Książka na wirażu





Rynek książki

Eskimos pod palmą


Joanna
i Jan Gondowiczowie (wydawcy)


Dwa najświetniejsze w swoim czasie pisma literackie, „Chimera” i „Zwrotnica”, zaistniały dzięki temu, że ich wydawcy byli posiadaczami kamienic, które pisma te zjadły. Zważywszy, co miało nadejść, była to wcale niezła lokata renty gruntowej.
Inaczej wydawcy książkowi. Obok idealistów, gotowych unieść ciężar honorowego deficytu, żerowały harpie, tłukące potajemnie nadliczbowe nakłady, tak że biedny Żeromski zmuszony był przystawiać pieczątkę na każdym egzemplarzu, a nawet założyć Związek Zawodowy Literatów Polskich. Byli też tacy, których szyld miał jedynie maskować fatalną adnotację: „nakładem autora”. Lecz działo się to dawno, czyli przed półwieczem, w trakcie którego każdy, byle obdarzony siłą ducha, mógł w zasadzie wydrukować za państwowy pieniądz wszystko co chciał, o ile miał zdrowie czekać parę lat i nie podważał sojuszy.

Dziś rynek producentów książki, po paru wstrząsach, podzielił się zgrabnie na kilka gałęzi, z których każda warta jest osobnej monografii, na jakie nie ma tu miejsca, więc wzorem nieśmiertelnego felietonu Słonimskiego, zawierającego typologię czytelników, wypada poświęcić im tylko parę zdań.

1. Baublis. Dawny koncern państwowy. Tajemniczy moloch, wciąż padający i zbierający się z gleby niczym Anteusz, źle administrowany, rozrzutny a skąpy. Oczywiste, co nie znaczy, że ujawniane, źródło jego dochodu stanowi wyprzedaż majątku, wynajmowanie powierzchni biurowej i inne, bardziej sekretne operacje finansowe. Ze względu na dawną świetność może wciąż liczyć na rozmaite dotacje, zmieniane niezwłocznie na pensje personelu. Jego wielką zaletą jest, że wciąż wydaje książki, które po pewnym czasie można nabyć w przecenie.
2. Huba. Koncern prywatny. Wielki stwór na jednej nodze, otoczonej mnóstwem fałszywych nibynóżek – przedsięwzięć wątpliwych finansowo i dość dyletancko realizowanych. Ma tendencję do niepohamowanego rozrostu, który trwa tak długo, jak długo wytrzyma to główna noga, nie mająca z reguły nic wspólnego z literaturą. Za jego zaletę uznać trzeba zatrudnienie mnóstwa ludzi, którzy bez tego żarliby trawę, i którzy mają ambicję przemycenia co pewien czas prawdziwej książki. Nigdy nie przecenia swych produktów.
3. Maniak. Odkrywca jakiejś dziedziny – może to być toksyczne rodzicielstwo, sekrety kosmitów bądź urynoterapia – na którą rynek wykazuje zagadkową chłonność. Eksploruje sukces, rozszerzając paletę gatunków. Skupuje na całym świecie toksyczne powieści, rozmówki z kosmitami i urynowele. Zaletą jego jest dobrze skalkulowana oszczędność, dzięki której zamawia teksty u autorów krajowych. Jeśli chcesz zawrzeć umowę na coś, co da się podciągnąć pod którąś z owych manii – pędź do niego jak w dym.
4. Snob. Roztacza przed badawczym umysłem tajemnicę primum movere – pierwotnego kapitału, który wpakowany został w pierwszy z jego piekielnie drogich i snobistycznych produktów. Osoby wrażliwsze uprasza się o zaprzestanie dociekań w tym względzie. Nabywca jego ksiąg ma odnieść wrażenie, że znalazł się w Reform Clubie, wśród samej arystokracji, która dopuszcza go oto do swych niesłychanych sekretów. I to się, proszę Państwa, udaje. Jego zaletą jest śrubowanie wymagań wobec poligrafii, którą mogą potem zawstydzić, wskazując na dzieła Snoba, wydawcy skromniejsi.
5. Chytrus. Próbuje wszystkiego, co zdaje się zapowiadać zysk – od eksportowych klasyków po lakierowaną pornografię. Osobliwą jego cechę stanowi zdolność nieskończonego podziału, stanowiącego skutek każdego finansowego sukcesu. Mały Chytrus zapowiada więc za trzy lata, po przejściu fazy Dużego Chytrusa, trzech Małych Chytrusków, którzy spiesznie rosną. Jego zaletę stanowi dar skandalu, ubarwiającego życie towarzyskie. Niestety, jednym ze źródeł skandalu bywa, że płaci kiepsko lub wcale. Ma bowiem genialnych księgowych.
6. Katedra. Jest to Rada Wydziału, obdarzona osobowością prawną i misją wydawania prac naukowych. Nigdy nie zatrudnia fachowca, oszczędza na wszystkim, oprawia i łamie ohydnie, korekty nie uznaje zupełnie. Wydaje książki potrzebne i absurdalne, jak leci, nastawiona jest bowiem na samoobsługę. Niekiedy z zaskoczeniem stwierdza, że któryś z jej tytułów uległ wyczerpaniu. Nie licz jednak, naiwny Czytelniku, na dodruk! Wszak kolejni profesorowie czekają.
7. Tłuk. Nikt tak naprawdę nie wie, kto tłucze w mroku te wszystkie paskudy w broszurowych okładkach, imieninowe wierszyki, przepisy suszenia grzybów, pseudoprozy i zbiorki dowcipów, zalegające pośledniejsze zakamarki księgarń oraz witryny kiosków. Trudno też orzec, jakie motywy, programy i plany kierują działalnością tłuka, prócz tej, że widać przynosi jednak profit.
8. Pracz. Wydaje „Starą baśń” za pięć złotych lub „Pana Tadeusza” za cztery, jego książki stanowią bowiem tylko parawan rozlewni spirytusu „Royal”, eksportu niejasnego pochodzenia aut lub innych ciemnych interesów. Jego specjalnością jest podkradanie klasyków – wraz z prawami i opracowaniem – starym, omszałym oficynom, które nawet tego nie zauważą. Zwykle po dwóch-
-trzech tytułach kończy działalność. Jego nazwa z reguły nic nie znaczy i kończy się na „iks”.
9. Jaczejka. Przejaw życia pozagrobowego podstawowej organizacji partyjnej. Dyrektor – były sekretarz, kierownik programowy – były konsul, redaktor – były ideolog, szef korekty – były redaktor byłego organu. W dziale handlowym były ubek. Kupione za ciężką forsę na Zachodzie, wściekle kolorowe, albumowe i pod każdym względem monumentalne wyroby jaczejki odznaczają się zawsze jakąś skazą: odwróconym zdjęciem, przekładem nie uznającym liczebników porządkowych, brakiem ze strony na stronę paru wierszy (towarzysze nie działali nigdy na piętrach konkretu), zgodnie z zasadą, że ludność i tak kupi, bo nie wytrzyma. I kupujesz, miły Czytelniku... A lepiej czekać, bo zawsze przeceniają.
10. Mróweczka. Wywodzi się z podziemia. Z tamtych czasów ma swe mszyce, które ssie – psychiatrów, teatrologów, historyków. Zawsze ludzi, którzy pisać umieją – i to jak! – a nie mają czasu lub sprytu szukać innego wydawcy. Jest geniuszem w zdobywaniu pieniędzy na te swoje książki, przy czym wpływy ze sprzedaży odgrywają rolę wtórną. Wydaje szybko i szkaradnie, płaci symbolicznie, lecz wciąż ma kredyt w środowisku, bo cóż byśmy bez niego poczęli, nieprawdaż? I to jest jego główny kapitał. Jeśli nie liczyć wdzięku.
11. Ktoś. To jest ten facet, kóry wydaje dzieła o supremacji Żydów w historii, wyprzedaży Polski Niemcom i agenturze wśród literatów. Sam dopisuje kumplom przypisy z rozszyfrowaniem nazwisk i listą lóż masońskich. Kim jest i skąd ma forsę, nie wiadomo. Ma za to własnych stolikowców, a od niedawna księgarnie, specjalizujące się w jego śmierdzącym towarze, któremu nadaje miano „literatury patriotycznej”.
12. Wariat. Wydaje zbiór elegii patagońskich i czeka, aż to się sprzeda, bo ma już w tece madrygały japońskie. Po każdej książce pada na pysk, bierze pożyczki i nadgodziny, po czym uszczęśliwia świat czymś, bez czego – w jego mniemaniu – ów świat byłby zdecydowanie uboższy. Świat, obojętny na te karesy, podąża swoją drogą, lecz wariat wciąż wydaje, póki go nie zamkną. Zaślepiony swą wizją, odrzuca książki, na których mógłby zarobić, bo „nie pasują mu do profilu”, obca też jest mu sztuka wysysania dotacji. Jego księga główna cierpi na księgosusz, on sam – na wrzody i kołatanie serca, lecz wciąż wydaje, bo gdyby przestał, straciłby zarobek, którego dopatruje się w naprodukowanych tytułach. Połowę nakładu rozdaje, bo chce udowodnić, że wciąż jeszcze działa. To jego książki, ładne, choć skromne, odkładasz, drogi Czytelniku, na inną okazję, która nie nastąpi nigdy.

Przed laty wystąpił w Warszawie sławny francuski mim z programem, gdzie jeden z numerów przedstawiał walkę Dawida z Goliatem; Marcel Marceau wyłaniał się po dwóch stronach parawanu raz jako olbrzym, to znów jako karzeł. Tak właśnie pisać musi o sprawach edytorskich ktoś, kto nieraz stawał w rozmaitym charakterze (klienta, lektora, eksperta) przed biurkiem wydawcy, a teraz znalazł się po drugiej stronie, traktując to jako przedłużenie swej działalności w roli krytyka literackiego. I w istocie – są w Polsce wydawnictwa, należące do poetów, artystów, tłumaczy, publicystów, uczonych – ale takie, w którym gremium kierownicze (nie licząc osoby do prawdziwej roboty) stanowią różnej maści krytycy, bodaj tylko jedno. Jak łatwo się domyślić, jest to wydawnictwo wariackie.
Z tej racji niżej podpisani powinni zamilczeć o wydawnictwach innych niż te, które należą do punktu dwunastego. Geneza owych „przedsiębiorstw” wywodzi się w prostej linii z marzeń o zachodnim rynku książki, gdzie – jak wieść niesie – każdy może sobie założyć periodyk lub oficynę wydawniczą i funkcjonować, jak długo chce, wydając od czasu do czasu to lub owo. Tak przecież działała florencka oficyna Tyszkiewicza, „Gaberbocchus” Themersonów, a także „Oficyna Poetów i Malarzy” Bednarczyków. Toteż działalność wydawnicza wydawała się prostą pochodną wolności druku.
Kolejne zdanie rozpoczyna „niestety”. Okazało się bowiem, że tę słodką wizję amatorskich działań zaciemniają dwie chmury. Pierwszą z nich jest system fiskalny, w obliczu którego działalność kulturalna nie różni się niczym, prócz stopnia ryzyka, od handlu pietruszką, drugą zaś – metamorfoza zbiorowego ciała, które w dawnych dobrych czasach nosiło nazwę publiczności czytającej.
W efekcie wydawca-wariat kręci się jak wiewiórka wewnątrz dwu krzyżujących się błędnych kół. Pierwsze: by wypłacić się państwu, trzeba sprzedawać, żeby sprzedawać, trzeba wydawać dużo, żeby wydawać dużo, trzeba mieć kapitał, żeby mieć kapitał, trzeba by przestać płacić podatki. Drugie: by zarobić, trzeba wydawać nie to, co się chce, tylko to, co ludzie chcą kupić, a że założyło się firmę, żeby wpływać na gust publiczności, z definicji to, co ludzie chcą kupić, nie jest tym, co się chce wydawać. A nad tym wirowaniem w miejscu zwisa jak topór pewność, że jedna-druga nietrafiona inwestycja to koniec zabawy.
W tym miejscu z ust wydawcy-wariata zaczynają płynąć gorzkie żale na publikę, że woli Ludluma, na byłe i obecne rządy za ich politykę finansową, na krytykę, że jej nie ma, na konkurencję, że bardziej elastyczna, na hurtowników za brak entuzjazmu, na księgarzy za wyśrubowany procent, na autorów, że chcą honorarium, na siebie samych za brak smykałki... Narady wydawnicze stają się długie i posępne jak spowiedź wielkanocna, a każde spotkanie z księgową skrywa grom. Tak pewny swego na publicystycznym gruncie współwłaściciel wydawnictwa wariackiego sam sobie zdaje się z wolna Eskimosem, udzielającym mieszkańcom Jamajki zbawiennych rad w kwestii ubioru. Jakby wzory, zaczerpnięte z emigracji, prowadziły go wprost do emigracji wewnętrznej. A jednak...
Możliwość zaistnienia „a jednak...” wynika z faktu, że wariat – jak to wariat – dostrzega tylko innych wariatów i tylko z nimi się liczy. I wciąż myśli sobie, biorąc do ręki edycje Gliwy, książki Themersonów, druki Bednarczyków: „Co za fajni ludzie... Że też im się chciało!” W tych dziewięciu słowach zawiera się sen wydawcy-wariata śniony nieprzytomnie, jego ambicja i nadzieja na nieśmiertelność. Rzecz jasna – papierową. Ze stuletnią gwarancją.

(ciąg dalszy może nastąpić, ale nie musi)











 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl