Książka na wirażu



W komputerowym labiryncie


Stanisław Lem


Okolicznościami zostałem zmuszony do tego, by się skomputeryzować i teraz już wiem mniej więcej, jak to wygląda. Perspektywa czytania książki pokazującej się na ekranie po naciśnięciu klawisza albo obracania kartek myszą wydaje mi się zupełnie mało powabna, choć rozumiem, że pewne zmiany wywołane ewolucją technologii są nie do uniknięcia i nie można dziś na przykład przepłynąć Atlantyku okrętem żaglowym. Podobno już istnieje polska encyklopedia na komputerowym dysku i znajduje się w niej tyle samo albo i więcej danych, co w tych ogromnych tomach, którymi bardzo łatwo parę osób zabić; tradycja jednak, w której wyrosłem, sprawia, że niemożliwa jest dla mnie rezygnacja z książki.
To są motywacje osobnicze i prywatne, przejdę do problemów natury ogólnej. Jeśli ktoś jest fachowcem i chciałby być zorientowany w najnowszych informacjach z dziedziny, jaką studiuje czy w której pracuje badawczo, to na pewno łącze internetowe będzie mu bardzo przydatne. Natomiast człowiek zwyczajny, który od czasu do czasu odwiedza księgarnię, żeby się zorientować, co można przeczytać, będzie się chyba przed monitorem czuł, jakby go wprowadzono do gigantycznego labiryntu. Książek na świecie jest po prostu za dużo i jeśli ktoś sam nie posiada pewnej kultury nie tyle nawet literackiej, ile bibliotecznej, to możliwość dostępu do wszystkiego, co drukowane, da mu niewiele. Encyklopedie – owszem, zbiorniki wiedzy eksperckiej – także, natomiast koncepcję książek osiągalnych za pośrednictwem środków techniki wizualnej uważam za nieżyciową. Czy można sobie wyobrazić człowieka, który kładzie się wieczorem do łóżka, ustawia sobie na brzuchu monitor i zaczyna czytać na przykład opowiadania o Sherlocku Holmesie?
Patrząc od strony wydawców i autorów, sieci komputerowe przynoszą zagrożenie prawa własności czyli tak zwanego copyright. Wciąż się mówi o nowych sposobach, mających uniemożliwić zbyt swobodne wykradanie cudzej intelektualnej własności, ale ja ich nie znam. Trudno też byłoby ograniczyć dostęp do niewskazanych treści – przeszkodą techniczną jest choćby bezustanny potok nowych książek. Na ostatnich Targach we Frankfurcie pokazano około 300000 tytułów; gdyby je wszystkie wprowadzić do sieci, wówczas aparatura cenzurująca pozycje niewłaściwe, by nie trafiły do rąk czy raczej przed oczy wyrostków i dzieci, stałaby się właściwie niemożliwa do wyobrażenia.
Pies dodatkowy jest pogrzebany w zniweczeniu przez komputer pewnych doznań, irracjonalnie bardzo dla wielu ważnych – chodzi o możliwość zbierania białych kruków czy po prostu brania książki do ręki. Ja osobiście nie jestem szalonym bibliofilem, nie marzyłbym o tym, żeby czytać „Sonety krymskie” z mickiewiczowskiego rękopisu, ale mam na przykład Juliusza Verne’a „20000 mil podmorskiej żeglugi”, w czarownym prastarym wydaniu z zeszłego wieku, i uważam, że bardzo jest miło posiadać coś takiego. Oczywiście wszystko można na ekran przywołać, ale nowe techniki odcięłyby nas całkowicie od kolekcjonowania i posiadania książki. Jest rzeczą znaną, spotykaną i w mojej rodzinie, że nową książkę się wącha. Otwiera się i wącha, patrzy, czy jest sklejona, czy zszyta, bo wszystko to ma znaczenie. Tego rodzaju przyjemności całkowicie ulegną zanikowi, gdy bezpośredni kontakt zastąpiony zostanie przez elektroniczne zapośredniczenie. Może być i tak, że pojawi się nowe pokolenie, które w ogóle nie będzie wiedziało, że ojcowie i dziadowie z rozkoszą kartkowali jakieś czcigodne, stare wolumina, tak jak my dziś mówimy, że coś przeczytaliśmy „od deski do deski”, niekoniecznie pamiętając, że mówi się tak dlatego, ponieważ książki miały dawniej naprawdę drewniane okładki i jeszcze je zamykano na rodzaj zatrzasków. Stare, szwabachą drukowane tomy też niełatwo człowiekowi współczesnemu czytać, ze względu na zanik znajomości tego kroju pisma – i zanik znajomości łaciny. 
Wprowadzenie książek do sieci stwarza więc szereg problemów, które oczekują na rozwiązanie, ale nie wiadomo, czy w ogóle rozwiązane być mogą. Są i pozytywy: gdy się chcemy czegoś dowiedzieć na przykład o rozsiewie jakichś zarazków, albo o tym, w jaki sposób z bulwy czy kłącza wyrasta lilia, można to na ekranie zobaczyć in statu nascendi. Wiadomości, które się dają uruchomić i zwizualizować, jak najbardziej nadają się do przedstawienia w Internecie. Równocześnie warto pamiętać, że najpierw – jeszcze w epoce przedjaskiniowej – byliśmy wzrokowcami, a nasz aparat optyczny właściwie niczym nie różni się od oczu wyższych ssaków, na przykład małp. Podobnie jak małpy, a i wszystkie drapieżne, patrzymy obuocznie i możemy dzięki temu orientować się w trzecim wymiarze, głębi, natomiast roślinożerce, jak antylopy czy konie – jestem tu już jedną nogą w fizjologii anatomicznej – mają oczy ustawione na głowie tak, że każdym z nich widzą coś innego. Czytać i pisać nauczyliśmy się późno, więc jednak rodzaj regresu pojawia się wraz z książką przekazywaną przez komputer, chociaż ma ona swoje plusy w postaci wspomnianej wizualizacji.
Znajduję się w posiadaniu dużej liczby albumów malarstwa z rozmaitymi wspaniałościami: mam Boscha, Van Gogha, surrealistów. Napływają i włażą mi czasem do głowy wyrzuty sumienia, że to tak stoi i się marnuje; bardzo rzadko przychodzi mi chętka, by któryś album wyciągnąć z półki i przeglądać. Wyobraziłem sobie, że można by powiesić na ścianie odpowiednich rozmiarów wielką pustą ramę z ekranem i naciskając parę klawiszy wywołać tam pożądany obraz. Wisiałby tak długo, jak długo byśmy chcieli; gdyby się nam znudził, wywołalibyśmy innego Cézanne’a czy Picassa. To jest nie tylko możliwe, ale stanie się prawdopodobnie rzeczywistością.
Czy można sobie wyobrazić, że w przyszłości autor z rękopisem, maszynopisem czy komputerową dyskietką z nową powieścią uda się bezpośrednio do stacji, która jakimiś internetami przekaże jego dzieło czytelnikom, bez pośrednictwa papieru i książki? Możliwość taka istnieje. Czy to się przyjmie? Nie wiem. Ludzie nie zachowują się w sposób racjonalny, ale raczej tak, jak dyktuje moda. Jonathan Carroll, który uczył literatury angielskiej syna mojego w International American School we Wiedniu, opowiadał mi, że w Kalifornii, skąd pochodzi, jakaś pani o pięknym liliowo farbowanym uwłosieniu weszła do księgarni i zażądała numeru jeden z listy bestsellerów. Gdy sprzedawca powiedział jej z wielkim żalem, że go zabrakło, ale mają za to numer drugi, odpowiedziała dumnie – Ja czytam zawsze tylko numer pierwszy! – chociaż nie wiedziała w ogóle, co to za książka...
Teraz podobna luka w podaży stanie się niemożliwa, staniemy wobec potopu. Czy kiedy ktoś się chce napić czystej wody, musi od razu stawać z garnkiem pod wodospadem Niagary? Jestem zwolennikiem tezy, że człowiek jest stworzony dla zjawisk właściwych strefom umiarkowanym. Nie odpowiada nam ani zbyt wielkie zimno, ani ciepło, ani nieustanny deszcz, jak w Bergen, a teraz w Polsce, ani susza. Tak samo z literą drukowaną. Paleta naszych życzeń zostanie co prawda poszerzona, nadmiar jednak wydaje mi się skrojony nie na ludzką miarę. Jak to zawsze bywa, nowa technologia przynosi cenne wartości, ale i może stać się puszką Pandory, która – otwarta – obsypie nas niezupełnie pożądanymi darami.










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl