Kłopoty to moja specjalność



Zabawa w masakrę


Alicja Helman
 


Przyłapujemy się na tym, że na sceny tortur i krwawe jatki reagujemy salwami spontanicznego śmiechu. Kino przyzwyczaiło nas do tego, że śmieszny może być seks, ale śmieszna śmierć? Okazuje się, że i to widz przyjmuje z równą łatwością.
 

Pozornie kino gatunków stale ma się dobrze. Co pewien czas ogłasza się odrodzenie takiej czy innej jego odmiany, zazwyczaj na podstawie jednego tytułu, który zdołał zdobyć powodzenie i rozgłos. Z pewnością melodramat i komedia romantyczna są na ekranach stale reprezentowane, w postaci nie odbiegającej od tradycyjnego wzorca. Jeśli jednak przyjrzeć się filmom kryminalnym, sensacyjnym czy gangsterskim, nie trudno dostrzec, że mimo obecności tematycznych wyznaczników gatunku, uległy one daleko idącym przemianom, godzącym w samą istotę kina gatunków. Wzorce klasyczne zostały tu zanegowane, sparodiowane, uległy daleko idącym trawestacjom. Stały się przedmiotem specyficznej gry, a raczej gier – z konwencjami gatunku, oczekiwaniami widza, tradycją kina.

DOBRY I ZŁY GANGSTER
Poszczególne gatunki mają swoją historię, podczas której ulegały przemianom i rozwijały się, nigdy jednak przemiany te nie kwestionowały ich tożsamości. Dzisiaj obserwujemy w kinie zjawiska, które świadczą o tym, iż ciągłość tradycji została przerwana, a najważniejsze wyznaczniki kina gatunków – zakwestionowane.
Jeśli przypomnimy sobie takie tytuły jak „Blood Simple”, „Ścieżka strachu” i „Fargo” braci Coenów, „Złego porucznika” Abla Ferrary, „Wściekłe psy” i „Pulp Fiction” Quentina Tarantino, „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a, a do tych przykładów można by dorzucić wiele innych, zorientujemy się, że żaden z nich nie da się prosto i jednoznacznie przypisać do gatunku, do którego pozornie zdaje się przynależeć.
Filmy kryminalne, gangsterskie, sensacyjne, których punktem centralnym, krystalizującym motywy, wątki, postaci była zbrodnia, dzieliły z kinem gatunków przede wszystkim podstawowy dualizm dobra i zła. Jego wyznaczniki przenoszono także w obręb przestępczego świata, ustalając opozycje między „dobrym” i „złym” gangsterem bądź przestrzeganiem kodeksu reguł gry podziemia a ich brutalnym łamaniem. Filmy te były romantyczne, nostalgiczne i symboliczne, przestrzegały konwencji na sposób niemal rytualny, podstawę ich porozumienia z publicznością stanowiła przewidywalność. Widz chciał, aby kolejne oglądane przezeń filmy były inne, lecz zarazem takie same, wiedział, czego może się po nich spodziewać i akceptował proponowane przez twórców konwencje.
Naczelnym tematem tego kina był człowiek wobec zakazu, jednostka naruszająca i łamiąca normy, wedle których żyje społeczność. Swoista moralność kina eksploatującego zbrodnię polegała na tym, że owa zbrodnia w ostatecznej konsekwencji nie mogła się opłacać, bądź prowadziła bohaterów ku szczególnemu negatywnemu morałowi, kiedy to okazywało się, iż cała gra toczyła się o nic, nikt nie wygrywał, przegrani byli wszyscy.

PORNOGRAFIA ŚMIERCI
Gry filmu współczesnego toczą się poza tymi regułami, zarówno stricte kinowymi, przesądzającymi o formule gatunku, jak i regułami odnoszącymi się do sfery moralnej, etycznej, społecznej. Wprawdzie te okrutne zabawy w masakrę także szukają swego uzasadnienia w fakcie, iż odzwierciedlają kondycję współczesnego świata i obraz kultury schyłku wieku, lecz w większości przypadków jest to oczywista nieprawda. Gra toczy się o nic, dla samej gry, a niebywała eskalacja aktów przemocy, gwałtu, sadyzmu, przybierających formy coraz to bardziej wyrafinowane, przeobraża się w spektakl stanowiący cel sam w sobie. Spektakl zadawania bólu, upokorzeń i śmierci.
Jest to kino pornograficzne, choć jego pornograficzny aspekt w nikłym tylko stopniu łączy się z seksem, a rozgrywa przede wszystkim śmierć. Seks nie jest już dzisiaj żadnym tabu, tabu takim jest natomiast śmierć. Wyeliminowana z życia i zepchnięta wstydliwie za parawany szpitalne, ekskomunikowana w kulturze gloryfikującej młodość, która zdaje się wierzyć we własną nieśmiertelność, śmierć rozkwita w dziedzinie rozrywki – jawnej i podziemnej. Króluje na ekranach w widowiskowych formach, czai się na chyłkiem wypożyczanych, nielegalnych kasetach z nagraniami tortur i egzekucji.
„Dziś prawdziwych gangsterów już nie ma”... Gangstera, przestępcę, złodzieja, mordercę, niebieskiego ptaka zastąpił wszechobecny na ekranie „świr”, by posłużyć się oryginalnym terminem z filmów Quentina Tarantino, a „świrowanie” staje się podstawową motywacją zadawania śmierci. Bohaterowie „Urodzonych morderców”, „Od zmierzchu do świtu” czy „Pulp Fiction” nie zabijają, by pozbyć się osobistych wrogów, zdobyć pieniądze, kobietę czy cokolwiek innego, albo wypełnić wolę potężnych mocodawców. Zabijają, ponieważ jest to ich sposób istnienia, przyjemność, nieustająca potrzeba znajdująca wyraz w aktach gwałtownych, frenetycznych, wyrafinowanie okrutnych a zgoła bezinteresownych.
Para morderców z filmu Olivera Stone’a urodziła się, aby zabijać, jak sugeruje tytuł. Toteż czynią to nieustannie i bez wyboru, zabijając nawet tam i wtedy, gdy pierwotnie nie mają takiego zamiaru i nie mają ku temu najbłahszego nawet powodu. Zaskoczeniem jest śmierć Indianina, mimo że między nim a zbrodniczą parą nawiązało się swoiste porozumienie. Zabija nieustannie Richie, jeden z przestępczej pary braci w filmie Rodrigueza „Od zmierzchu do świtu”, choć te zbrodnicze akty są wbrew ich interesom i oczywiście nie służą niczemu poza wyładowaniem zbrodniczego impulsu. Pociągnięcie za cyngiel, jako sposób rozwiązania zastępujący myślenie, wybiera też stale jeden z dwóch porywaczy z filmu „Fargo”. Wszyscy oni stają wobec wewnętrznego przymusu zadawania śmierci, choć nic w ten sposób nie osiągają i niczego nie rozwiązują, a przeciwnie, powodują tylko wzrastające zagrożenie dla siebie i ostatecznie sytuację bez wyjścia, w której albo giną, albo (rzadziej) trafiają w ręce policji.

LEKCJA ANATOMII QUENTINA TARANTINO
Cytując przykłady, mimowolnie zrównuję ze sobą filmy, które nie należą do tej samej klasy i nie powinny podpadać pod wspólny mianownik. Wprawdzie wszystkie one są z reguły niesłychanie perfekcyjnie zrealizowane i pod względem warsztatowym mogłyby ze sobą konkurować, ale jedne z nich są filmami wybitnymi, dziełami sztuki (filmy Coenów, film Stone’a), podczas gdy te drugie (filmy Tarantino) są jedynie spektaklami krwawej pornografii śmierci.
Niemniej wszystkie te filmy, może poza filmami Coenów, stawiają widza w obliczu moralnej konfuzji. Nie może on nie pytać o sens i cel owych przerażająco okrutnych spektakli i nie zastanawiać się nad sobą i własnymi reakcjami, gdy musi przyznać, że miast lęku i obrzydzenia doznawał satysfakcji w trakcie ich oglądania. Konfuzja ta jeszcze się pogłębia, gdy na filmach Tarantino widz nasz przyłapuje się na tym, że na sceny tortur i krwawe jatki reaguje salwami spontanicznego śmiechu i rzeczywiście świetnie się bawi. Kino łatwo przyzwyczaiło nas do tego, że śmieszny może być seks, ale śmieszna śmierć? Okazuje się, że i to widz przyjmuje z równą łatwością.
Zabawa śmiercią jest specjalnością firmową Quentina Tarantino, zarówno w filmach przezeń realizowanych, jak i tych, które powstały według jego scenariuszy („Prawdziwy romans”, „Od zmierzchu do świtu”) i przyznam, że ta właśnie twórczość, jak żadna inna, przyprawiała mnie od początku o pełne zażenowania zakłopotanie. Tarantino jest niewątliwie człowiekiem o niesłychanej wyobraźni i obdarzonym wielkim talentem filmowym, podporządkowującym sobie widzów bez trudu i skłaniającym do reakcji przez siebie zamierzonych. Szukałam zatem w jego filmach owego „czegoś”, co by uzasadniało krwawe fajerwerki inaczej niż w kategoriach spektaklu, zrealizowanego gwoli jakiejś niegodziwej uciechy. Chciałabym móc się bawić na filmach Tarantino, nie wstydząc się tego zarazem. Ale nie znajdowałam dla nich interpretacji, które pozwoliły mi swego czasu akceptować „Urodzonych morderców”, „Złego porucznika” czy nawet – „Siedem”.
Rozwiązanie przyniósł mi film „Od zmierzchu do świtu”, który daje swoistą anatomię koncepcji kina według Tarantino. Jeśli pierwsza część przypominała pierwsze jego filmy i zapowiadała interesujący rozwój historii, druga wyjaśniła z całkowitą jednoznacznością, o co tu właściwie chodzi. Właśnie o zabawę w śmierć, tylko i wyłącznie, w oparciu o idiotyczny pomysł przeistoczenia obsługi i gości pewnego meksykańskiego nocnego klubu w stado wampirów, z którymi nasi bohaterowie walczą na wszelkie możliwe sposoby, oczywiście nader efektowne i możliwie krwawe. Recepta ta sama co we „Wściekłych psach” i „Pulp Fiction”, tyle że realizacja nieporównanie bardziej prymitywna.

Tak się złożyło, że „Fargo” i „Od zmierzchu do świtu” znalazły się tuż obok siebie w programie kina „Sztuka”. Na wyrafinowanym, perfekcyjnym, pełnym inwencji „Fargo” publiczności było raczej niewiele i okazywała ona ożywienie tylko w nielicznych momentach, kiedy „świrowanie” bohatera przybierało formy zarazem krwawe i groteskowe. Na filmie Tarantino – Rodrigueza widownia była pełna, a potyczki z wampirami przyjmowała z pełnym aplauzem. Zabawa w masakrę osiągnęła tu punkt szczytowy, zarazem zapowiadając nieuchronny koniec Tarantino jako artysty, za którego niektórzy pragnęliby go uważać. A w samej „zabawie” – czy można jeszcze pójść dalej? I dokąd wówczas dojdziemy?










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl