|
Miłość
Miłość wobec majestatu śmierci
Lekarstwo na lęk
Z Anną Wroną, pielęgniarką oraz lekarzami:
Elżbietą Chrzanowską
i Radosławem Czosnowskim rozmawia Agnieszka Traczewska
Agnieszka Traczewska: –
Wiadomość o chorobie osób bliskich, czy własnej, zwykle nas zaskakuje. Często oznacza kres pewnego etapu życia, poza którym rozpoczyna się nieznany wcześniej ból, strach, samotność. Gdzie człowiek postawiony w sytuacji zagrożenia życia szuka siły pozwalającej na przezwyciężenie choroby?
Radosław Czosnowski: – Człowiek, który staje wobec niekorzystnej diagnozy, w pierwszym momencie zakłada, iż musi to być pomyłka. Nie przyjmuje faktów do wiadomości. Stara się żyć tak, jak żył do tej pory, spełniając swoje codzienne obowiązki. Dopiero w miarę upływu czasu, kiedy choroba się rozwija, chory dostrzega, że dostał się na margines życia codziennego. Coraz trudniej jest nawiązać kontakt z innymi ludźmi. Nieraz jest i tak, że lekarze, którzy dotąd się nim interesowali, w momencie gdy sytuacja jest niepomyślna, zaczynają unikać pacjenta. Człowiek zaczyna odczuwać koło siebie pustkę, którą chce wypełnić uczuciem. Gdy zaczyna oswajać się z myślą, iż wiadomość, którą usłyszał od lekarzy, może być prawdziwa, zaczyna intensywnie poszukiwać bliskości. Potrzebuje kogoś, kto by go wsparł, był z nim w najtrudniejszych chwilach. Można to nazwać potrzebą miłości, miłości jako uczucia, które świadczy się drugiej osobie bez oczekiwania odwzajemnienia. Miłość dąży do ofiarowania drugiej osobie siebie – tego, co mamy: swego czasu, bycia razem z nim, wysłuchania go. Chory nie oczekuje rozwiązania jego problemu, ale pragnie współczucia, współodczuwania z nim.
– Czy diagnoza zwiastująca nieuleczalną chorobę wzmacnia czy osłabia związki pacjenta z najbliższymi?
Anna Wrona: – W kryzysowym momencie, kiedy dowiadujemy się o chorobie i mamy poczucie, że nasze życie straciło sens, niejednokrotnie załamują się związki oparte na miłości
„warunkowej”. Przyjaciele, członkowie rodziny kochają nas dopóty, dopóki jesteśmy w stanie spełnić ich oczekiwania. Niezmiernie rzadko spotyka się miłość bezwarunkową, pozwalającą przezwyciężyć ten trudny moment. Większość zdrowych nie potrafi zaakceptować choroby, tego, iż ich bliski zawsze już będzie
„inny”.
Chory łatwo dostrzega osobę, która jest zdolna oferować mu coś innego niż pozostali, akceptuje go z jego bólem, cierpieniem, ułomnością i wszystkim tym, co wynika z choroby – także cechami negatywnymi. Jedynie z taką osobą może nawiązać bliższą, pomocną mu więź. Element pocieszenia pochodzi przede wszystkim od osób, które z chorym są na stałe. Na tym polega świadczenie prawdziwej, wzajemnej miłości.
– Czy pacjent samotny ma równe szanse w walce z chorobą jak chory otoczony miłością bliskich?
Radosław Czosnowski: – W niektórych przypadkach fakt, że chory otoczony jest wsparciem rodziny może być czynnikiem, który – z punktu widzenia medycyny: w sposób irracjonalny – utrzymuje go przy życiu. Szanse osoby samotnej są zdecydowanie mniejsze z powodów emocjonalnych i praktycznych. Z punktu widzenia emocji nie ma możliwości uzyskania jakiegoś wyrazistego celu w życiu, nie ma osób, które otaczałyby go uczuciową podporą.
Jest również bardziej wymierny aspekt osamotnienia, często prowadzący do sytuacji tragicznych. Samotny człowiek w stanie zaawansowanej choroby nie ma znikąd pomocy, nikogo, kto podałby przysłowiową szklankę wody. Takie osoby niejednokrotnie umierają w przerażających warunkach i nikt w ogóle nie zauważa, że już nie żyją. Domy pomocy społecznej, zakłady opieki, PCK, pielęgniarki środowiskowe pomagają, niestety, głównie w teorii. W praktyce, jeżeli dochodzi do potrzeby udzielenia pomocy, natychmiast pojawia się masa różnych barier biurokratycznych, z którymi nie jest w stanie sobie poradzić samotny schorowany człowiek.
Anna Wrona: – Są też ludzie chorzy mający rodzinę, która nie jest w stanie zaspokoić ich potrzeb uczuciowych. W takiej sytuacji pacjent – mając wokół siebie bliskich – staje się osobą samotną. Jest to cios niespodziewany, trudniejszy do przyjęcia niż gdyby zawsze żył sam. Wtedy zdążyłby się przyzwyczaić do świadomości, że w chorobie nie będzie wokół niego nikogo naprawdę bliskiego. Jeżeli zaś liczy się na kogoś i doznaje rozczarowania, przynosi to ogromny zawód. Miałam kiedyś pacjentkę, która przez większość czasu, jaki z nią spędzałam, opowiadała mi o swoich dzieciach, na opiekę których zawsze – jak się okazało: niesłusznie – liczyła. Zgorzknienie chorej było tak duże, iż stanowiło dodatkowy, może najpoważniejszy czynnik utraty nadziei.
– Co jest silniejsze: instynkt samozachowawczy czyli wola ocalenia życia dla siebie czy miłość do innych, która każe nam walczyć o siebie może właśnie dla tych, których pozostawiamy?
Anna Wrona: – Decydujące jest, w jaki sposób chory był wcześniej nastawiony do życia – czy był przede wszystkim
„biorcą” czy też „tym, który ofiarowuje”. „Biorca” będzie nadal koncentrował się przede wszystkim na sobie, na swoich dolegliwościach. Jednak większość z pacjentów bardziej się troszczy o tych, którzy pozostają. Zwłaszcza ludziom młodym jest ciężko zaakceptować śmierć, ponieważ pozostawiają bliskie im osoby, które mogą – w przekonaniu chorych – nie poradzić sobie same w życiu.
Radosław Czosnowski: – Przykładem jest fakt obserwowany przez nas co roku, w okresie kwietnia – maja, a więc okresie przedkomunijnym. Młode matki, zbliżające się do kresu życia z powodu zaawansowanych chorób nowotworowych, często wprost zwracają się z prośbą: – Doktorze, proszę zrobić wszystko, co możliwe, żebym zobaczyła moje dziecko u pierwszej Komunii. Z czysto medycznego punktu widzenia dzieje się coś zupełnie irracjonalnego. Kobieta, która według naszej najlepszej wiedzy powinna umrzeć w ciągu dwóch, trzech tygodni, żyje jeszcze dwa, trzy miesiące. Uczestniczy w pierwszej Komunii swego dziecka, po czym w ciągu paru dni umiera. Jest to zjawisko stałe. Podobną sytuację mieliśmy niedawno, kiedy umierająca matka chciała zobaczyć ślub swego syna. Doczekała uroczystości i zmarła tydzień później. Nie wiemy, dlaczego jej się to udało. Według wiedzy medycznej nie powinna żyć tak długo.
– Ukrywaniem prawdy, próbą ochrony osoby bliskiej przed lękiem można dać świadectwo miłości?
Radosław Czosnowski: – Są chorzy, którzy nade wszystko starają się chronić rodziny przed cierpieniem. Liczą na to, iż prawie do końca będą mogli sprawnie funkcjonować, sam zaś koniec przebiegnie na tyle szybko, by nie absorbować bliskich. Jest to sytuacja częstsza, niż by się można spodziewać.
Z drugiej strony wszyscy wiemy, iż na porządku dziennym są usiłowania oszukania pacjenta, co jest zwyczajem bardzo złym, ale nagminnym. Rodzina nie dzieli się z chorym złą wiadomością. Choć intencja jest czysta, wyrządzają mu krzywdę. Wiedza, że jest się nieuleczalnie chorym i musi się umrzeć w ciągu paru miesięcy, jest ciosem strasznym, ale nieuniknionym. Lepiej jest go znieść wtedy, kiedy człowiek czuje się stosunkowo dobrze, zaś osobowość nie jest jeszcze rozbita przez cierpienie. Wówczas jest czas na oswojenie się z tą myślą. Potem, gdy choroba poczyni postępy, jest dużo trudniej znieść taki cios.
Gdy obie strony nie chcą podzielić się wzajemnie brzemieniem smutku, rozpoczyna się gra kłamstw. Często członkowie rodziny chronią się nawzajem i odgrywają role; mamy do czynienia z – jeśli można to tak określić – podwójnym teatrem, kiedy każdy jest i aktorem, i widzem. Tworzy to niesamowite napięcia emocjonalne. W końcu niezbędne staje się, byśmy spotkali się w trójkę. Lekarz jest moderatorem rozmowy, z której w pewnym momencie się wycofuje. Na ogół taka
„konfrontacja” kończy się łzami i wzajemną pretensją: – Dlaczego nie zaufałeś mojej miłości do ciebie?
Elżbieta Chrzanowska: – Wśród nastolatków motywacje są podobne. Prowadziłam przypadek 18-letniego chłopca, który nie był poinformowany, co mu jest, ale podświadomie domyślał się prawdy. Miał ojca, który w trakcie choroby syna dostał dwukrotnie zawału serca. Obawiał się, że widok jego cierpienia spowoduje u ojca trzeci zawał i spędził w szpitalu jeszcze pół roku, nie zgodził się na powrót do domu...
– Czy paradoksalnie miłość może doprowadzić do śmierci? Jak wytłumaczyć fakt, że po śmierci jednej osoby, jak zdarza się w wieloletnich małżeństwach, druga umiera nie mogąc znieść straty?
Radosław Czosnowski: – Nikt nie wie do końca, na czym polega to zjawisko. Kiedy dwie osoby postanawiają być razem, w miarę upływu czasu powstaje – tak to określmy – jedna wielka osoba, większa od nich obojga, pełna miłości, która przenika wszelkie aspekty ludzkiej osoby – cielesność, psychikę, duchowość. W momencie śmierci dochodzi nagle do utraty jednej
„połówki”, traci się połowę siebie. Bardzo często jest tak, że ta druga
„połowa” jest niezdolna do samodzielnego życia. Dla części osób jest to fakt uniemożliwiający dalsze biologiczne istnienie. Do końca nigdy nie można tej utraconej osoby zastąpić.
– Jaka jest rola personelu medycznego, wolontariuszy? Czy oprócz wiedzy i fachowej pomocy oczekuje się od państwa również zaangażowania emocjonalnego?
Anna Wrona: – Być może należałoby oddzielić
„miłość” od „uczucia”. Miłość jest w pewnym sensie decyzją, a nie zawsze uczuciem. Ode mnie, jako pielęgniarki, nie można wymagać, bym każdego pacjenta darzyła czysto emocjonalnym uczuciem. Moja miłość do nich – a więc ofiarowanie siebie, oddanie – oparta jest na świadomej decyzji, akceptacji ich takimi, jakimi są.
Radosław Czosnowski: – Nie zawsze spotykamy się z uczuciami konstruktywnymi – pokorą, oddaniem – może być również tak, że personel medyczny doświadcza reakcji negatywnych. Chory odczuwa lęk, gniew, nienawiść. Jego bunt – mimo że adresowany jest do losu – może być mimowolnie zwrócony przeciwko nam. Złość zaś doprowadza jedynie do jeszcze większego osamotnienia – bo agresja budzi agresję, u lekarzy czy innych pacjentów. Jedynym wyjściem jest przezwyciężenie tych uczuć.
Elżbieta Chrzanowska: – Mali pacjenci czepiają się matki, nie chcą jej puścić ani na krok. Cierpiące dzieci są negatywnie nastawione do lekarzy i pielęgniarek – będących synonimem bólu. Przede wszystkim chcą iść do domu, być jak najdalej od szpitala, boją się zabiegów – transfuzji, zastrzyków.
– Może więc się zdarzyć, że osoba nawet najbardziej nakierowana na innych, w chorobie bezwzględnie zwraca się ku sobie, zatraca swą miłość bliźniego?
Anna Wrona: – Tak. Nieuleczalnie chorzy koncentrują się najczęściej przede wszystkim na sobie. Obdarzanie miłością innych jest o wiele łatwiejsze wtedy, gdy jesteśmy zdrowi. Cierpienie i ból w znacznym stopniu powodują zwrócenie do siebie. Przyczyną jest i to, że osoba chora przestaje być akceptowana przez otoczenie.
Elżbieta Chrzanowska: – To swoiste
„skupienie” chorego czy na chorym, dotyczy również dzieci, czasami rodziców, którzy starają się uleczyć dziecko za wszelką cenę, wyrwać je śmierci. Jeżeli mają pewność, że nic już się nie da zrobić, w ostatnim okresie jego życia próbują stworzyć mu warunki najlepsze, jakie są możliwe. Kiedy w domu jest inne dziecko, nawet młodsze, zdarza się, że matki zaczynają do niego podchodzić wręcz wrogo. Całe swoje uczucie przelewają na to, które umiera, jakby pragnąc tą koncentracją na potrzebującym największej pomocy odwrócić to, co nieuchronne. Rodzice, szczególnie matki, mają zwykle nadzieję do końca, wierzą, że siłą swego skupienia i oddania sprowadzą cud, ich prośba zostanie gdzieś wysłuchana. Niestety – na ogół cuda się nie zdarzają.
– W wypadku oddziałów intensywnej terapii czy klinik, gdzie leczy się chorych będących w stanie krytycznym, dostęp bliskich jest ograniczony surowymi przepisami szpitalnymi. Powoduje to podwójne rozdarcie osób, które wierzą, że jeszcze mają sobie coś wzajemnie do ofiarowania...
Radosław Czosnowski: – Więź emocjonalna może mieć bezsprzecznie niezwykle pomocny, pozaracjonalny wpływ na chorego. U ludzi umierających – którzy w ciągu ostatnich godzin, czasem dni, są pozbawieni świadomego kontaktu z otoczeniem – obserwuje się, że towarzystwo osób bliskich wpływa uspokajająco. Problem polega na tym, że istniejący system opieki zdrowotnej – czy nawet: funkcjonowania społeczeństwa – nie zaspokaja w pełni potrzeby miłości w obliczu majestatu śmierci. Dotyczy to naszych pacjentów cierpiących na choroby nowotworowe, których życie nieuchronnie zmierza do końca. Chory odczuwa ogromny lęk, niepewność. Nie wie, co będzie czekało dalej. Jeżeli jest głęboko wierzący, jest mu łatwiej, bo może podeprzeć się wiarą w Zbawienie. Choć możliwa jest tu też obawa przed potępieniem – pozostaje wtedy nadzieja na miłosierdzie Stwórcy.
– Obserwując reakcje swych pacjentów, odnoszą Państwo wrażenie, że w ich poszukiwaniu miłości ukojeniem może być wiara?
Radosław Czosnowski: – Dla osoby wierzącej sakrament chorych jest niewątpliwie pomocą i pociechą. Mamy pacjenta, który właściwie nie powinien żyć od paru miesięcy. W momencie zupełnie krytycznym, kiedy wydawało się, że sytuacja jest przesądzona, został wezwany ksiądz, który wyspowiadał pacjenta, udzielił mu sakramentu chorych, komunikował. Na drugi dzień stał się
„cud”. Chory wstał z łóżka i poszedł na zakupy. Z innym przypadkiem miałem do czynienia na oddziale intensywnej opieki medycznej. U pacjenta po dwóch reanimacjach doszło do trzeciego zatrzymania krążenia, po godzinnej akcji było jasne, że nie ma żadnych szans. Gwoli spełnienia woli chorego, wezwano kapelana. Prowadziliśmy dalej działania reanimacyjne, w czasie których ksiądz udzielał sakramentu chorych. Kiedy skończył, pacjent jakimś cudem
„zaskoczył” – nastąpił nawrót funkcji życiowych.
Anna Wrona: – Pacjenci często pragną z pomocą różnych form religijności uspokoić swój lęk przed śmiercią, co nie zawsze się udaje. Z drugiej strony, są tacy chorzy, głęboko wierzący, w których kres życia nie budzi przerażenia. Tak więc wiara jest pomocna pod warunkiem, że jest naprawdę głęboka, nie sprowadzona do obrzędowości.
Elżbieta Chrzanowska: – Często ożywienie uczuć religijnych jest pozorne, wiąże się z nadzieją, iż mogą pomóc tam, gdzie wszystko inne zawiodło. Gdy ta nadzieja okaże się płonna, może dojść do całkowitej negacji. Chorzy z jednej strony zwracają się po pomoc do spowiednika, z drugiej – do bioenergoterapeuty.
Radosław Czosnowski: – W większości przypadków widać ogromny lęk przed śmiercią. A zatem wiara umierających nie jest na tyle głęboka, by wyzwolić ich z lęku. Tak jest najczęściej. Natomiast ludzie głęboko wierzący rzeczywiście w gruncie rzeczy akceptują śmierć. W rozmowach z nimi wyczuwa się wręcz pozytywne zainteresowanie tym, co ich czeka, co nastąpi po śmierci. Można powiedzieć, że doświadczają oni miłości, która ratuje ich przed lękiem. Jak mówiłem, miłość polega na tym, że z dwóch osób powstaje jedna, pełniejsza od nich obojga. Nie ma znaczenia, czy jest to mężczyzna i kobieta, czy też człowiek i Bóg.
Elżbieta Chrzanowska – lek. med., prowadzi Poradnię Onkologiczną przy Polsko-Amerykańskim Instytucie Pediatrii Collegium Medicum UJ.
Anna Wrona – pielęgniarka w Poradni Terapii Paliatywnej Centrum Onkologii w Krakowie.
Radosław Czosnowski (1964) – lek. med., internista, prowadzi Poradnię Terapii Paliatywnej Centrum Onkologii w Krakowie.
|