|
Wisława Szymborska
Krajobraz po Noblu
Monika Woźniak
z Rzymu
Po ogłoszeniu tegorocznego laureata literackiej Nagrody Nobla, wydany przez Scheiwillera tom poezji Szymborskiej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazł się we wszystkich księgarniach na dobrze widocznym miejscu. Dla włoskich polonistów był to wielki dzień: redakcje gazet wydzwaniały do nich, prosząc rozpaczliwie o jakiekolwiek informacje o nagrodzonej. Rzymska
„La Reppublica”, nie znajdując lepszego wyjścia, przetłumaczyła artykuł z języka szwedzkiego. Popularny tygodnik
„L’Espresso” poradził sobie jeszcze inaczej: do rozmowy przeprowadzonej przed dwoma laty przez studentkę rzymskiej polonistyki dodał pytanie o Nobla i fikcyjną na nie odpowiedź, po czym opublikował to wszystko jako wyłączny wywiad Szymborskiej dla
„L’Espresso”.
Wszystkie poważne dzienniki odrobiły zadanie domowe, zamieszczając duże artykuły o nagrodzonej poetce, ale w wypowiedziach krytyków dał się wyczuć ton pewnej niechęci czy rozdrażnienia z powodu decyzji szwedzkich akademików. Pojawiły się uwagi podające w wątpliwość kryteria przyznawania nagrody, sugerujące
„lenistwo” członków Akademii, którym nie chce się czytać długich książek, lub kierujące nimi motywy polityczne, jak na przykład chęć przypodobania się papieżowi-Polakowi (sic!). Wprawdzie niektórzy dziennikarze zaznaczyli uczciwie, że
„ci, którzy znają poezję Szymborskiej, wyrażają się o niej z najwyższym uznaniem”, ale ogólny ton komentarzy był dość powściągliwy. Ostrożnie zareagowali również przedstawiciele wielkich wydawnictw.
„Chcielibyśmy się coś o niej dowiedzieć, ale na pewno nie my ją będziemy drukować” – zadeklarował rzecznik Garzantiego.
„Przyjrzymy się i dopiero potem zdecydujemy, czy zakupić prawa autorskie” – twierdził przedstawiciel oficyny Einaudi. Podobnie zabrzmiały głosy dyrektorów wydawnictw Mondadori i Feltrinelli (ta ostatnia oficyna jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem do wydania włoskiego wyboru poezji naszej noblistki). Trudno wyrokować w tej chwili, czy poezja Szymborskiej podbije Włochów, czy też poetka podzieli los noblisty Jaroslava Seiferta, o którym nikt dziś już nie pamięta. Z pewnością jednak werdykt szwedzkich akademików był konieczny, by taka możliwość mogła w ogóle powstać, by szansa spotkania włoskich czytelników z twórczością polskiej poetki stała się realna.
GATCZYNSKI, STAMM...
Przeciętny włoski czytelnik o literaturze polskiej nie ma najmniejszego pojęcia. Czytelnik wyrobiony, ambitny, zdaje sobie oczywiście sprawę, że jakaś twórczość polska istnieje, zalicza ją jednak, na równi z literaturą czeską, węgierską czy bułgarską, do zjawisk egzotycznych i marginesowych. A gdyby nawet z jakiegoś powodu nabrał ochoty, by zawrzeć z nią bliższą znajomość, nie będzie miał przed sobą łatwego zadania.
Włoscy wydawcy niechętnie podejmują się publikacji polskich autorów, i to wcale nie dlatego, by mieli niepochlebne zdanie o ich walorach literackich. W istocie żadne włoskie wydawnictwo nie prowadzi jakiejś określonej polityki wobec przekładów z języka polskiego; ukazują się one nakładem najrozmaitszych, nieraz zupełnie nieznanych oficyn wydawniczych, a wybór tytułów wydaje się, na ogół, zupełnie przypadkowy. Ogromne rozproszenie przekładów sprawia, że polska literatura nie ma możliwości, by zaistnieć jako zjawisko kulturowe. Poza tym, mówiąc brutalnie, we Włoszech tylko publikacja w dużym, liczącym się wydawnictwie, takim jak Feltrinelli, Einaudi czy Mondadori daje książce szansę na recenzję w dużym dzienniku czy wzmiankę w programie kulturalnym, stwarza nadzieję na zdobycie poważnej nagrody literackiej (poważnej – bo nagród literackich przyznaje się corocznie w Italii kilka setek i większości z nich nikt poza organizatorami i nagrodzonymi nie zna). Mała oficyna, choćby tak ambitna i sumienna jak mediolańskie wydawnictwo Vanniego Scheiwillera, które od lat popularyzuje polską twórczość (jego nakładem ukazały się m.in. wiersze Miłosza, opowiadania Mrożka i Herlinga-Grudzińskiego), nie ma najmniejszych szans w tej twardej, rynkowej walce: nie dysponując środkami finansowymi koniecznymi do wylansowania książki, nie jest w stanie konkurować z wielkimi potentatami o wykreowanie bestsellera.
Konieczność ograniczenia za wszelką cenę kosztów produkcji odbija się często bardzo negatywnie na jakości samych książek. W 1990 roku wydawnictwo Lucarini wydało antologię poezji polskiej XX wieku, na okładce której, wśród nazwisk poetów, widniał niejaki
„Gatczynski” oraz „Stamm”, same wiersze zaś, dzięki licznym literówkom, nabierały niekiedy zupełnie nowych znaczeń, np. w utworze Gałczyńskiego zamiast
„drzwi” (porta) w pustym domu otwierała się „poczta” (posta), w poezji Iwaszkiewicza bohaterka zamiast
„włosami” (capelli) została obdarzona „kapeluszami” (cappelli). Drażliwą kwestią jest też jakość przekładów. Po lekturze niektórych z nich nasuwa się refleksja, że lepiej już, by włoski czytelnik nie znał wcale polskiej poezji, niż żeby poznawać ją miał w takiej postaci. Oczywiście, zdarzają się także tłumaczenia na dobrym poziomie. Gwarancją solidności jest zawsze nazwisko Pietra Marchesaniego, tłumacza m.in. Miłosza i Szymborskiej. Ostatnio ukazał się – niestety przeznaczony tylko dla bibliotek – wybór poezji Miłosza, przetłumaczonych z dużym wyczuciem i wrażliwością poetycką przez uczennicę Marchesaniego, Valerię Rossella. Prawdziwym majstersztykiem jest niedawny przekład
„Fraszek” Jana Kochanowskiego, dokonany przez Nullo Minissiego, szkoda, że prawdopodobnie przeczytają go tylko studenci polonistyki...
POECI PRZECIW BOMBIE
Jakich polskich pisarzy czytają Włosi (ci, którzy czytają)? Po pierwsze, tylko twórców współczesnych. W Rzymie istnieje wprawdzie ulica Mickiewicza, a w słynnym
„Café Greco” wisi jego fotografia, są to jednak pamiątki czasów, które przeminęły bezpowrotnie: dzisiejszy włoski amator lektury nie wie nawet, jak wymówić to dziwne nazwisko. O innych wieszczach nie warto nawet wspominać. Na krótkiej liście polskich pisarzy, których włoskiemu intelektualiście wypada przeczytać albo przynajmniej znać z nazwiska, pierwsze miejsce zajmuje bezdyskusyjnie Gombrowicz. Jego największa popularność we Włoszech przypadła wprawdzie na lata 60., kiedy to zachwycano się tam wszelkimi pisarzami
„awangardowymi”, ostatnio przeżywa jednak swego rodzaju renesans, co nie pozostaje bez związku z faktem, że wydaje go i promuje wydawnictwo Feltrinelli. Krok za Gombrowiczem znajduje się, również
„awangardowy” Schulz, i już wyraźnie z tyłu – Witkacy i Mrożek, lepiej znani w środowiskach teatralnych. Kilka lat temu Maurizio Costanzo wylansował w swoim popularnym talk show chwilową modę na
„Myśli nieuczesane” Leca; wielkim ich entuzjastą i popularyzatorem był także Umberto Eco. Nieco odmienna jest sytuacja Lema, który ma wielu zaprzysięgłych wielbicieli wśród włoskich amatorów science-fiction, nie przywiązujących jednak z reguły wagi do jego narodowości. Specyficznie przedstawia się również pozycja Herlinga-Grudzińskiego, który po wielu latach lekceważenia przez włoską krytykę, doczekał się wreszcie uznania dla swego pisarstwa: kilka poważnych nagród literackich i kontrakt z Feltrinellim zwróciły na niego uwagę czytelników. Ciesząc się z sukcesu Grudzińskiego, nie należy jednak zapominać, że mimo wszystko pozostał on pisarzem elitarnym. Części włoskich krytyków, oceniających dzieła literackie według kryterium ich
„awangardowości”, proza Herlinga wydaje się zbyt tradycyjna; stąd tendencja, by traktować ją jako twórczość paradokumentalną, pozbawioną większych wartości artystycznych. Kłopotliwe są również dobitne i jednoznaczne wypowiedzi polskiego pisarza na temat komunizmu. W ostatnich latach ujawniono wprawdzie oficjalnie różne nieprzyjemne fakty z dziejów komunizmu w powojennej Italii, nie rozbudziło to jednak w żadnym razie chęci do dokonania radykalnego obrachunku z komunistyczną ideologią. Trudno oczekiwać, by Herling-Grudziński trafił kiedykolwiek pod włoskie strzechy; nie wydaje się też, by jego popularność mogła radykalnie wzrosnąć po przyznanej mu w tym roku nagrodzie
„Vittorini”, zwłaszcza że nie zalicza się ona do wyróżnień bardzo znanych.
Jeśli pozycja naszej prozy na włoskim rynku wydawniczym jest nie najlepsza, sytuacja poezji przedstawia się całkiem kiepsko. Trudno się temu dziwić zważywszy, że współcześni Włosi poezji nie lubią i nie czytają w ogóle: ani swojej, ani tym bardziej obcej. Czasy poetów-idoli i autorytetów moralnych przeminęły bezpowrotnie i zdesperowani twórcy na próżno próbują przyciągnąć uwagę publiczności organizując spektakularne akcje czy manifestacje, na przykład
„poeci przeciw dyktaturze”, „przeciw bombie” itp. Wydawcy, jeśli decydują się na ryzyko opublikowania przekładów poezji obcej, wolą trzymać się uznanych klasyków, niż zapuszczać się na niepewne wody twórczości współczesnej, zwłaszcza tak egzotycznej, jak polska. Przy dużej dozie cierpliwości da się czasem upolować jakieś tłumaczenia w specjalistycznych czasopismach typu
„Poesia” czy „Testo a fronte”, szanse na obejrzenie ich kiedyś w formie książkowej są jednakże bardzo nikłe. Współczesnych polskich poetów, których uhonorowano samodzielnym tomikiem, można policzyć na palcach jednej ręki: Miłosz, Herbert, Różewicz i ostatnio Szymborska. Warto by jeszcze wiedzieć, ilu włoskich czytelników wzięło te książki do ręki...
Nie znaczy to, że nie ma we Włoszech entuzjastów polskiej kultury, pragnących przekonać do niej czytelników. W Rzymie Instytut Polski pod dyrekcją pani Elżbiety Jogałłowej i filia PAN kierowana przez profesora Żaboklickiego prześcigają się w szlachetnej rywalizacji, organizując odczyty, wykłady i prezentacje polskich książek. Obie instytucje mają swoich wiernych sympatyków, uczęszczających pilnie na większość spotkań. Jest to jednak krąg w zasadzie zamknięty, obejmujący osoby już do literatury polskiej jakoś zachęcone. Problem polega na tym, jak przyciągnąć nowych czytelników, jak przebić mur obojętności wydawców i krytyki i dotrzeć do szerokiej publiczności. Italia wciąż czeka na swojego Karla Dedeciusa, na kogoś, kto byłby nie tylko znakomitym tłumaczem, ale i charyzmatycznym popularyzatorem, potrafiącym pozyskać włoskich czytelników dla naszej literatury.
|