Książka na wirażu





Rynek książki

Zawracanie rynku kołem


Beata Chmiel,
redaktor „ExLibrisu”


Gdybyśmy się nie wtrącali, jedynym kryterium oceny książki byłaby wielkość jej sprzedaży. Tak jednak (na szczęście) nie jest. Co prawda, na wolnym rynku nikt nie może czuć się całkiem bezpiecznie – konkurencja, prawa podaży i popytu, wahania koniunktury dotyczyć mogą (i w znacznym stopniu dotyczą) także produkcji i dystrybucji książek – jednak w stosunku do kultury wszyscy zgadzają się na istnienie innych, pozarynkowych mechanizmów korekcyjnych, mających promować to, co wartościowe i kształtować czytelnicze gusty. Ta zgoda niestety często sprowadza się do tego, że podatnik nie protestuje, gdy mikroskopijna część jego podatków wpada do szufladki z napisem „kultura”, szufladką tą zaś rządzi centrala według swego widzimisię i środowiskowych nacisków. Tak czy inaczej, stawia to producentów i dystrybutorów książek w pozycji na tyle uprzywilejowanej, by oczekiwać wsparcia i narzekać na prawa rynku, złą politykę kulturalną, czytelników, krytyków i w ogóle cały wrogi świat sprawiający, że książka nie sprzedaje się tak dobrze, jak ich zdaniem powinna.
Prasa, dodatki literackie, ogólnie rzecz biorąc wszyscy zajmujący się pisaniem o książkach, są w istocie częścią tego mechanizmu promocji, wspierania, słowem – zawracania rynku kijem i wymaga to od nich namysłu nad sensem działań i miejscem w nowej demokratyczno-rynkowej konfiguracji.
Jak w tej sytuacji stara sobie radzić „ExLibris”?
Przede wszystkim zdajemy sobie sprawę, że dziś na polskim rynku nie ma miejsca dla samodzielnie funkcjonujących pism o kulturze. W tej sytuacji istnieją dwie drogi. Można znaleźć sponsora – ministerstwo, władze lokalne... – który będzie utrzymywał niskonakładowe pismo bez względu na jego rentowność. Rozwiązanie wydaje się komfortowe. Z poczuciem całkowitego bezpieczeństwa można wydawać pismo na najwyższym – zdaniem redakcji – poziomie, nie przejmując się brakiem czytelników czy też pocieszając się, że przedsięwzięcie ma charakter elitarny. Można też związać się z prasą wysokonakładową i próbować zaspokoić gusty masowego czytelnika. Wówczas jednak szybko może okazać się, że masowy czytelnik w ogóle nie jest zainteresowany książkami, a recenzje zamieszczane w takim dodatku są jedynie ozdobnikiem dodatkowej powierzchni reklamowej.
„ExLibris” próbuje podążać trzecią drogą: robić elitarne pismo dla masowego odbiorcy – jakkolwiek zakrawa to na paradoks.
Wynika to z naszego przekonania, że potrzeby kulturalne należy kreować – a nie zaspokajać – oraz że aby je kreować, trzeba w jakimś przynajmniej zakresie poddać się weryfikacji rynku, a nie pisać dla wąskiego grona i tak zainteresowanych. Dla „ExLibrisu” książka nie jest szczególnie szlachetnym produktem wartym zachwalania przez sam fakt swego istnienia, lecz przekazem o świecie. Jest bardzo dużo książek i można się z nich dowiedzieć o wszystkim, tak więc pismo o książkach może być właściwie pismem o wszystkim. Dlatego też „ExLibris” zajmuje się religią, filozofią, psychologią, historią, polityką, literaturą, sztuką, naukami ścisłymi... Nie gardzi też tzw. kulturą niższą. Z upodobaniem zajmujemy się fantastyką i idolami kultury popularnej – Małgorzatą Musierowicz, Waldemarem Łysiakiem, Williamem Whartonem... – traktując te zjawiska z całą powagą, na jaką zasługują. Poprzez pisanie o książkach lub pod pretekstem omawiania książek staramy się przekazywać całościową wizję kultury. Częste bloki tematyczne, jednorodna szata graficzna, a nie ilustrowanie tekstów, wszystko to ma pomóc czytelnikowi dostrzec wspólne wątki, pojawiające się na przykład w literaturze, filozofii i kulturze masowej. Przekonanie to doprowadziło do ewolucji pisma od ściśle związanego z rynkiem wydawniczym do formuły społeczno-kulturalnej.
Generalnie naszym celem nie jest przekonanie do czytania konkretnych książek – te powinni reklamować sami wydawcy – ani nawet do czytania w ogóle, jako wyznacznika statusu (bycia kulturalnym człowiekiem, który ma na półkach wszystkie modne nowości). Naszym celem jest pokazanie, że właśnie dzięki książkom możemy istnieć w świecie bardziej świadomie, że to one dostarczają nam narzędzi do jego rozumienia na poziomie wyższym niż gazetowe wstępniaki, że kryje się w nich rzeczywistość ciekawa i warta poznania, a jednocześnie mająca bliski związek z naszą codzienną egzystencją.
Od innych pism zajmujących się literaturą oczekujemy, że – zamiast obrażać się – zechcą z nami częściej podejmować merytoryczną dyskusję. To, co traktuje się jako agresywność czy prowokacyjność, jest – mamy nadzieję – oznaką naszego autentycznego zainteresowania tym, co dzieje się w kulturze, której nie traktujemy jak dostojnego truchła wymagającego nieustannej celebry.
Od wydawców i księgarzy oczekiwalibyśmy zrozumienia funkcji, jakie pismo pełni: możemy zamieszczać płatne reklamy, możemy też starać się animować zainteresowanie książką jako ważnym kulturowym medium – co, prędzej czy później, miejmy nadzieję, przełoży się na wzmocnienie czytelniczego popytu – nie możemy jednak zapewnić natychmiastowego sukcesu rynkowego każdej nowości.
Masowo produkowanym, nijakim dodatkom kulturalnym chcemy przeciwstawić zaangażowanie, własny ton i wyraźny charakter pisma, zaś elitarnym periodykom – otwarcie na aspiracje szerszego odbiorcy, zrozumiały język i rezygnację z polonistycznego żargonu.
Po to, by pismo takie mogło zaistnieć, potrzeba sponsora zdającego sobie sprawę z wagi problematyki kulturalnej, weryfikujących pismo czytelników i merytorycznej niezależności.










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl