Wisława Szymborska



Z Szymborską w Sztokholmie


Jerzy Illg 


Sztokholm przywitał Wisławę Szymborską ścianą deszczu. Gdy cztery godziny później, na lotnisku Arlanda, wylądowało podróżujące samolotem LOT-u grono jej gości, deszcz już nie padał, ale aura w niczym nie przypominała cudownej śnieżnej zimy, jaką pamiętam sprzed dziewięciu lat, kiedy Nagrodę Nobla odbierał Josif Brodski.

Za oknami ani odrobiny śniegu, nie mówiąc o tunelach wśród zasp, w których zwykle poruszają się tutaj zimą samochody. Kierowca autobusu, dowożącego posażerów do miasta, przed pożegnaniem na ostatnim przystanku powiedział przez głośnik: „Pozwolą Państwo, że złożę specjalne gratulacje grupie gości polskiej noblistki, Wisławy Szymborskiej. Witamy w Szwecji i życzymy miłego pobytu!”
Życzenia te szybko zaczęły się sprawdzać; na początek niezwykle miło rozpromieniły się na nasz widok urocze panienki w recepcji sztokholmskiego Grand Hotelu. Od czasu otwarcia w roku 1874, ten reprezentacyjny hotel stolicy wyróżnia się wyszukanym stylem, gustownym przepychem i elegancją. Lista historycznych wydarzeń, które miały tu miejsce, wypełniłaby sporą księgę, podobnie jak lista słynnych gości – ze stron pięknej monografii umieszczonej na biurku w moim pokoju spoglądają Douglas Fairbanks jr., cesarz Hajle Selasje, Marlena Dietrich, Alfred Hitchcock, Spencer Tracy, Artur Rubinstein, Elisabeth Taylor, Henry Kissinger, Josif Brodski a także Jan Kiepura, który mieszkał tu w roku 1937.

GRETA GARBO
Od roku 1901, kiedy po raz pierwszy przyznano Nagrodę Nobla, Grand Hotel ma przywilej goszczenia noblistów. Pamiętam dobrze tremę, z jaką dziewięć lat temu wjeżdżałem złocistą windą na szóste piętro, by zrobić wywiad z Josifem Brodskim. Teraz ogromny hall wypełnia podobny wielojęzyczny gwar, boye w liberiach błyskawicznie zajmują się bagażami, a ja otrzymuję na tym samym piętrze apartament 633. Wisława Szymborska zajmuje nad nami, na ostatnim piętrze, apartament 702. Nad spokojem noblistów czuwa się tu w sposób dyskretny, chociaż nieustępliwy. Winda dostępna hotelowym gościom ma przyciski jedynie dla sześciu pięter – na ostatnią kondygnację można dostać się tylko tajemnym sposobem, dzięki specjalnej elektronicznej przepustce.
Zastajemy Wisławę zmęczoną podróżą i pierwszą konferencją prasową, jakiej tradycyjnie laureat literackiej Nagrody Nobla udziela bezpośrednio po przylocie, w saloniku VIP-ów na lotnisku. Media podniecone są krążącymi pogłoskami o niedostępności polskiej poetki, o jej niechęci do udzielania wywiadów i grania roli gwiazdy. Niechęć ta nie przeszkadzała im zresztą w określaniu jej mianem „Grety Garbo europejskiej poezji”.
Oczywiście wśród kwestii najbardziej interesujących dziennikarzy nie zabrakło pytania o to, na co laureatka przeznaczy okrągłą sumę przeszło miliona dolarów, towarzyszącą medalowi i dyplomowi noblowskiemu. Poetka jest na to przygotowana, oświadcza spokojnie, że rozmawiała już z kompetentnymi ludźmi i zamierza się tą nagrodą podzielić. „Przynajmniej połowę zamierzam przeznaczyć na cele charytatywne, co jest bardzo w Polsce potrzebne – oświadcza. – Mam także przyjaciół, którzy ucieszyliby się jakimiś drobnymi prezentami. A poza tym – ponieważ nikt nie jest nieśmiertelny – planuję w przyszłości utworzyć z pieniędzy, które mi zostaną, dwie fundacje mające na celu wspomaganie kultury”.
Zapytana o pierwszy wiersz, jaki napisała, poetka z właściwym sobie poczuciem humoru odparła: „Byłam dzieckiem, które układało wierszyki od czwartego czy piątego roku życia. Oczywiście były to wierszyki śmieszne, nieporadne, ale kiedy coś się udało, ojciec wyjmował z kieszeni portfel i dawał mi parę groszy, za które kupowałam sobie jakieś obrzydliwe cukierki. Tak więc można powiedzieć, że zarabiałam wierszami od czwartego roku życia”.
„Jak czuje się Pani w obliczu czekających Panią uroczystości?” „Jestem osobą bardzo kameralną, więc to wszystko jest dla mnie trudniejsze niż dla kogoś, kto ma bardziej towarzyski temperament. Lubię ludzi, ale w gronie do dwunastu osób. Powyżej dwunastu – to już jest dla mnie tłum. Nie wierzę, żeby wtedy można było nawiązać z nimi jakiś kontakt. Tymczasem od dwóch miesięcy otaczają mnie ludzie, ludzie, ludzie...”
Dyplomatycznie, ale i bardzo serdecznie, poetka odpowiada na pytanie o to, czy zna i ceni poezję szwedzką: „Na pewno nie znam jej tak, jak na to zasługuje. Znam Tomasa Transtromera. Czujemy wobec siebie dużą serdeczność – ja wobec jego poezji, on zaś też dał dowody, że jestem osobą, którą lubi czytać, czym ogromnie się ucieszyłam”. Następne podchwytliwe pytanie: „Polski Papież jest także poetą. Co myśli Pani o nim jako o papieżu i poecie?” „Papież jest nieomylny w sprawach religii katolickiej, ale niekoniecznie musi być nieomylny w sprawach poezji”.
Pomysłowość dziennikarzy powoli wygasa i opiekująca się laureatką „Nobel attaché”, czyli pracująca od lat w ambasadzie Królestwa Szwecji w Warszawie, wypróbowana przyjaciółka polskich pisarzy i ludzi kultury Mika Larsson, wyprowadza poetkę do czekającej limuzyny. (Każdy z noblistów od pierwszej chwili pobytu w Sztokholmie do samego odlotu, ma do dyspozycji wielką czarną limuzynę z kierowcą oraz znajduje się pod troskliwą opieką pracownika MSZ, który odpowiedzialny jest za najdrobniejsze szczegóły programu.)

KRALL, JARUZELSKI...
Pierwszy sztokholmski wieczór dobiega końca. Po „zaokrętowaniu się” i pobieżnych oględzinach naszej luksusowej siedziby, ruszam z grupką najmniej zmęczonych współtowarzyszy na eskapadę po nocnym Sztokholmie. Miasto przybiera już odświętny wygląd przed Bożym Narodzeniem, a także przed przypadającym 13 grudnia dniem Świętej Łucji, patronki światła, witanej w tej mrocznej krainie północy ze szczególną radością. Wszystkie okna rozjarzone są ustawionymi w kształt choinek lampkami. Tradycyjnie najwystawniejsze i najpomysłowiej urządzone są ogromne wystawy położonego w samym sercu miasta domu towarowego sieci NK. W sześciu kolejnych oknach, z których każde wygląda jak scena sporej wielkości teatru, przedstawione są „żywe obrazy” z – a jakże – „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Naturalnej wielkości dzieciarnia na jednym obrazku tańczy wokół choinki, na drugim zbiega ze schodów, na trzecim lepi kule ze śniegu na ganku domu. Przyjaźnie zmarszczony dziadek w okularach kręci pobłażliwie głową – a po drugiej stronie szyby gapią się na owo widowisko, przerażające cokolwiek swoją mimetyczną wiernością, tłumy dzieci i dorosłych.
Księgarnie są zdecydowanie mniej oblężone. Poszukujemy naturalnie książek naszej laureatki, ale okazuje się, że ich obecność proporcjonalna jest do, niezbyt przecież objętościowo wielkiego, dorobku poetki. W kilku księgarniach na poczesnych miejscach znajdujemy dwie książki, przełożone przez Andersa Bodegarda: „Utopię” i – wydany szczęśliwie tuż przed obwieszczeniem tegorocznej nagrody – niewielki, ale bardzo ważny tomik „Nara ogat”, czyli „Wszelki wypadek”. W jednej z księgarń, specjalizującej się w literaturze obcojęzycznej, właściciele chcieli wykazać się znajomością polskiej kultury – obok dwóch niemieckich wydań Szymborskiej w tłumaczeniu Karla Dedeciusa leżą również niemieckie edycje opowiadań Hanny Krall i... opasłe tomisko generała Jaruzelskiego. Gdzie indziej natykamy się na wydania przekładów angielskich, w tym „People on the Bridge” w tłumaczeniu Adama Czerniawskiego oraz wydane niedawno przez Faber & Faber przekłady Stanisława Barańczaka i Clare Cavanagh, czyli nagradzany już w Stanach wybór 100 wierszy – „View with a Grain of Sand”. Clare Cavanagh opowiada mi, że w ciągu roku po wydaniu tej książki sprzedano jej 4 tysiące egzemplarzy, co jak na Amerykę i na książkę poetycką jest wynikiem imponującym, natomiast po Noblu dodrukowano i sprzedano dalsze 26 tysięcy!
Z kolei od Andersa Bodegarda dowiaduję się, jak Nagroda Nobla przekłada się bezpośrednio na sukces wydawniczy i nakłady książek w Szwecji. Wydana w 1988 „Utopia” sprzedała się do Nobla w nakładzie 2 tysięcy egzemplarzy, po czym natychmiast po laurze dla Szymborskiej dodrukowano (i sprzedano w całości) 8 tysięcy, zaś tomik „Nara ogat” ukazał się w kolejnych dodrukach o łącznej wysokości 10 tysięcy, z czego sprzedało się już osiem. Biorąc pod uwagę niewielką liczbę ludności Szwecji i odpowiednią do tego liczbę publiczności czytającej, wyniki te są zdumiewające i świadczą nie tyle o czytelniczym snobizmie, ile o autentycznym sukcesie, jaki poezja Szymborskiej i ona sama odniosła w tym kraju.

„NIE WIEM”
O popularności i sympatii, jaką cieszy się tutaj nasza poetka, można było najłatwiej przekonać się podczas wykładu noblowskiego, który Wisława Szymborska wygłosiła – oczywiście po polsku – nazajutrz, w sobotę 7 grudnia, w Wielkiej Sali Akademii Szwedzkiej. Zapowiadany przez prasę jako najkrótszy wykład noblowski w historii tej nagrody, wcale nie był taki krótki, bowiem wraz z mistrzowsko dobranymi trzema wierszami („Psalm”, „Jacyś ludzie” i „Wersja wydarzeń”) trwał blisko 40 minut i został przez dostojną, starannie skompletowaną publiczność, wypełniającą salę do ostatniego miejsca, przyjęty niezwykle ciepło. W czasie odbywającej się wieczorem uroczystej kolacji, wydanej – na cześć naszej poetki – w należącej do Akademii pięknej willi w Bergsgarden, zachwyceni akademicy powtarzali, że tym razem w miejsce tradycyjnego wykładu publiczność otrzymała prawdziwy spektakl, na który oprócz mowy laureatki złożyły się, czytane na przemian przez nią i przez wyraźnie wzruszonego Andersa Bodegarda, wiersze oraz ich szwedzkie, ponoć absolutnie wspaniałe, przekłady. Wzruszenie udzieliło się, jak sądzę, nie tylko polskiej części publiczności – Szymborska, ubrana z dyskretną elegancją, skromnie, uśmiechnięta, ale zachowująca się z sobie tylko właściwym książęcym wdziękiem, była po prostu zniewalająca.
Mimo wcześniejszych zarzekań poetki, że pisanie przemówień nie jest jej specjalnością, w wystąpieniu tym – na które, jak wyznała przyjaciołom „poświęciła” jeden wiersz, wtopiony w tekst mowy – zaprezentowała charakterystyczne cechy zarówno swego warsztatu poetyckiego, jak i „światoodczucia”. Obok lakoniczności i precyzji słowa, wrażenie na słuchaczach zrobił deklarowany przez poetkę brak zaufania do wszelkiej pewności, pochwała dystansu, wahania i wątpienia, opowiedzenie się po stronie słów „nie wiem”. Te właśnie słowa – jak pięknie powiedziała laureatka – przywodzą często do Sztokholmu „ludzi o duchu niespokojnym i wiecznie poszukującym”, których nagradza się tutaj Nagrodą Nobla.
Drugą „szymborską” cechą wystąpienia było podkreślenie – wielokrotnie zauważanego w jej poezji przez krytykę – bezustannego zadziwienia: chaosem i porządkiem, przypadkiem i koniecznością, bogactwem i złożonością form świata zarówno ludzi, jak i zwierząt, roślin, minerałów, gwiazd. Nie można nie zgodzić się z ostatnim zdaniem tego wystąpienia – rzeczywiście wygląda na to, że opisujący ten świat poeci, dający wyraz wiecznemu zadziwieniu, „będą mieli zawsze dużo do roboty”.

Mowa noblowska była ostatnim dostępnym dla publiczności akordem drugiego sztokholmskiego dnia. Dla nas zaś – grona gości i przyjaciół poetki – ostatnim elementem tego dnia była przygoda, która spotkała Ryszarda Krynickiego. Otóż w siedzibie szwedzkiego PEN Clubu, do której późnym wieczorem udało się grono skompletowane przez Andersa Bodegarda, subtelnemu poecie, słynącemu z nienagannej elegancji, skradziono legendarny czarny płaszcz. Zmarznięty i zmartwiony dotarł do hotelu, gdzie w trosce o swoje zdrowie rozgrzewał się wraz z równie zmarzniętymi i zmartwionymi przyjaciółmi. Tymczasem trwało energiczne śledztwo, którego rezultaty okazały się zaskakujące. Otóż rozsierdzony potraktowaniem w taki sposób jego gościa, Anders Bodegard wraz z reżyserem Bo Perssonem, przed którym artystyczny Sztokholm nie ma tajemnic, ustalili, że lokal PEN Clubu opuścił w czarnym płaszczu pewien podupadający krytyk. Bo Persson, działając z przenikliwością i nieustępliwością Philipa Marlowe, dotarł mocno już późną porą do mieszkania niczego nie podejrzewającego nieszczęśnika, po czym, dobrze po północy, wkroczył z czarnym, lekko sfatygowanym płaszczem do apartamentu państwa Krynickich, witany zdumionymi okrzykami zgromadzonych. Jedynie niżej podpisany zachował tyle przytomności umysłu, by z wyrzutem zapytać, gdzie jest zostawione przed PEN Clubem Volvo, które zniknęło wraz z płaszczem.
Opowiadając Wisławie Szymborskiej tę mrożącą krew w żyłach historię przy śniadaniu spożywanym na oszklonej werandzie Grand Hotelu, z której rozpościera się przepiękny widok na wody zatoki, wpatrywaliśmy się uważnie w ciemne, spienione wody. Ciało sprawcy do tej pory nie wypłynęło. 

Ciąg dalszy relacji opublikujemy w najbliższym numerze „TP”.








 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl