Miłość




Dzieje pewnej idei, czyli o „matce nadopiekuńczej”

Między miłością a wolnością


Bogdan de Barbaro


Wśród zjawisk dotyczących patologii uczuć kategoria „nadopiekuńczości” zajmuje miejsce szczególne. „Matka nadopiekuńcza” odegrała olbrzymią rolę w dziejach terapii rodzin, będąc przez kilkanaście lat obiektem ambitnych planów terapeutycznych. Wyjątkowość zagadnienia tkwi też w samej istocie zjawiska: gdzież bardziej uwyraźnia się dramatyczne napięcie między miłością a wolnością?
Miłość i opieka rodziców nad dzieckiem jest powszechnie uważana za warunek jego prawidłowego rozwoju. Jednocześnie nad-opiekuńczość od lat postrzegana jest jako źródło nieprawidłowego rozwoju dziecka, niekiedy – wręcz jako przyczyna głębokiej patologii.

błędne koło
Historia pojęcia „naodpiekuńczości” na terenie psychiatrii ma swoje początki jeszcze w 1931 r., kiedy to amerykański lekarz David Levy opublikował na łamach „Archives of Neurology and Psychiatry” pracę o takich postawach matek, które prowadzić miały do nieprawidłowego rozwoju dziecka. Według Levy’ego, oprócz postawy odrzucającej za taki skutek miała odpowiadać właśnie matczyna nadopiekuńczość, przejawiająca się nadmiarem bezpośredniego kontaktu z dzieckiem, sprawowaniem opieki troskliwiej i dokładniej niżby tego wymagał jego wiek oraz zapobieganie rozwojowym zachowaniom dziecka. Levy wśród przyczyn nadopiekuńczości matek wymieniał między innymi długie oczekiwanie na pierwsze upragnione dziecko, choroby lub zagrożenia zdrowia u dziecka mobilizujące matczyną opiekę, społeczną izolację rodziny oraz konflikty między małżonkami (rodzicami dziecka). W swej pracy Levy doszedł do wniosku, że nadopiekuńczość może w istotnym stopniu utrudniać psychoseksualny rozwój dziecka. W następnych pracach innych autorów mowa już jest o „osobowości schizofrenicznej” czy wręcz schizofrenii jako ostatecznym następstwie takiej postawy.
Jest uderzające, że pierwsi autorzy zwracali uwagę na relacyjny charakter związku: matka jest nadopiekuńcza, a dziecko (na przykład poprzez choroby lub inne biologiczne lub psychologiczne zagrożenia) tę nadopiekuńczość prowokuje i wzmacnia. Dostrzeganie sprzężenia zwrotnego sprawiało, że zjawisko nadopiekuńczości – nawet jeżeli było odnoszone do wyraźnej patologii – opisywane było wówczas bez popadania w ton oskarżeń pod adresem rodziców. Ilustracją tego może być jeden z wniosków pracy opublikowanej przez Jacoba Kasanina i jego współpracowników w 1934 r. w „The Journal of Nervous and Mental Disease”: „Nadopiekuńczość tworzy błędne koło w życiu dziecka schizofrenicznego, ponieważ z jednej strony dziecko potrzebuje dodatkowej opieki do swojego rozwoju, ale z drugiej strony uzyskanie tej dodatkowej troski utrudnia jego rozwój, jego emancypację od rodziców i jego rozwój psychoseksualny”.
Jesteście winni!
Przez następne lata badaczom rodziny, psychiatrom, psychologom, terapeutom uszła uwadze owa zwrotność relacji, dostrzeżona w pracach z lat 30. Pojęcie „nadopiekuńczości” zaczęło funkcjonować jako nieomal synonim pewnej negatywnej cechy, najczęściej występującej u matek i powodującej poważne zaburzenia u dzieci. Psychiatria nie dysponowała w owym czasie skutecznymi lekami do leczenia psychoz, można się domyślać, że to właśnie poczucie bezradności psychiatrów podsuwało upraszczające wyjaśnienia skomplikowanych patologicznych zjawisk. Ukoronowaniem tego procesu była praca Friedy Fromm-Reichman z 1948 r. zamieszczona w „Psychiatry”, a wprowadzająca do słownika psychiatrycznego pojęcie matki „schizofrenogennej” (a więc – powodującej schizofrenię). Od tego momentu przez wiele lat teza o rodzinnych przyczynach tej choroby na dobre zagościła w gabinetach terapeutów rodzinnych i psychiatrów. Kolejni badacze tropili różnego rodzaju patologię wśród rodziców (a to: dotyczącą sposobów komunikacji w rodzinie, a to – struktury rodziny, a to – postaw rodzicielskich). Co istotne, opisy naukowe i badania empiryczne zamieniały się – wprost lub między wierszami – w oskarżenie pod adresem rodziny: „To wy ponosicie odpowiedzialność i winę za zachorowanie. Jeśli chcecie pomóc swemu dziecku, powinniście się leczyć”.
Do tych oskarżeń pod adresem rodziców i rodziny pasowała krytyka płynąca ze strony antypsychiatrów i szeroko pojętej kontrkultury, rozpowszechnianej zwłaszcza poprzez książki i kino (żeby wspomnieć tylko o „Locie nad kukułczym gniazdem”). W tych przekazach postać rodzica przedstawiana była jako figura ucieleśniająca i symbolizująca zniewalanie, zaś dziecko takiego rodzica jawiło się jako bierna, niewinna ofiara patologii lub złej woli. Zachowania matek, pełnych niepokoju i troski, a często też zmęczenia i bezradności nie były interpretowane jako przejaw brzemienia, jaki przychodzi im dźwigać wraz z chorobą dziecka, lecz jako wyraz patologii, która prowadzić miała do choroby. Dramatyczny skądinąd problem rozdarcia między miłością a wolnością, między potrzebami dawania i brania u dwojga osób został uproszczony do biało--czarnej figury. Dyskurs przesunął się z obszaru (i języka) medycznego, psychiatrycznego i psychoterapeutycznego ku obszarom nieomal „etyczno-prokuratorskim”. Szczególną wymowę miał fakt, że oskarżając rodziców o tłumioną agresję (której maską miałaby być owa nadopiekuńczość) terapeuci sami przejawiali wiele zachowań o analogicznym zabarwieniu emocjonalnym.

Błąd sędziego
Ta sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać pod koniec lat 70. i z początkiem lat 80. Sama koncepcja „matki schizofrenogennej”, chociaż inspirująca dla wielu szkół terapeutycznych, nie znalazła potwierdzenia empirycznego. Tropienie patologii i „poddawanie” rodziców terapii okazało się nieefektywne. Terapeuci rodzinni zorientowali się, że procesy zachodzące w rodzinie są bardziej skomplikowane i że obwinianie rodziny prowadzić może jedynie do naturalnej samoobronnej postawy rodzin (jeszcze niedawno traktowanej jako wyraz patologii). Jeszcze raz potwierdziła się prawidłowość, że ten jest gotów świadomie zmieniać się, kto czuje wewnętrzną i zewnętrzną akceptację. Ponadto psychiatrzy dysponowali już środkami farmakologicznymi, zmieniającymi w zasadniczym stopniu sytuację zdrowotną pacjenta oraz sens i możliwości lecznicze w oddziale psychiatrycznym.
„Nadopiekuńczy” rodzice zaopiekowali się sobą: założyli organizacje samopomocowe i zamiast poddawać się terapiom zaczęli kontrolować psychiatrów, czy ci ostatni zrobili wszystko, co było możliwe do leczenia pacjenta. Rodzice stopniowo stawali się współuczestnikami procesu terapii, niekiedy wręcz współterapeutami. Proces upo-dmiotowienia w znacznym stopniu dotyczył także pacjenta. To od niego coraz częściej zależało, czy i jakie leczenie będzie zastosowane. Proces terapii można zrozumieć jako świadome doświadczenie pracy realizowanej w trójkącie: terapeuta – pacjent – rodzina. Różne nowe metody terapeutyczne, nawet jeżeli uwzględniają czy wręcz oczekują zmian w rodzinie, nie są już wymyślane „nad rodzicami”, a tym bardziej przeciwko nim. Są raczej wspólnym poszukiwaniem takich zmian, które byłyby użyteczne i które by odpowiadały wszystkim członkom rodziny. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że właśnie na terenie psychiatrii podmiotowość w relacjach w tym trójkącie jest warunkiem powodzenia. (Medycyna somatyczna jeszcze chyba nie docenia – zwłaszcza w codziennej praktyce – tego wymiaru procesu leczniczego.)
Kategoria „matki nadopiekuńczej” jako „matki schizofrenogennej” stała się dzisiaj w psychoterapii przykładem pojęcia stronniczego, ideologicznego, nie popartego rzetelną empirią i prowadzącego do wysiłków terapeutycznych nie tylko nieefektywnych, ale i krzywdzących rodziców pacjenta. Paradoksem pozostanie, że sama Frieda Fromm-Reichmann, autorka pojęcia „matki schizofrenogennej” była, jak wspominają jej uczniowie, psychoterapeutką o niezwykłej wrażliwości wobec pacjenta i jego rodziny.
Byłoby jednak naiwnością twierdzić, że pojęcie „matki nadopiekuńczej” przestało być obecne w języku terapeutów. Na ogół jest to skrót na określenie jakiegoś zachowania jaskrawie odbiegającego od normy kulturowej, np. tak powiemy o matce studenta załatwiającej za syna jakieś proste sprawy w dziekanacie. Nadal też na terapeutę czyha – według określenia profesora Kępińskiego – błąd sędziego: w zależności od wielu czynników, zwłaszcza zaś od własnych preferencji i uprzedzeń emocjonalnych oraz fazy życia rodzinnego może on mieć skłonność do wydania oceny (na przykład poprzez skrytykowanie matki wyręczającej lub skrytykowanie syna pozwalającego na to wyręczanie). Terapeuta silnie i bezrefleksyjnie zidentyfikowany z walką pacjenta o niezależność od rodziców będzie śladem psychiatrów z lat 50. traktować rodzica jako przyczynę trudności rozwojowych dziecka. Wtedy – spójnie z nastrojem – mogą mu przyjść do głowy określenia pozornie fachowe, profesjonalne, a w gruncie rzeczy będące wyrazem negatywnych emocji. Taką „kryptoinwektywą” może być właśnie pojęcie „matki nadopiekuńczej”.
Czy to znaczy, że nie ma matek nadopiekuńczych? Na pewno są. Rzecz jednak w tym, że one jeśli są „nadopiekuńcze” to wobec kogoś, w odpowiedzi na jakieś zachowanie, w danym momencie, w określonej – ale już nie innej – sytuacji. Bez uwzględnienia tego kontekstu terapeuta pozostaje z pojęciem „nadopiekuńczości” jak z tępym mieczem przeciwko wielopostaciowemu złu. Jeśli zaś kontekst zostanie uwzględniony, określenie to stanie się albo zbędne albo będzie stanowić cząstkowe wyjaśnienie i punkt wyjścia do zrozumienia sytuacji.
Wśród współczesnych szkół terapeutycznych w terapii rodzin dominują takie, które koncentrują się na zrozumieniu kontekstu danego zachowania, systemu (na przykład rodzinnego), w którym dany proces się toczy. Jeśli terapeucie udaje się osiągnąć taką nieocenność oraz neutralność wraz z towarzyszącym jej stanem zaciekawienia, wówczas „kryptoinwektywy” okazują się niepotrzebne. Tak więc opisy i analizy „nadopiekuńczości” ponownie – jak we wczesnych pracach na ten temat – są rozumiane jako fragment relacji, w której dwoje ludzi związanych ze sobą tańczy swój najważniejszy taniec: między miłością a wolnością. Dobrze jest pamiętać, że tylko niektóre fragmenty tego tańca są widoczne gołym okiem.

Ryzykując odrobinę patosu, można powiedzieć, że istotą nadopiekuńczości jest patologia wolności w obszarze miłości. Przy powyższym rozumieniu tak wolność, jak i miłość pozostają relacyjne, rozwijają się między dwiema lub więcej osobami. Nad-opiekuńczość nie jest cechą osobowości ani wadą charakteru, lecz raczej dynamicznie zmieniającym się elementem relacji.
Nie opisałem szczegółowo samego zjawiska, nie przedstawiłem dostatecznej liczby przykładów, które by ilustrowały zjawisko nadopiekuńczości. Mam wszakże przekonanie, że każdy dysponuje chociażby pojedynczymi własnymi doświadczeniami z tego zakresu. Na ile doświadczaliśmy jej ze świadomością uczestnictwa? Czy czuliśmy się autorami czy współautorami tej relacji? A może tylko ofiarami? Czy dysponujemy neutralnym opisem? Czy może aktem (samo)oskarżenia? Jaka jest nasza opowieść?

Bogdan de Barbaro (1949) – dr hab. med., kierownik Zakładu Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ. Opublikował m.in.: „Możesz pomóc” (1992, razem z dr Krystyną Zawadzką), „Brzemię rodziny w schizofrenii” (1992), „Wprowadzenie do systemowego rozumienia rodziny” (1994, redaktor pracy zbiorowej), „Pacjent w swojej rodzinie” (1997).









 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl