Zbłąkana duszyczka




Dante Alighieri

Piekło


w przekładzie Stanisława Barańczaka


Uśpienie, które umysł mi spowiło,
rozdarł tak głośny grzmot, żem całym ciałem
wzdrygnął się, jak ktoś, kogo budzą siłą.
                 W sennym zaćmieniu, chociaż tak nietrwałem,
                 wzrok mój wypoczął; wstałem więc i okiem
                 bystrzejszym przestrzeń dokoła badałem.
Pojąłem wreszcie: stoję nad głębokim
lejem otchłani, doliną udręki,
bezdenną, tchnącą oparem i mrokiem,
                 rozbrzmiewającą tysięcznymi jęki,
                 choć przez ciemności i mgieł grube zwały
                 nie mogłem dostrzec, kto cierpi tam męki.
„Zstąpimy teraz w ów świat ociemniały”,
rzecze Poeta – a cały jest blady,
jakby go własne słowa przerażały:
                 „Ja pójdę przodem – ty krocz w moje ślady”.
                 Widząc, jak bardzo jego twarz się zmienia,
                 „Jeśli ty”, pytam, „czujesz lęk, gdzież rady
mam ja poszukać na swoje zwątpienia?”
„Bladość”, rzekł, „moja nie oznacza trwogi,
lecz litość nad tą otchłanią cierpienia;
                 ruszajmyż jednak: przed nami szmat drogi”.
                 I zstąpił sam, a ja zstąpiłem za nim,
                 w pierwszy, zewnętrzny krąg otchłani srogiej.
Nasłuchiwałem; lecz z piersi wyrwanym
krzykiem boleści powietrze nie drżało;
tylko wzdychaniem, od wieków tym samym,
                 świadczącym o tym, że smutków niemało
                 mężczyzn, niewiasty i dzieci opada
                 tu, gdzie zamknięci są na wieczność całą.
Przewodnik mój i Mistrz tak zaś powiada:
„Nie pytasz, za co tkwią tutaj dusz chmary?
Nim pójdziesz dalej, wiedz, że ta gromada
                 nie za grzech cierpi; ich zacne zamiary
                 i czyste czyny nic jednak nie znaczą:
                 nie weszli bramą chrztu w progi twej wiary.
W czasach pogaństwa zrodzeni, dziś płaczą,
a błąd ich wierzeń to powód jedyny,
że nieskończoną dręczą się rozpaczą:
                wiem, bo sam jestem jednym z ich rodziny.
                Dręczeni próżnym wolności pragnieniem,
                tkwimy tu bez nadziei, choć bez winy.”
Nagły żal ścisnął mi serce, gdy z drżeniem
pojąłem, że to Przedpiekla obrzeże
największym ludzkim duszom jest więzieniem.
                „Lecz powiedz, Mistrzu”, rzekłem, pragnąc świeże
                zwątpienie przemóc tą pewnością stałą,
                która ma wsparcie w niezachwianej wierze:
„Czy choć raz czyjejś duszy się udało – 
w nagrodę zasług lub przez cudze modły – 
wzbić się stąd w niebo i tam okryć chwałą?”
                On, widząc, dokąd słowa moje wiodły:
                „Wkrótce gdy za mną zamknęła się brama,
                Mocarz, zwieńczony zwycięskimi godły,
zabrał stąd cienie: praojca Adama;
Abla; Noego, Bożego czciciela;
Mojżesza, dawcy prawa; Abrahama;
                króla Dawida; także Izraela
                z jego synami i ojcem, a z nimi
                poszła ta, której był służył – Rachela;
i wielu innych błogosławionymi – 
choć dusz nie zbawiał był do owej pory – 
uczynił wtedy Mocarz ów olbrzymi”.
                Szliśmy, gdy mówił; i uszliśmy spory
                odcinek drogi, widząc ciągle wokół
                gromady duchów, jak drzew pełne bory.
Było wszelako wciąż w zasięgu wzroku
miejsce mej drzemki niedawnej, gdy w dali
rozjaśnił ognia blask półkulę mroku.
                Widząc, jak jasno i czysto się pali,
                szedłem, aż wreszcie dostrzec byłem w stanie
                godne postacie tych, którzy tam stali.
„Chlubo i nauk, i sztuk, powiedz, panie:
kim są te duchy? Moc jakiego prawa
mogła im zjednać lepsze traktowanie?”
                „Tak zacna była”, rzekł, „ich ziemska sława,
                że wyrok niebios wcale się nie myli,
                gdy los na inną miarę im przykrawa.”
Czyjś okrzyk rozległ się w tej samej chwili:
„Witaj, poeto nasz nad poetami!
Wrócił cień, który z oczuśmy stracili!”
                Ledwie głos ucichł, śpiesznymi krokami
                podeszły ku nam cztery wielkie cienie;
                a Mistrz, nim jeszcze stanęły przed nami – 
w twarzach ni radość mając, ni zmartwienie – 
zdążył rzec: „Spójrz na tego z mieczem w dłoni:
to Homer; on jest u poetów w cenie
                najwyższej. Za nim, z wawrzynem na skroni,
                Horacy, dalej widzisz Owidiusza,
                wreszcie Lukiana. Wszyscy czterej oni
dzielą dar jeden: głos, który zagłusza
głosy poetów miernych; jest zaszczytem
sam uścisk dłoni takiego geniusza.”
                Oto więc dane mi było z zachwytem
                patrzeć na poczet mistrzów pieśni, który
                od wieków wznosił się nad ziemskim bytem
jak orzeł, dumnie wzlatujący w chmury.
Mnie również cienie powitały mile;
Mistrz się uśmiechnął, jakby wiedział z góry,
                że tak się stanie – że zaledwie chwilę
                potrwa, nim przyjmie szóstego do grona
                te pięć umysłów o nadziemskiej sile.
Szliśmy, gdzie owa ciemność rozjaśniona,
mówiąc o rzeczach wtedy jawnych – ale
dziś skryć je musi milczenia zasłona.
                W końcu dotarliśmy, gdzie stał na skale
                Zamek, broniony murami siedmioma,
                odbity w strugi okrężnym krysztale:
przez nurt jej, nawet tego nie świadoma,
szła garstka nasza jak po lądzie prawie
i przez bram siedem wywiodła nas stroma
                droga na łąkę o świeżej murawie.
                Tłum na niej widniał – wszyscy o spojrzeniu
                pełnym namysłu i godnej postawie,
mówiący z rzadka, cicho. Na wzniesieniu
stojąc, skąpanym w ciszy i poświacie,
przypatrywaliśmy się zgromadzeniu.
                Na traw emalii widziałem postacie,
                w których wielkości wieczysta jest miara:
                obok Elektry, w sławy majestacie – 
Hektor, Eneasz, zbrojny cień Cezara
z sokolim okiem; w innej znowu stronie
Pentezylea i Kamilla, para
                walecznych dziewic; król, niegdyś na tronie
                Lacjum siedzący – dziś u boku córy
                Lawinii; mężny Brutus, co w obronie
Rzymu wypędził Tarkwina za mury;
cień Julii, Marcji, Lukrecji, Kornelii;
z boku – Saladyn, mąż hardej postury.
               Dojrzałem także innych, co siedzieli
               niby rodzina filozofów zżyta
               kręgiem wokoło mistrza myślicieli,
w którego oczach każdy mądrość czyta,
niedościgłego Arystotelesa:
Sokrates, Platon obok Demokryta,
               piewcy przypadku; obok Diogenesa – 
               Anaksagoras; u boku Zenona – 
               Tales, Heraklit, cień Empedoklesa;
sławą zbieracza ziół opromieniona
postać Dioskorydesa; Orfeusza
duch przy Senece; obok Cycerona,
               Hipokratesa i Ptolemeusza – 
               Galen i Linus; przy Averroesie
               Komentatorze – Avicenny dusza;
zgubiony jestem w imion gęstym lesie,
a to dopiero pierwszy krok wyprawy,
która w odległe regiony mnie niesie:
               prowadzi mnie tam Przewodnik łaskawy,
               kiedy nie w sześciu już, lecz we dwóch dalej
               idziemy, w drżące wkraczając dzierżawy,
w których się żadne światło nie zapali.














 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl