Miasta

 

Danie miesiąca polecają

 

 

Adam Michnik

Słynny integrystyczny krytyk Kościoła katolickiego ostatnich dziesięcioleci został uhonorowany przez swych polskich zwolenników. Otrzymaliśmy w ten sposób esencjonalną informację, czym jest katolicki fundamentalizm, który chce bronić Kościoła przed liberalno-masońską zarazą. Kim są bowiem tytułowi „oni”? Są to – naturalnie – ojcowie Soboru Watykańskiego II, wedle opinii abpa Marcela Lefebvre’a „bandyckiego Soboru”, który zdetronizował Chrystusa. Posłuchajmy: „Dowiedzieliśmy się ze zdumieniem o penetracji katolickiej hierarchii przez liberalne sekty. Widzieliśmy jej postęp, aż po najwyższe stanowiska, jej triumf podczas Soboru Watykańskiego II. Mieliśmy liberalnych papieży. Pierwszego liberalnego papieża, który wyszydził »proroków przeznaczenia« i zwołał pierwszy w historii Kościoła liberalny sobór. Bramy owczarni zostały otwarte, wilki weszły do stada i dokonały jego masakry. Potem przyszedł drugi liberalny papież, papież dwulicowy; odwrócił ołtarz, zniósł Ofiarę, sprofanował świątynię. Trzeci liberalny papież pojawił się na scenie, papież praw człowieka, papież ekumeniczny, papież Zjednoczonych Religii. On umył ręce, zasłonił swą twarz, wobec tak wielkiego zniszczenia, po to, by nie widzieć krwawiących ran Córy Syjonu, śmiertelnych ran niepokalanej Oblubienicy Jezusa Chrystusa”.
Gdzie tkwią korzenie zbrodni tych papieży? W ich przekonaniu o potrzebie wolności religijnej. Czytamy: „»Nasze społeczeństwo«, oznajmił Jan Paweł II (...) »cechuje religijny pluralizm«; i wyciągnął stąd następujący wniosek: rozdziału Kościoła od państwa domaga się obecna ewolucja. Ale Jan Paweł II nigdy nie podjął się oceny tej zmiany, ani aby wyrazić ubolewanie z powodu laicyzacji społeczeństwa, ani żeby po prostu stwierdzić, że Kościół poddał się w obliczu takiego stanu rzeczy. Nie! Jego deklaracja była wynikiem aprobaty separacji Kościoła od państwa (...). Innymi słowy: »Niech żyje apostazja narodów – to bowiem jest postęp!« (...) Ten błogi optymizm, wśród tak wielu już nagromadzonych zniszczeń, ten specyficzny półświadomy eschatologizm, czyż nie są to owoce Ducha błędu i zboczenia? Wszystko to wydaje mi się całkowicie diaboliczne”.
Nie jest to zapewne wierne streszczenie poglądu Jana Pawła II na relacje między państwem i Kościołem. Ważne jest jednak, że fakty nie są tak ważne dla abpa Marcela Lefebvre’a. Integrystyczny arcybiskup wierzy raczej w twory swojej imaginacji niż w banalną prawdę materialną. To jest dobry przykład postrzegania świata i Kościoła przez katolickich fundamentalistów. Strach przed wolnością i tolerancją, ubóstwo intelektualne i otwarte posługiwanie się kłamstwem, łatwość oszczerstwa i wiara w światowy spisek, którego macki ogarnęły Stolicę Apostolskę – oto składniki tego światopoglądu. Abp Marcel Lefebvre artykułuje ten rodzaj wiary w sposób niezmiernie klarowny. Powiadał Dawid Hume: „Fanatyk sam siebie konsekruje i sam siebie przyobleka w świętość znacznie przewyższającą tę, jaką formalne obrządki i instytucje mogą zlać na innych. (...) Egzaltacja opierając się na tężyźnie umysłowej i na zarozumiałej śmiałości charakteru, musi doprowadzić do najbardziej krańcowych decyzji; szczególnie gdy dosięga wyżyn, na których obałamucony fanatyk zaczyna wierzyć w boskie natchnienie i pogardza zwykłymi prawami rozumu, moralności i rozwagi”. Czytałem książkę abpa Marcela Lefebvre’a, a w uszach wciąż dźwięczały słowa innych kapłanów, którzy wyklinali spiski masońskie, katolewicę, liberalizm gorszy od bolszewizmu. Książka francuskiego integrysty pozwoliła mi lepiej rozumieć ich sposób myślenia.


Abp Marcel Lefebvre „Oni Jego zdetronizowali. Od liberalizmu do apostazji. Tragedia soborowa”.



 

 





Joanna Olczak-Ronikier

Przejmująca, nie rozwiązana przez tyle wieków wspólnej historii antynomia, zawarta w zestawieniu dwóch tytułów: książki i serii. W niewielkim, estetycznie wydanym tomiku straszliwa kondensacja grozy. Żadnych ocen. Żadnych prób interpretacji. Tylko fakty, z których jasno wynika, jak mocno był ugruntowany i jak wielu miał wyznawców polski antysemityzm. Mimo swej rzeczowości i beznamiętnego tonu jest to przede wszystkim książka o emocjach. O nieodwzajemnionej miłości. O beznadziejnej niemożności porozumienia. O pogardzie i nienawiści. O strachu. O rozpaczy.
Po-lin w języku hebrajskim znaczy: „tu spocznij”. Autor przytacza legendę, która mówi, że Pan wskazał wygnańcom z Niemiec Polskę jako miejsce schronienia. Mimo gościnnego przyjęcia „niewierni”, zwani potem grzeczniej „starozakonnymi”, znaleźli się od początku w sytuacji bez wyjścia. Religia żądała od nich, by strzegli swej odrębności poprzez wierność tradycji i rygorystyczne przestrzeganie rytualnych przepisów. Gospodarze stopniowo coraz mocniej domagali się podporządkowania miejscowym obyczajom.
Tragedia polegała na tym, że współmieszkańcy pozostawali odtrąceni bez względu na to, jaką drogę wybrali. Polacy czuli niechęć zarówno do Żydów ortodoksyjnych, jak i do tych, którzy się asymilowali. Nie znosili biedoty za pasywność. Pogardzali arywistami za przebojowość. Karczmarz, pachciarz, kramarz – wedle ogólnego przekonania wyzyskiwali najuboższych. Kupiec, adwokat, lekarz – odbierali chleb klasie średniej. Kapitalista był krwiopijcą. Socjalista – wrogiem narodu. Syjonista – zdrajcą. Pozbawiony przekonań – egoistą obojętnym na los przybranej ojczyzny. Budził lęk oderwany od ziemi myśliciel. Budził wstręt zajęty przyziemnymi interesami geszefciarz. Irytowały hucpa i arogancja. Drażniły pokora i rezygnacja. Nie zjednywały sarmackich serc takie obce Sarmatom właściwości jak refleksyjność, pozbawiony złudzeń dystans do rzeczywistości, autoironia, podszyte smutkiem przewrotne poczucie humoru.
Z fotografii i rycin patrzą twarze ludzi, bez których trudno sobie wyobrazić historię polskiej kultury: Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Marceli Handelsman, Grzegorz Fitelberg, Leopold Kronenberg, Maurycy Orgelbrand, Janusz Korczak, Jakub Mortkowicz – mój dziadek. A kolejne strony opowiadają o prześladowaniach, restrykcjach, obelgach, upokorzeniach, które, nim wydarzył się dramat ostateczny, były udziałem polskich Żydów, niezależnie od tego, jakie wywalczyli sobie miejsce na społecznej drabinie i niezależnie od tego, ilu polskich humanistów odzywało się w ich obronie.
By nie być posądzoną o to, że zbyt tendencyjnie pojęłam książkę Andrzeja Żbikowskiego – dwa cytaty. W roku 1872 szesnastoletni Maurycy Gottlieb, przyszły wielki malarz żydowskiego pochodzenia, pisał do ojca: „Gdy pewnego razu otrzymałem od Ciebie list, w którym mi donosisz, że pan Matejko chciałby mnie poznać, w rosnącym upojeniu opowiedziałem wszystkim profesorom i uczniom, iż od drugiego semestru na pewno zostanę uczniem Matejki”. W roku 1882 (Gottlieb od trzech lat już nie żył) Matejko podczas inauguracji zajęć w Akademii Sztuk Pięknych mówił: „i wy uczniowie Hebrajczycy pamiętajcie, że sztuka nie jest handlową spekulacyjną jakąś robotą, lecz pracą w wyższych celach ducha ludzkiego, w miłości Boga z miłością kraju złączoną... Jeśli wy, Hebrajczycy, żyjąc w naszym kraju od wieków nie poczuwacie się do szlachetniejszych dla kraju naszego uczynków, ani też chcecie być Polakami, to wynoście się z kraju...”.
Gorzkie danie. O smaku piołunu.


Andrzej Żbikowski. „Żydzi”, seria „A to Polska właśnie”.








 





 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl