Książka na wirażu



Cyberia powieści


Piotr Siemion


„Niebo nad portem miało barwę telewizyjnego ekranu, który zgubił falę”. A później: „Krople deszczu na powierzchni rzeki. Dyskietka, zaciśnięta w mojej dłoni”. Oto nowy świat, którego jeszcze nie ma, lecz którego nadejście zwiastuje cyberpunk, literatura przemienionej ludzkości. 
Cyberpunk to mniej niż powieść, lecz zarazem więcej, bo potrafi oddać kontury tego, co dopiero nadciąga. To akt pisarskiej uzurpacji, tym łatwiejszy, że stając wobec tego samego wyzwania, prawdziwa powieść milknie. I dlatego, chociaż w mieście Krakowie są trzy sieci komputerowe na krzyż, i chociaż kulturowych wzorców dostarcza tu korpulentny Umberto Eco, a nie elektroniczni kowboje w motocyklowych kurtkach i z kółkami w nosie, którzy prują informatyczne banki ponadnarodowych korporacji w poszukiwaniu nowego Adama, idee, którymi karmi się cyberpunkowa proza, mogą być w Krakowie równie czytelne jak w okolicach kalifornijskiej Krzemowej Doliny czy w multimedialnych pracowniach manhattańskiego Flatiron District. Cyberpunk, gatunek jarmarczny i mało wysublimowany, potrafi to, czego nie umie powieść: nazywa bowiem po imieniu i zamienia w prozę trwającą już dziś konfrontację pomiędzy misją nazywania ludzkiego świata – misją, która zawsze była domeną powieści – a coraz mniej ludzką, coraz bardziej przyspieszoną i splątaną postacią tego świata.

światłowodowa pępowina
Inaczej właściwie nie byłoby o czym mówić, bo jako proza cyberpunk nie doczekał się swojego Prousta i raczej się nie doczeka. Cyberpunk to odgałęzienie science-
-fiction, zaistniałe mniej więcej dziesięć lat temu, zapoczątkowane książką Williama Gibsona „Neuromancer” (jak dotychczas najlepszą pozycją całego gatunku). Akcje książek z tego kręgu, a ostatnio także filmów i gier komputerowych, dzieją się na poły w postapokaliptycznym miejskim świecie zachodniej cywilizacji chaotycznie przemieszanej z trzecim światem, gdzie obowiązuje wilcze prawo „kto kogo”, na poły zaś wewnątrz „matrycy” – pośrodku wszechogarniającej sieci komputerowej, obecnej w każdym zakątku ludzkiego kosmosu, a obejmującej wszystkie bez wyjątku linie łączności, poczty, banki, systemy wojskowe. Wszystko łączy się w Matrycy ze wszystkim i wszystko jest informacją, im cenniejszą, tym pilniej strzeżoną. Matryca i jej zawartość to z kolei łakomy kąsek dla złodziei, wykolejeńców, punków – czyli dosłownie gnojków – ludzi podziemnych i nieważnych, „kowbojów”, którzy za pomocą pirackiej aparatury myszkują po cybernetycznej Matrycy, kradnąc to i owo. Trochę George Orwell, trochę Thomas Pynchon, trochę amerykański film noire z lat 40. – ot i prawie wszystko.
Prawie wszystko. Cyberpunk to więcej niż science-fiction, gatunek podrzędny, przysmak nastolatków. Owszem, w „Neuromancerze”, który w przekładzie leży na ladach krakowskich księgarń, mało jakoś rozchwytywany, chodzi o to, by bohaterowie pokonali przeszkody i dotarli do celu, jak w normalnej grze komputerowej albo w „Odysei”. Narracja jest prosta – w odróżnieniu od całej reszty przedstawianego świata, zupełnie nieprostej. I właśnie dzięki tej „całej reszcie”, to jest dzięki wizji ludzkiego uniwersum złączonego w planetarny organizm, podzielonego miliardem sprzecznych interesów i zaludnionego przez ludzi odmienionych biotechnologią, ludzi o układach nerwowych przypiętych światłowodową pępowiną do Matrycy, informacyjnej matki, wobec której są tylko embrionami, i tylko dzięki której mogą zaistnieć, cyberpunk staje się ważny. Oto powstaje w naszej wyobraźni coś, co albo nastąpi, albo być może już się zaczyna: nowy świat, bez wspaniałych ludzi jednak, zaludniony przez świadome istoty, które być może nie są już ludźmi w dzisiejszym rozumieniu tego słowa.
Nieszczęściem cyberpunku jest to, że z domeną literatury styka się tam, gdzie jest jako propozycja kulturowa najsłabszy – w sztampowej narracji, w romansowej, jak w romansach rycerskich formie, w głosach bohaterów, które mają w sobie całą finezję podbarwionego komiksu. Wartością, która cyberpunk ocala, i która sprawiła, że dał początek całej wielkiej niszy kulturowej, zaludnionej przez prawdziwych „hakerów”, cyberpozerów oraz czytelników magazynów „Wired” i „Mondo 2000”, jest swoboda i radość, z jaką cyberpunk obwieszcza, że król jest nagi, i że powieść, uczciwa, dojrzała, humanistyczna, erudycyjna powieść nie potrafi już nazywać świata, a przynajmniej robi to gorzej niż cyberpunkowcy. Cyberpunk gra powieści na nosie i udaje mu się to pomimo oczywistych ograniczeń gatunku. Dzieje się zaś tak dlatego, że powieść, choć wiadomości o jej śmierci są mocno przesadzone, nie potrafi zrezygnować ze swych przyzwyczajeń i nadal, choć na golasa, przechadza się po swoich królewskich ogrodach.

człowiek-terminal
Tradycyjna powieść z uporem stara się nie zauważać dwóch wielkich zmian, które u progu nowego milenium relegują dotychczasową fikcję do skansenu. Pierwszą z tych zmian jest koniec natury. Nowa matka-Natura to u Gibsona i innych cyberprzestrzenna Matryca, w którą człowiek-terminal włącza się, by funkcjonować, a oprócz Matrycy także sztucznie wytworzony świat w ogóle. Uboga krewna tej cyberprzestrzennej, dawna natura przyrody znika, zmienia się w przestrzeń pod zabudową, przykryta i zaduszona bezkresną tkanką megalopolis, albo zostaje przebudowana na atrakcję turystyczną pełną sklepów i barów szybkiej obsługi. „Natura” w istocie na naszych oczach zmienia się w „środowisko”, obszar, który nie jest już niezależny od naszej obecności, przeciwnie, staje się podległy naszym decyzjom. Natura ludzkiego ciała, jedyność tego, jak wyglądamy, również odchodzi w niepamięć. Cyberpunk roztacza obraz operacji plastycznych na zamówienie, wszczepiania mechanicznych narządów, jak oczy marki Zeiss-Ikon, pseudonieśmiertelności w postaci zapisu psychiki umarłych w bankach pamięci. Połączenie technologii i swobody indywidualnej decyzji pozwala dokonywać wyborów tam, gdzie dotąd o życiu, śmierci i wszystkim pomiędzy tymi biegunami decydowała niepodatna na ludzką interwencję natura.
Druga, bliźniacza zmiana to kres tradycji. Tradycja ustanawiała strony świata, podział na swoich i obcych, jedyność rytuałów, tożsamość indywidualną i zbiorową, porządek lokalnego świata i porządek codziennych czynności, jedyny i nie dopuszczający innych możliwości. Współczesność ustanowiła własne systemy porządkowania świata, inne niż te tradycyjne. Swoi i obcy pomieszali się, zmieszały się ich rytuały. Porządek ich chaotycznego, ponadnarodowego świata wyznaczają nowe i nietradycyjne systemy: kapitalizm, pieniądz i jego fluktuacje, formalne procedury prawa i biurokracji, giełda z jej nieustającym migotaniem wartości, linie lotnicze i światłowody, pozwalające być w wielu miejscach jednocześnie, a właściwie nigdzie – w cyberprzestrzeni wypełnionej zgiełkiem nieustannych transakcji.
Kres natury i kres tradycji – kres, bo słowo „kryzys” sugeruje złudną możliwość powrotu do Edenu w czasach, gdy powrót do Edenu kojarzy się bezapelacyjnie z tytułem serialu w telewizji. Przemiany te nie dokonały się oczywiście w sposób tak daleki, jak to ukazują William Gibson, Bruce Sterling czy Marc Laidlaw, lecz przecież dokonują się, postępują od prawie dwóch stuleci, podparte doświadczeniem totalitaryzmu, ale nie dające się doń zredukować. Konsekwencją tych przemian jest przemiana naszej tożsamości, jako żyjących ludzi i jako bohaterów powieści. Logika kapitalizmu i technologii wydaje się stawiać nowego, post-naturalnego i post-tradycyjnego człowieka w sytuacji idealnej: cóż lepszego dla ludzkiej autonomii niż tysięczne możliwości wyboru, od koloru krawata do koloru oczu, od buddyzmu po voodoo, od Big Maca po duże frytki, i tak dalej, przez tysiąc kanałów satelitarnej telewizji. Warunkiem dopuszczenia nas na jarmark w globalnej wiosce jest nasza zgoda na uczestnictwo w systemie. Możemy wówczas swobodnie decydować o kulinarnym, kulturowym i jakim jeszcze menu pod warunkiem, że umiemy to sobie sfinansować, dostosować się do nieustannej zmiany i fluktuacji. Z wolnej i jedynej w swoim rodzaju jednostki zmieniamy się w hologram, płynną fazę, obiekt wykarmiony przez wszechogarniający system deformacji, zmienny obszar chwilowych pragnień i spełnień. To także obraz dziś już prawie realny. Kiedy – by przytoczyć formułę Gillesa Deleuze’a – indywidualna jednostka zmienia się w opajęczone siecią sztucznego świata „dywiduum”, przewartościowaniu ulega cała definicja człowieczeństwa, a w ślad za tym także narracja. Powieść z jej pewnikami, z dorastaniem bohatera, z następowaniem pokoleń, ze stałością Macondo i Paryża, staje wobec tego wszystkiego bezradna i co najwyżej powtarza szeptem, że jeszcze wcale nie jest tak źle, że wszystko będzie tak jak było zawsze.

zbiorowA jaźń
„Enter cyberpunk”. Cyberpunk akceptuje przemieniony świat, gdyż godzi się z jego istnieniem, zstępuje do jego najciemniejszych zakamarków, na sam margines sztucznej i jedynej rzeczywistości, przypina się do sieci i zaczyna po niej krążyć jak wirus, patrząc, co by tu ukraść. Kradną zarówno bohaterowie, rabujący informacje – dla zysku – jak i autorzy, zawłaszczający motywy i metafory „normalnej” prozy – dla artystycznego efektu. Na końcu labiryntu czeka skarb. Czasem są to pieniądze, jak w wizji dostatniego życia w szwajcarskim sanatorium orbitalnym, czasem stworzenie w obrębie matrycy nowej świadomości albo i nadświadomości, większej niż cała sieć. Czasem pieniądze, czasem nowy Graal. U kresu przygód bohaterowie, on i ona, Jack Case i kobieta-ninja, Automatyczny Jacuś i Molly Milions zamiast założyć rodzinę, odchodzą, każde w swoją stronę. Ich los to poszukiwanie, uparta droga do celu, umykanie z pułapek, romans rycerski z mnóstwem pojedynków i kryształową kulą matrycy, gdzie święty porządek zastąpiono porządkiem Bardzo Dużego Komputera. Przy całej nowości, narracyjnie cyberpunk to tylko romans, który sprowadza bardzo nowy, bardzo groźny i dziwny świat do oswojonego schematu zdarzeń, znajomych pojęć, znajomych zachowań. Cyberpunkowi bohaterowie mogą mieć sztuczne kamery zamiast oczu i mózgi podłączalne do sieci, ale zachowują się po rycersku: myślą, walczą, dążą do celu. Czynią to jako jedyni, nieliczni, ci, którzy nie poddali się tym samym mechanizmom, które miliardy innych zmieniły w spokojnych konsumentów, w trzodę. Hakerzy i kowboje żyją poza prawem i poza strukturą. Trochę rycerze, trochę święci głupcy – ci, którzy nie uczestniczą bezkrytycznie w budowaniu postnaturalnej Wieży Babel.
To, że cyberpunkowe książki i filmy same weszły w opisywany przez siebie i odrzucony, karmiony pieniądzem obieg kulturowy, nie musi być paradoksem. Widocznie cyberpunk nie jest rewolucją, lecz rozrywką, która, choć bystrzej niż powieść, zarysowuje kontury współczesnego świata, umie opisywać nowego człowieka tylko przez anachronizm, czyniąc go komputerowym dzikusem i rozbójnikiem, złodziejem informacji: wyjątkiem od reguły. Jest to literatura pocieszenia. Cyberpunk naucza – i naucza fałszywie – że nawet po końcu natury i tradycji możemy trwać przy heroicznych rolach wyznaczanych przez starogrecką rycerską cnotę areté. A to taka sama prawda jak to, że hiszpańscy współcześni ze zrozumieniem i uznaniem spoglądali na rycerskie wyczyny Don Kichota.
Cervantes, autor pierwszej nowoczesnej powieści, ukazał absurd tradycyjnej narracji romansu w przemienionym, świeckim i kalkulującym świecie. Pierwsza powieść powstała w wyniku zderzenia tego, co być powinno, z tym, co jest. Cyberpunk to mniej niż powieść, gdyż próbuje dokonać rzeczy odwrotnej, sprowadzić nowy świat do wymiarów tradycyjnej narracji, pogodzić to, co nowe z formułą starą jak świat. Cyberpunk niepokoi, gdyż z wielką spostrzegawczością przedstawia elementy nowego i przemienionego świata, u którego wrót stajemy, lecz niesamowitość zaraz ustępuje: to tylko symulacja, gra komputerowa, opowieść z początkiem i końcem. Cyberpunk narzuca przyszłemu światu prostą narracyjną teologię, poczucie celowej misji tam, gdzie za warstwą przyjaznej rycerskiej narracji Cervantes ujrzał otchłań. Cervantes był jednak powieściopisarzem, podczas gdy Gibson i inni piszą bajki.
Groźne to jednak bajki, bo uzmysławiają, że aby objąć nowy świat – uchwycony przecież, bardziej niż zmyślony, w „Neuromancerze” – powieść, zarówno tradycyjna, jak eksperymentalna, będzie musiała zabrać się za dzieło nazywania rzeczy zupełnie od nowa. Powieść jest możliwa nawet u kresu tradycji i u kresu natury, bo od czasów Cervantesa, Defoe’go, Joyce’a czy Reymonta z „Ziemi obiecanej” jest to gatunek karmiący się przemianą, niepewnością, przechodzeniem rzeczy od jednego stanu do innego – gatunek od początku związany symbiotycznie z tym, co zwykło się nazywać la condition moderne. Zarazem jednak powieść z najwyższą trudnością wychodzi poza świadomość jednostki, nie umie wyjść z narracyjnej jaźni w to, co Lem przewrotnie nazwał kiedyś „my-źnią”, zbiorową jaźń cyberprzestrzeni, odartą z państwowości jaźń globalnych organizacji gospodarczych, zbiorową i pozbawioną lokalności jaźń ogólnoświatowej kultury masowej, w nowe uniwersum, w którym ciało, tradycja, przynależność do miejsca i czasu zachowały się prawie nienaruszone chyba tylko w trzecim świecie, tam, gdzie nie dosięga Matryca. Takiej powieści, powieści na miarę nowego świata, jeszcze nie ma, jak w dekadach przed Cervantesem istniały tylko romanse rycerskie. Taka powieść zaistnieje jednak z pewnością, bo żadna rozpisana na poszczególne media symulacja, żadna gra nie zastąpi niespiesznej i filtrowanej przez narrację, karmionej zewnętrznymi przemianami medytacji nad tym, kim się jest i kim się będzie – w odmianie na osoby, liczby, czasy i rodzaje. Powieść będzie istniała, dopóki będzie trwał kryzys współczesności – ten sam kryzys, który stworzył książkę Cervantesa – lecz na razie trwa ona na wygnaniu, na kulturowej Cyberii. Powieść odezwie się znowu, choć na razie patrząc na milenijny cyberspektakl zapomniała języka i potrzebuje czasu do namysłu nad nowym, coraz nowszym, splątanym sztucznym światem. Dlatego, przy całej adolescencji gatunku, cyberpunk można odczytać jako rodzaj przynaglenia. Jeśli powieść będzie udawać, że nie dzieje się nic nowego, jeśli jej autorzy nie zechcą opuścić granic uniwersytetu, wyjść za rogatki Macondo czy przewietrzyć Borgesowską bibliotekę, misję nazywania świata pozostawią producentom cyberpunkowych komiksów.


Piotr Siemion – ur. w 1961 r. we Wrocławiu (1961 r.) tłumacz, współpracownik kilku pism, doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, autor przygotowywanej w USA do druku książki o biurokracji w powieści amerykańskiej.










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl