Kłopoty to moja specjalność



Skromna sztuka pisania poezji kryminalnych


Bartłomiej Dobroczyński 


Są takie chwile, dni, a nawet tygodnie, kiedy mężczyzna nie ma ochoty na kontaktowanie się z „prawdziwą sztuką”. Nie interesują go również „prawdziwe wartości” ani, tym bardziej, dobrze ułożone i godne zaufania kobiety bez śladu makijażu na rezolutnych oraz uduchowionych buziach.

Mężczyzna znajdujący się w takim nieprzyjemnym, ale jakże twórczym stanie, pożąda odosobnienia, czynności szkodliwych albo niemoralnych oraz – odpowiedniej do jego nastroju – fabuły. Są to bowiem chwile, kiedy poszukuje on nie tyle tego, do czego zmusiła go rodzina i otaczająca kultura, ile właśnie swojej prawdziwej – a zagubionej w dzisiejszym świecie – natury, heroicznej tożsamości oraz męskich korzeni, które to klejnoty dają się jeszcze odnaleźć w starodawnych mitach i eposach. Także w niektórych, wyjątkowych opowieściach współczesnych. Jednak bohaterem zarówno tych pierwszych, jak i ostatnich zazwyczaj nie bywa – jak to trafnie ujmuje Robert Bly – „mężczyzna doskonały ani też przesadnie uduchowiony”.
Jednak ten właśnie mężczyzna, w którym obudził się pozbawiony ogłady, ale jakże cenny „dzikus”, nie przestał być przez to samo tylko człowiekiem subtelnym, myślącym i chorobliwie na własnym punkcie przewrażliwionym. Nie dla niego zatem rozkosze „Rambo”, obleśny voyeuryzm filmów erotycznych czy pozbawione inwencji mordobicia w lukrowanym stylu Shao-Lin. Rozśmieszy go powaga, z jaką traktują swoich bohaterów producenci hollywoodzkiej tapety, do furii doprowadzi – zdradzająca ukrytą pogardę dla widza – naiwność scenariuszy, a ostatecznie przybije nieuchronność zbliżającego się happy endu. 
Czujący mężczyzna, który użala się nad sobą, potrzebuje czegoś zupełnie innego: braterskich ramion innych mężczyzn, tak samo jak on zgorzkniałych, tak samo sentymentalnych oraz równie dobrze jak on wiedzących, ile marzeń zamieniło się już w popioły. I z wściekłością odrzuci proponowane negocjacje oraz wszelkie ckliwe zakończenia. Potrzebuje więc – a jest to trzecia droga między bezbronną miękkością Prousta a brutalnością Bruce’a Lee – intymnego spotkania z subtelnymi dziełami mistrzów poezji kryminalnej: gangsterskiej ballady, bandyckiego poematu oraz pełnej wątpliwości ody do przemocy. Jeśli dokonał trafnej diagnozy swego stanu – a to już połowa sukcesu – jawi się przed nim ogromna ilość możliwości. Niektórzy mężczyźni zapragną po raz siedemnasty z rzędu obejrzeć któryś ze spaghetti westernów Sergio Leone (i tylko Sergio Leone wchodzi tu w grę); inni udadzą się z pielgrzymką do mistrza koanów o przyjaźni – Sama Peckinpaha. „Dzika banda”, „Pat Garrett & Billy the Kid”, „Dajcie mi głowę Alfreda Garcii” – taki będzie przypuszczalnie ich pokarm duchowy – przywrócą wiarę w prawdziwą przyjaźń i niezłomną lojalność, nawet jeśli okaże się, iż przejawiają się one w nieco dziwaczny i wykolejony sposób. Jeszcze inni będą mieć, być może, ochotę na coś Romana Polańskiego (bądź z Romanem Polańskim w roli głównej – kto bowiem widział go w „Czystej formalności” Giuseppe Tornatore, wie, co to znaczy prawdziwe aktorstwo) lub też któryś z gangsterskich poematów – jak choćby „Samuraj” czy „W kręgu zła” wielkiego Jean-Pierre Melville’a; łysego, cierpiącego na bezsenność melancholika w stetsonie i zmiętym prochowcu. Może też czytać „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta czy powieści Simenona, może nawet paść w ramiona zadyszanej prozy Blaise Cendrarsa. „Od portu do portu”, „Rum”, „Odcięta ręka” – pozwolą przetrwać do świtu i dadzą siły do zmierzenia się z owsianką oraz maszynką do golenia. Możliwości jest zatem wiele.
Co łączy tych tak odmiennych przecież twórców? Otóż rzecz wydawałoby się banalna, ale dla nas w tym momencie najważniejsza i centralna. Należą oni do stosunkowo rzadkiej kategorii artystów uprawiających gatunek „kryminalnej poezji”, zakorzeniony w męskiej melancholii, samczym smutku i tajemniczym „ego” wędrownego samotnika. Ich dziełka to świat kreowany przez mężczyzn, dla mężczyzn i o mężczyznach – choć niekoniecznie przeciw kobietom. Bohaterami tych dzieł – zazwyczaj filmów i książek, choć bywają też „kryminalne poezje śpiewane” – są mężczyźni, którzy dawno temu przestali się bać własnych matek – a mało już zostało takich facetów na świecie – żon nie mają albo właśnie je stracili, kobiety zaś, którymi się otaczają, należą do klasy określanej w feministycznych enuncjacjach miłym sercu epitetem „kolaborantki”. To najczęściej fałszywe blondynki, kute na cztery nogi, które obedrą człowieka do ostatniego grosza, gdy im to będzie wygodne, zostawią na lodzie i bez zastanowienia odejdą z przystojniejszym (oraz zasobniejszym finansowo) kochankiem, zdesperowane zaś, wystawią na strzał policji lub gangsterskiej konkurencji. Albo po prostu wyrzucą z domu, jak robi to Ellen Barkin z Tomem Waitsem w „Down By Law” Jima Jarmuscha. 
Ojcem tych wszystkich fabuł i artystów, ich papieżem i naczelnym rabinem równocześnie, wreszcie prawdziwym poetą bezradnych świtów na kacu – był, jest i będzie niejaki Raymond Chandler, niech na wieki spoczywa w pokoju. W dzisiejszym świecie my, smutni, egocentryczni, zagubieni, sentymentalni i nadwrażliwi mężczyźni, niebezpiecznie balansujący na krawędzi nałogu (lub już dawno zsunięci po jej niewłaściwej stronie), możemy udać się do niego po azyl poetyczny, po niezbędną dawkę męskiego szowinizmu, po obraz świata zgorzkniałego, ale pełnego godności. Możemy otrzymać pomoc od tego apostoła ukradkowego popijania biurowego bourbona, piewcy sceptycznej miłości, tanich garniturów i spartaczonych kuracji odwykowych. Możemy odrodzić się psychicznie i po raz któryś z rzędu przeżyć katharsis, zapaść się w marzeniach o chwale, a następnie obudzić jako ktoś dobrze znający swe miejsce na ziemi, rozliczne talenty i wzniosłe powołanie. I wybawienie to zawdzięczamy tak niedocenianej sztuce pisania poezji kryminalnych.
Sztuka ta jest rzeczywiście skromna, ale jakże trudna i w gruncie rzeczy niewdzięczna: od jej adepta nie wymaga się nic ponadto, żeby w zacinającym deszczu i przy słabej widoczności dostrzegł, zapamiętał i wiernie odtworzył wszystkie litery i cyfry z zabłoconej tablicy rejestracyjnej przejeżdżającego pędem samochodu, albo też od razu i nieomylnie z oczu ukochanej kobiety wyczytał, że zaczęła ona pisać w swym życiu nowy rozdział, w którym już dla niego nie ma miejsca. Tylko tyle, i aż tyle. Popijający wódkę ze szklanki, walący w klawiaturę maszyny do pisania rękami w rękawiczkach Raymond Chandler był tej poetyki niezrównanym mistrzem. Wprawdzie nie wierzył w życie pozagrobowe, ale gdzieś w zaświatach, w jednym z segregatorów (albo na dnie szuflady biurka) stoi przygotowana dla niego biurowa „ćwiartka” żytniówki, a w kieszeni wiszącego na wieszaku płaszcza czeka paczka Cameli. I do tego wszystkiego nie może zabraknąć puszystej, łaszącej się kotki. Bo Chandler bardzo lubił koty. „Pogoda była piękna, słońce świeciło i wzrok sięgał daleko, ale nie tak daleko jak odeszła Velma”. 

Tekst powyższy jest skróconym posłowiem do antologii poetyckiej „Długie pożegnanie – Tribute to Chandler”, poświęconej pamięci Raymonda Chandlera, którą opublikuje wkrótce wydawnictwo „Zebra”.







 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl