszych kontaktów. Bycie w tłumie to zaprzeczenie prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem; na miejscu Drugiego pojawia się zbita ludzka masa, w której kontury twarzy zamazują się i wreszcie zlewają. Tłum to metafora codzienności – spotkania zastąpione mijaniem się. Ale na jego powierzchnię może nagle wypłynąć pojedyncza twarz, wyraźna właśnie na tle rozmytego otoczenia. Zjawisko, które kamera filmowa oddaje operując głębią ostrości. Zamglone bryły i wśród nich ostry kontur. Czy jednak nie jest tak rzeczywiście? Szybki marsz chodnikiem, kolejne niewyraźne twarze, rozstępujące się jak ławica ryb i nagle Ta Jedna... Herbert dostrzega i podkreśla to zjawisko, sytuując wydarzenia, o których mówi, na bazarze czy w metrze – miejscach naznaczonych ściskiem i pośpiechem.
Sytuacja ma oczywiście swojego literackiego patrona (czy zresztą nieco już archaiczne słowo „dama” nie jest sygnałem takiego odesłania?). Kiedy w połowie ubiegłego stulecia ulice metropolii zaczął zapełniać nowoczesny tłum, autor „Kwiatów zła” podobne doświadczenie zawarł w sonecie „Do przechodzącej”. W anonimowej przestrzeni miasta, będącej w gruncie rzeczy akwatycznym niezróżnicowanym chaosem („Miasto wokół mnie tętniąc huczało wezbrane”), dokonuje się momentalne spotkanie z przechodzącą kobietą, kontakt zamknięty w wymianie spojrzeń. Zdarzenie, wynoszące doświadczającego ponad jego kondycję, przypisany mu niejednoznaczny status „skurczonego, dziwacznego przechodnia” – ten, kto mówi w wierszu Baudelaire’a naznaczony jest bowiem poczuciem własnej grzeszności (które u Herberta jest jedynie domysłem, zanurzonym w cieniu rysem tła). Spotkanie przynosi nadzieję (choć świadomą swojej ułudy) odmienienia losu. „Błyskawica... i noc! Pierzchająca piękności, / Co błyskiem oka odrodziłaś moje serce, / Czyliż mam cię zobaczyć już tylko w wieczności? / Gdzieś daleko! Za późno! Może nigdy więcej! / Bo nie wiesz, dokąd idę, nie wiem, gdzieś przepadła, / Ty, którą mógłbym kochać, ty, coś to odgadła!” (tłum. Mieczysław Jastrun).
Herbert powtórzy porównanie, podkreślające krótkotrwałość doznania – w „Przysiędze” spotykane kobiety są „jak letnie błyskawice” – spotkanie dokonuje się w ułamku chwili, jest zarazem pożegnaniem, uświadamianym właściwie dopiero wtedy, gdy już odeszło do przeszłości. A także zasadniczy rys: twarze Innych są czymś, co podtrzymuje w istnieniu, nadaje sens egzystencji – w „czystym źródle radości” słychać uderzenia baudelaire’owskiego „odrodzonego serca”. Echo wyrazistej opozycji nocy i światła z „Do przechodzącej” można wreszcie odnaleźć w wersach:

– na balu 
kiedy orkiestra gaśnie
a świt stawia w oknach
nie zapalone świece.


Na tle ciemności, w której jesteśmy pogrążeni, wybuchają świetliste twarze kobiet. Uczucie, które wzbudzają, wymyka się etycznym kryteriom, zachwyt jest wcześniejszy niż wszelkie konwencjonalne koleiny miłości. Twarze są, co dostrzegamy najwcześniej, piękne, dzięki czemu mogą darzyć ukojeniem obserwującego je. Ale też niejako usprawiedliwiają świat, wnosząc weń okruch czegoś nieskażonego, doskonałego, zda się: pozbawionego zwykłej światowej ułomności, budząc swą doskonałością zarówno fascynację, jak i lęk. Piękno kobiecej twarzy jest wydarzeniem epifanicznym, które budzi zdumienie i przed którym należy się ukorzyć.
„Przysięga” nawiązuje oczywiście także do „Esse” Miłosza: „Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich”. Dla autora „Esse” kobieca twarz staje się jednak – przy całej swojej zmysłowej dotykalności – reprezentantem bytu jako takiego, całości istnienia, które z jednej strony konsekwentnie wymyka się próbom pochwycenia (także: poetyckiego zamknięcia w języku – co budzi poczucie daremności starań), z drugiej zaś – zachwyca właśnie swą niepochwytnością i nieograniczonością. „Na to mi przyszło, że po tylu próbach nazywania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja jestem – ona jest”. Herbert skupiony jest na egzystencjalnym aspekcie wydarzenia, miast zachwytu słychać tu przede wszystkim smutek, związany z ludzkim zamknięciem w pojedynczości; wzrok jego bohatera zatrzymuje się na ludzkiej istocie, która jest zarazem obecna i oddalona, niemożliwa do uchwycenia.
Radość z tego, że Drugi jest, wiąże się w ten sposób z cierpieniem; spotkanie – przez swą nieuniknioną krótkotrwałość – przypomina o tragicznym ograniczeniu ludzkiej kondycji. W zetknięciu spojrzeń – to oczy „otwierają” Drugiego; twarz której oczy zasłonięto ciemnymi okularami staje się „martwa” – mieści się zarazem obietnica i rozczarowanie. Obietnica odkrycia innego świata, jakim jest drugi człowiek, wykroczenia poza własny los. Patrząc na Drugiego, myślimy o niespełnionych egzystencjalnych możliwościach i w trybie warunkowym, który stosuje Herbert w zacytowanej poniżej strofie, pobrzmiewa nadzieja wykroczenia poza jednorazowość, poza stan, którego opis zawarł Rainer Maria Rilke w słowach IX Elegii duinejskiej: „Raz tylko, / wszystko raz jeden. Raz i nie więcej. My także / raz tylko. Niepowrotnie” (tłum. Mieczysław Jastrun). Chwilę później spotkanie przeradza się w rozdzielenie, a my doświadczamy goryczy niespełnienia. Zostajemy z poczuciem, że coś prześlepiliśmy, zmarnowaliśmy szansę, która już nigdy więcej nie będzie nam dana.

Ciebie mała panienko z Antyli pamiętam chyba najlepiej
widziana raz jeden chez le marchand des journaux
patrzyłem oniemiały wstrzymywałem oddech
– aby nie spłoszyć
i przez chwilę myślałem – że idąc z tobą
odmienilibyśmy świat


Pozostaje jedynie pamięć i Herbertowski bohater mógłby przywołać zacytowane już słowa Iwaszkiewicza albo scenę ze słynnego filmu Orsona Wellesa. „Pamięta się rzeczy na pozór dawno zapomniane – wyznawał tam współpracownik Kane’a. – W roku 1896 płynąłem promem do Jersey. Gdy opuszczaliśmy przystań, nadpłynął inny prom. Stała na nim dziewczyna w białej sukience i z białą parasolką. Widziałem ją przez chwilę, ale później nigdy nie zdarzył się miesiąc, żebym o niej nie pomyślał”. Bohater „Przysięgi” także pamięta, trzykrotnie – jak zaklęcie, jakby chcąc upewnić samego siebie – powtarza zapewnienie: „Nie zapomnę was nigdy”.

powtarzam w wiernej pamięci
niezmienne mistyczne twarze bez imienia

i różę

w czarnych
włosach



„Przysięga” jest jedynym wierszem Herberta, który epifanię twarzy drugiego człowieka ukazuje w tak czystej postaci. Temat ten odnajdujemy jednak już w „Dwóch kroplach”, otwierających debiutancką „Strunę światła”. Jak życie Pana Cogito rozpoczynało się od spojrzenia Ojca, tak twórczość Herberta inauguruje wymiana spojrzeń zakochanych, wzajemne zatopienie w sobie dwojga ludzi.

Lasy płonęły – 
(...)
on mówił że żona ma włosy
w których się można ukryć


„Tych dwoje ludzi przeciwstawiało szalejącemu okrucieństwu kruchą potęgę miłości” – mówi Herbert, wspominając autobiograficzne źródło cytowanego wiersza: widok dwójki młodych ludzi, którzy – gdy inni „pędzeni strachem” biegli do schronu – całowali się podczas bombardowania. Międzyludzka więź wnosi więc w rzeczywistość inny porządek – wśród zniszczenia, strachu, nienawiści, cierpienia staje się wydzieloną przestrzenią sensu. Spotkanie się dwojga ludzi, które jest przede wszystkim odkryciem twarzy –
 
Gdy było bardzo źle
skakali w oczy naprzeciw
i zamykali je mocno


– wynosi ponad zwykłą ludzką kondycję i jej ograniczenia. Miłość wyrywa przeżywającego ją z porządku czasu, ofiaruje – posłużmy się oksymoronicznym wyrażeniem – chwile bezczasu, w których nasze życie uzyskuje ponad-jednostkowy, pełen sensu wymiar – otwarcie na Drugiego wyzwala z egzystencjalnej rutyny i zarazem upewnia w byciu.
Jednocześnie „Dwie krople” są poetycką deklaracją. W dziele Herberta przedmiotem zainteresowania stanie się nie historia „czysta” – wojny, przemiany społeczne czy gospodarcze, o których mówią szkolne podręczniki – ale egzystencjalna sytuacja pojedynczego człowieka, w historię uwikłanego. Także wartości, które poświadczać będzie przyszły autor „Raportu z oblężonego Miasta” – męstwo, wierność – nie mają abstrakcyjnego rodowodu, nie dowodzi się ich sensu zdaniami zaczerpniętymi z akademickich skryptów; ich istnienie zakorzenione jest w ściśle personalistycznej perspektywie – w związku z drugim człowiekiem, o którym najważniejsze, czego możemy się dowiedzieć to, iż jest taki jak my. Podstawą moralnego zachowania jest więc miłość, a jej cieniem gotowość na cierpienie – ukryte w wierszu w obrazie łez.

do końca byli mężni
do końca byli wierni
do końca byli podobni
jak dwie krople
zatrzymane na skraju twarzy


Jednak – jak już powiedzieliśmy – otwarcie na Drugiego jest jedynie możliwością, która nie musi zostać zrealizowana. Tak właśnie dzieje się w wierszu „Pan Cogito z Marią Rasputin – próba kontaktu”, którego bohater długo wpatruje się w napotkaną przypadkiem fotografię córki Rasputina, ściskającej w dłoniach „coś pośredniego / między damskim neseserem / a torbą listonosza”.

co
ona
nosiła
przez bezdroża
pustkowia miast
lasy
góry
doliny
(...)
nikt się tego nie dowie


Próba przeniknięcia tajemnicy drugiej osoby, dotarcia do niej poprzez towarzyszący jej przedmiot – czy zresztą wątpliwości, która nęka Pana Cogito, nie należy traktować jako metafory poznania? – tym razem nie udaje się. Bariera między dwojgiem ludzi pozostaje nieprzekroczona, oboje trwają w granicach swoich „ja” nieuchronnie się rozmijając, zaś wiersz staje się zapisem takiego rozminięcia.
Z podobną sytuacją mamy do czynienia we wcześniejszej prozie poetyckiej „Wariatka”. Punktem wyjścia znów jest spojrzenie sobie w twarz: „Jej pałające spojrzenie trzyma mnie mocno jak w objęciach”, ale kontakt nie spełnia się, a właściwie zostajemy postawieni w sytuacji pośredniej, przed ostatecznym rozstrzygnięciem. „W jej oczach widzę jak u moich ramion stają dwaj aniołowie: blady, złośliwy anioł Ironii i potężny, miłujący anioł Schizofrenii”. Współczujące utożsamienie – zdaje się mówić Herbert – w ostatecznych konsekwencjach prowadziłoby do zatraty siebie, z drugiej jednak strony – zachowana odrębność podszyta jest okrucieństwem, obojętnym szyderstwem. Prowadzi przy tym do jałowej samotności. W innym wierszu Pan Cogito, trzymając w ramionach głowę ukochanej kobiety,

stwierdza ze zdumieniem
że istnieje ktoś poza nim
nieprzenikniony
jak kamień 

o granicach
które otwierają się
tylko na moment 

(„Alienacje Pana Cogito”),

by chwilę później odejść „samotny / w wapno pościeli”. Biel prześcieradła okazuje się nagle dołem, wypełnionym wapnem, którym posypuje się trupy. Życie poza związkiem z drugim człowiekiem jest formą śmierci; tym ważniejsze staje się owo znikliwe – ale przecież istniejące – „otwarcie granic”, ich przekroczenie w epifanicznym doświadczeniu. Jeżeli więc Drugi odkrywa się, czyni to w krótkim, trudnym do uchwycenia błysku, ukazując się przy tym inaczej, pozwalając dostrzec w sobie nieznany nam dotąd wymiar.

Myślałem
znam ją przecież dobrze
tyle lat żyjemy razem
(...)
aż pewnego razu
w zimowy wieczór
usiadła przy mnie
i w świetle lampy
padającym z tyłu
ujrzałem różowe ucho

(„Różowe ucho”)

Banalność zdarzenia jest pozorna (a zarazem oczywiście świadomie wybrana). Wiersz chce być zapisem niespodziewanego dostrzeżenia cudu, jakim jest istnienie Drugiego. Wielokrotnie widziany szczegół nagle zostaje ujrzany na nowo – w całej swojej nieoczywistości, w kruchości zdumiewającego bycia. Rezygnując z konwencjonalnej nazwy, odkrycie próbuje się zawrzeć w języku – stąd „muszla z żyjącą krwią / w środku”. Ale tajemnica drugiego istnienia wymyka się słowu. Można jej doświadczyć, a nawet, jak się za chwilę okaże: dotknąć (przypomina się tu Homer z „Rekonstrukcji poety”, który utraciwszy wzrok, dotykiem poznaje świat na nowo, odkrywając jego nieznane dotąd obszary) – nie sposób zapisać.

nic wtedy nie powiedziałem
ale nocą kiedy leżeliśmy razem
delikatnie próbowałem
egzotyczny smak
różowego ucha


Przekraczaniu granicy własnego „ja” towarzyszy cierpienie, spowodowane nieuchronną ograniczonością otwarcia, ale też będące podstawą, dzięki której otwarcie to jest w ogóle możliwe. „Stosownym zwrotem, kiedy człowiek odzywa się do człowieka – sądził Schopenhauer – nie jest monsieur, sir itd., lecz »towarzyszu cierpień, soci malorum, compagnon de misčres, my fellow-sufferer«”. To przecież właśnie cierpienie łączy ze sobą poszczególne, tak odrębne ludzkie istoty. Jest doświadczeniem uniwersalnym – krzyk bólu, który Pan Cogito usłyszał w „martwym domu” – brzmi tak samo niezależnie od zmieniających się kultur, historycznego kostiumu. U korzeni zdolności do utożsamienia się z Drugim leży poczucie, iż jest on po części mną – także cierpi. Odwołujemy się w ten sposób do przed-rozumowego poczucia wspólnoty; stąd może u Herberta częste – jak choćby w przywołanym przed chwilą „Różowym uchu” – deklaracje rezygnacji ze słowa, tego reprezentanta chłodnego, indywidualnego umysłu, na rzecz bezpośredniej więzi, ukrytej w dotyku. „Odkryj znikomość mowy królewską moc gestu” – napisze poeta w „Podróży”, by wers później dodać: „bezużyteczność pojęć czystość samogłosek”. Samodzielne samogłoski pojawiają się u autora „Przysięgi” wtedy, gdy trzeba oddać pierwotny, ponadhistoryczny krzyk – bólu, szaleństwa: krzyk z wiersza „Pan Cogito – zapiski z martwego domu”, „A” z wiersza „Apollo i Marsjasz”, „Aaaooo!” z dramatu „Drugi pokój” – prawdziwszy od nadbudowanych nad nim abstrakcji. Pod społecznymi maskami, jungowską personą, skrywa się naga bezbronna twarz, krzycząca – mówi Lévinas – „nie zabijaj”. Dlatego spotkanie z Drugim, jak w wierszu „Dwie krople”, podtrzymuje świat wartości. Cudze cierpienie obarcza odpowiedzialnością, każe ryzykować sobą. Drugi staje się źródłem etycznego zobowiązania, ustanawiając jednocześnie chwilową więź ze światem, przenikniętym cierpieniem innych; oddzielenie zastąpione zostaje kruchym współuczestnictwem.
W wierszu „Kłopoty małego stwórcy” po raz kolejny odnajdujemy przekonanie o trudności wyjścia poza granice „ja”. Okazuje się też jednak, iż odkrywaniu Drugiego pokrewne jest poznawanie świata. W jego obrazie dopatrzeć się nawet można niewyraźnego konturu niezmierzonej twarzy:

najtrudniej jest przekroczyć przepaść
co się otwiera za paznokciem
i doznać dłonią bardzo śmiałą
obcego świata usta oczy


Poznawanie to znowu jest bezpośrednie, w „dłoni” skrywa się wszak dotyk. Nie można – sądzi Herbert – prawdziwie zgłębić świata, jeśli nie poznało się go „na własną rękę”, nie doświadczyło „na własnej skórze”. Wszelkie pośrednie metody dotykają jedynie naskórka świata, ofiarują informacje wyprane z jego materialnej, zmysłowej istoty. Dlatego wiedza jest ściśle osobista, w gruncie rzeczy niemożliwa do przekazania: „Nikomu nie przekażesz wiedzy / twój tylko słuch jest i twój dotyk”. Tak dzieje się w kontakcie ze światem, i tak jest w relacji do bliźniego, która jest wzorcem szerszego, światowego otwarcia. 
I więcej. Spotkanie z bliźnim, wyzwalające z jarzma czasowości, a więc podważające podstawowe ograniczenie ludzkiej kondycji, jest uchyleniem bramy, prowadzącej w transcendentne. Poprzez twarz Drugiego, poprzez twarz „małej panienki z Antyli” („zdziwiony ruch powiek / nieopisany skłon głowy”) prześwituje – niejasno, migotliwie – cień Boga. W spojrzeniu, jakie łączy nas z przypadkowo napotkaną na ulicy twarzą, „światowe znaczenie – jak ujmuje to Lévinas – ulega zniszczeniu i zastąpieniu inną, nie należącą do świata obecnością”, a twarz staje się „śladem innego”. Gdy „Rozmyślania o ojcu” prowadziły od twarzy Boga do twarzy człowieka, „Przysięga” dokumentuje drogę odwrotną. Róża, zapamiętana przez mówiącego w tym wierszu, jest tyleż pięknym kwiatem, zalotnie wpiętym w czarne włosy, znakiem zmysłowości, co różą mistyczną, mieniącą się odcieniami znaczeń. Symbolem tajemnicy i wieczności, biblijnym atrybutem Mądrości Najwyższego (Syr, 24, 14), znakiem męczeństwa, odsyłającym do skrawionego Chrystusa, symbolem Marii Niepokalanej Dziewicy, wreszcie niebiańskim dworem, opisywanym przez Dantego w XXX Pieśni „Raju” – Różą, której płatkami są zbawione dusze. W bieli kartki, przedzielającej ostatnie wersy „Przysięgi”, kryje się Tamta Twarz, a spotykane kobiety jawią się Herbertowi tak, jak innemu polskiemu poecie objawiła się kiedyś, w Pornic, młoda pasterka.

Jak ty mi jesteś wdzięczna,
Duszeczko moja mała,
Słoneczna i miesięczna,
Prawie bez krwi i ciała.
(...)
I byłaś mi zarazem
Chłopeczką i Dyjanną,
Zjawieniem i obrazem,
Kochanką i dziecięciem,
Smutkiem – i niebowzięciem.
(...)
Z niewinnością na licach,
Z nóżkami na księżycach.



Andrzej Franaszek (1971) – dziennikarz „TP”, doktorant w Instytucie Filologii Polskiej UJ. Tekst powyższy pochodzi z przygotowywanej do druku książki o twórczości Zbigniewa Herberta.










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl