Książka na wirażu

 

Danie miesiąca polecają

 

 

Tadeusz Nyczek

Przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” entuzjastyczną recenzję z tej książki i trochę się przestraszyłem: tu się urodziło arcydzieło, a my nic. Autorka: młoda niewiasta, wcale niebrzydka, sądząc po fotografii na okładce, i jeszcze tak zdolna, że pierwsza powieść, a już na kolana... No więc w te pędy kupiłem, i zaraz odetchnąłem. Na stronie informacyjnej przeczytałem mianowicie takie oto zdanie: „Wydawcy dziękują Programowi III Polskiego Radia S.A. i »Gazecie Wyborczej« za wkład w promocję książki”. Różne dziwne rzeczy w życiu czytałem, ale żeby wydawca z góry drukiem dziękował za reklamę, tego jeszcze nie było. Wyjaśniło się też przy okazji, skąd to arcydzieło w opinii „Gazety”, mojego ulubionego skądinąd organu. Ale zostawmy złośliwości. „Siostra” arcydziełem nie jest, nawet jej sporo do tego brakuje, ale mimo wszystko przeczytać ją warto. Powieść balansuje na granicy thrillera, science-fiction i czegoś, co trudno określić, bo zatrąca tyle o mistykę, co mistyfikację, głównie literacką, czyli wewnętrzną grę z konwencjami ŕ la Borges czy Eco. Nie byłoby też „Siostry” bez Schulza i Kafki, do czego autorka wprost się przyznaje, wyprowadzając główny wątek powieści z motywu przemiany człowieka w karalucha. Bohaterka jest w ciąży, ale jednocześnie leży w letargu; płód dojrzewa w niej, ale jej komunikacja ze światem ograniczona jest tylko do monologu wewnętrznego. Narracja idzie trójwymiarowo, bo do monologu oraz „normalnej” opowieści o mężu bohaterki, starającym się dojść przyczyn dziwności żoninej śpiączki, dochodzi głos trzeci – króla karaluchów. Głosy wewnętrzne, szczerze mówiąc, są literacko i myślowo najsłabsze, pretensjonalne i najczęściej mętne. Kto zna sławny film „Rosemary’s Baby”, domyśli się bez trudu, co za dziecko nosi w łonie letargiczna żona. Zwłaszcza że pojawia się bogoburczy wątek traktatu pewnego księdza wariata, który wykoncypował, że źródłem zła jest w istocie Bóg, a boskie fanaberie w tym zakresie objawiają się upostaciowaniem rzeczonego zła we wszelkiego rodzaju wstrętnym a niezniszczalnym robactwie. Pomysł zabawny, choć trochę straszny. A książki, wbrew enuncjacjom wydawców, jaki to z niej emanuje nowy mit i nowa herezja, nie należy chyba traktować zbyt serio. Zawsze to mężczyźni byli od straszenia. Teraz, widać, zabrały się do tego ładne dziewczyny.
 
Małgorzata Saramonowicz, „Siostra”, Warszawa 1996.




 

 





Tadeusz Sobolewski

W wydanej u nas niedawno, intrygującej „Trylogii nowojorskiej” Paula Austera mówi się, że Nowy Jork to najbardziej melancholijne miasto świata. Ale po filmie „Dym” Wayne'a Wanga według Austera trudno wyobrazić sobie miejsce bardziej swojskie niż sklepik na Brooklynie, gdzie Harvey Keitel sprzedaje cygara. Dawno nie widziałem filmu, który by przy pomocy tak prostych środków skuteczniej przekonywał, że literatura ma sens, kino ma sens. I że życie ma sens. A ma go właśnie dlatego, że da się opowiedzieć. Jest bowiem rodzajem powieści, która powstaje między ludźmi, i w której uczestniczą na równych prawach sąsiedzi i kumple pisarza oraz sam czytelnik. „Dym” może robić wrażenie melodramatu z happy endem. Jeśli nawet jest w tym sentymentalizm, to nie telenoweli, raczej „Opowieści wigilijnej” Dickensa – podszyty ciemną wiedzą o życiu. Mógłbym oglądać „Dym” wiele razy, jak niektóre filmy Hassa. Albo jak filmy Ozu. Wang ma coś z tamtego japońskiego klasyka, który umiał pokazać, jak zwyczajne życie balansuje na krawędzi nicości.

„Dym”, reż. Wayne Wang, wyst. Harvey Keitel, William Hurt.





 




Jacek Żakowski

Obejrzałem „Sztetl”. Trzy razy! Trzy razy po dwie i pół godziny dokumentalnej projekcji. Nie bolały mnie plecy, nie uwierało siedzenie. To, co zobaczyłem, będzie już ze mną na zawsze. Bo to jest film zrobiony genialnie, choć bez cienia elementarnej choćby odpowiedzialności wobec trudnej historii i niepewnej przyszłości, bez dbałości o prawdę, bez lojalności wobec bohaterów. Wstrząsający dokument (?) opowiadający... No właśnie, o czym? Formalnie o tym, jak amerykańscy Żydzi, którzy wojnę spędzili w okupowanej Polsce, na krótko wracają do rodzinnego Brańska i tu, w towarzystwie kamery, Mariana Marzyńskiego oraz młodego Polaka, który zainteresował się żydowską historią miasteczka, poszukują śladów swojej dramatycznej młodości. Formalnie jest to także film o młodym Polaku, Zbigniewie Romaniuku, który dla swoich żydowskich fascynacji nie potrafi znaleźć zrozumienia ani wśród Polaków, ani nawet wśród Żydów, a w końcu jest karany przez jednych i drugich. Także formalnie jest to film o ludzkiej wielkości i małości w czasach potwornej próby. W rzeczywistości jest to jednak przede wszystkim film o potędze stereotypów etnicznej wrogości, karmiących wyobraźnię niedokształconych polskich i żydowskich umysłów, o intelektualnym lenistwie, na którym stereotyp kwitnie. Oglądając „Sztetl” można wręcz odnieść wrażenie, że na ziemi Mieszka I i Bolesława Chrobrego dobry Pan Bóg ulokował przed laty dwa potworne, najgłupsze w świecie narody, które (jeśli pominąć nieliczne wyjątki) ze wspólnej historii wyniosły tylko łączącą Marzyńskiego, Polaków i Żydów nieodpowiedzialność myśli, skłonność do uogólnień, niesprawiedliwość ocen i pospieszność wyroków. W tym sensie jest to film antypolski i antyżydowski zarazem. Gdyby Marzyński nie kłamał, gdyby bez słowa wyjaśnień nie umieścił w Brańsku dramatu z Ejszyszek, gdyby nie zarzucił Romaniukowi, że nie powiedział tego, co w rzeczywistości powiedział... Gdyby umiał wyważyć proporcje między tym, co w historii Brańska podłe i tym, co wspaniałe... Gdyby jego – autora i bohatera zarazem – aktywność przejawiła się nie tylko wtedy, gdy Romaniuk niezręcznie się przed Żydami broni, ale także wówczas, gdy jest przez nich głupio atakowany... Gdyby wreszcie potrafił głośno zakrzyknąć wtedy, gdy na oczach widzów atrofia dobrych uczuć prowadzi do tego, że po bez mała pół wieku jedynym wyrazem młodzieńczej przyjaźni staje się wręczony przed kamerą 20-dolarowy banknot...
Gdyby, gdyby, gdyby... Mógł powstać wielki film o zwyczajnych ludziach, których los wypróbował bardziej, niż miał prawo. Ale powstał tylko wykonany z genialną sprawnością dowód bezradności wobec złożonej prawdy, której Marzyński odkryć nie potrafi, bo chyba sam jest ciągle więźniem łatwego stereotypu, którym dość beztrosko karmi swoich widzów i który w nich zapewne skutecznie umacnia. Niestety.

„Sztetl”, reż. Marian Marzyński

 











 





 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl