Książka na wirażu



Wyspa oddalona


Z Tomaszem Burkiem
rozmawia Andrzej Franaszek


TOMASZ BUREK: – Zanim zaczniemy tę rozmowę, chciałbym o coś zapytać. Czytałem niektóre rozmowy z prowadzonego przez Pana cyklu. Koncentrowały się one zwykle na tzw. „młodej literaturze”. Czy uważa Pan, że jest to literatura nie doceniana przez krytyków i w związku z tym należy ją specjalnie promować?
ANDRZEJ FRANASZEK: – Nie mam do literatury stosunku ideologicznego, to znaczy np. pokoleniowego... 
– To bardzo dobrze...
Koncentracja na „młodych” wynikała raczej z natury życia literackiego – interesuje nas przecież głównie to, co nowe, co powstaje na naszych oczach. Jeżeli chodzi zaś o docenianie... Myślę, że jest raczej przeciwnie, że twórcy ci radzą sobie doskonale i o wiele trudniejsza jest sytuacja pisarzy o dziesięciolecie starszych – Maja, Chwina czy Musiała.
– Też tak uważam, zdaje się, że w społecznej świadomości zanikają twórcy pokoleń „pośrednich” – którzy nie są ani w pełni już uznanymi literackimi wielkościami, ani debiutantami. Giną przez to wartości, które można było odnaleźć na przykład we wczesnych wierszach Grochowiaka, prozie Czycza, Iredyńskiego, Odojewskiego, Nowakowskiego, Terleckiego czy Krzysztonia. Pokolenie „Współczesności”, kiedy przestało działać jako grupa i rozproszyło się na poszczególne indywidualności, opublikowało książki, które były być może jego ostatnim słowem – „Chleb rzucony umarłym” Wojdowskiego, „Obłęd” Krzysztonia, „Zasypie wszystko, zawieje...” Odojewskiego, „Nie wierz nikomu” Czycza. Są to znakomite rzeczy, ale – nie wiadomo dlaczego – nie zostały włączone w kanon polskich arcydzieł XX wieku. Pochłonęły natomiast tyle energii pisarskiej, że ich twórcy (notabene wielu przedstawicieli tego pokolenia poumierało) najwyraźniej nie mieli już ani sił, ani ochoty, by zajmować się nową rzeczywistością. W książkach, o których mówię, wypowiedzieli, wprost lub pośrednio, swoje doświadczenie – dzieciństwo na pograniczu wojny i okresu komunistycznego, rozczarowania popaździernikowe, późniejsze uczucie gniewu i braku perspektyw. Dziś jednego bodaj Marka Nowakowskiego wabią ziemie obiecane i zaklęte rewiry „nowej Polski”. Tak więc to pokolenie, biologicznie nie tak stare, sprawia wrażenie wyczerpanego. Stąd, częściowo zresztą sztucznie podsycane, skierowanie uwagi na debiuty kilku ostatnich lat. Młodzi mają zresztą, w jakiejś mierze nieświadomą, skłonność do usuwania konkurentów ze sceny, wykrzykiwania „Teraz ja!”
Czy do tej sytuacji nie przyczyniły się w dużym stopniu polityczne zmiany roku 1989?
– Myślę, że miały one stosunkowo małe znaczenie. Rok 1989 nie sprawił, że literatura poczuła się wolna – tę wolność wywalczyła sobie znacznie wcześniej. Jeżeli nawet pominąć potężne zjawisko „drugiego obiegu” i oporu wobec stanu wojennego, to już przed 1975 rokiem jątrzył świadomość Polaków nakaz, postulat walki o
 
wolne słowo. 
W dawnym Związku Literatów Polskich – jeszcze przed rozpoczęciem formowania się demokratycznej opozycji – istniało coś na kształt opozycji wewnątrzśrodowiskowej, która starała się walczyć z cenzurą. Przypominam sobie lubelski zjazd młodych pisarzy w 1966 roku, na którym ktoś wysunął wniosek, aby zaprotestować przeciwko wojnie w Wietnamie. Wtedy w jednym z wystąpień pojawiło się stwierdzenie: „Dobrze, możemy protestować przeciwko wojnie wietnamskiej, ale jesteśmy zobowiązani ustosunkować się najpierw do tego, co jest naszą opresją bezpośrednią”. W ten sposób, prawie jednogłośnie, przyjęto uchwałę sprzeciwiającą się poczynaniom cenzury w Polsce Ludowej. Wybuchła straszna awantura, następnego dnia przyjechał Putrament, ale – mimo rozmaitych odgórnych nacisków – z uchwały zjazd się nie wycofał. Naturalnie sprawozdania prasowe tę historię przemilczały.
Przepraszam, że tak się nad tym epizodem rozwiodłem (wracając do czasów m o-
j e j młodości), ale chcę podkreślić, że postulat wolnej literatury istniał w świadomości pisarzy na długo przed zawaleniem się systemu komunistycznego, co jest zresztą także przyczynkiem do – wielokrotnie powracającej w krytyce – tezy o parareli między rokiem 1989 a 1918. Jeśli dokonuje się takiego porównania, trzeba pamiętać, że wolna literatura Polski niepodległej zaczęła się w jakimś stopniu na długo przed 1918 rokiem, ponieważ wielu pisarzy z Kongresówki starało się omijać ówczesną rosyjską cenzurę, publikując w Galicji czy w Paryżu. Literatura stawała się też wolna w innym sensie, na co uwagę zwrócił swego czasu Kazimierz Wyka. W okresie Młodej Polski wykrystalizowała się bowiem duchowa suwerenność literatury, która odtąd może swobodnie mówić o wszystkim – tematach narodowych, społecznych, psychologii, egzystencji, może tworzyć autonomiczne światy wartości estetycznych, kierować się w stronę wartości religijnych, metafizycznych. Tak więc projekt literackiej niepodległości został nakreślony i częściowo urzeczywistniony znacznie wcześniej, niż państwo polskie odzyskało niepodległość.
Skoro pojawił się już temat słynnej parareli „1918–1989”... Jak, w Pana odczuciu, sprawdzała się ona w kolejnych latach, po „okrągłostołowym” przewrocie?
– Po roku 1989 żyłem w ustawicznym poczuciu połowiczności, zagrożenia niepodległości. Choć po 1918 roku podobne nastroje zostały zminimalizowane, zwłaszcza dzięki wygranej wojnie z bolszewikami, jednak część ówczesnej literatury przejawiała – bliskie mi obecnie – zaniepokojenie, że nie jest to państwo wymarzone. Myślę o klasycznych pozycjach, takich jak „Generał Barcz” Kadena, „Pokolenie Marka Świdy” Struga, „Romans Teresy Hennert” Nałkowskiej czy „Przedwiośnie” Żeromskiego. Tak więc, podobnie jak teraz, była to niepodległość trudna. Podobieństwo leży też w nasileniu się nowych elementów cywilizacyjnych, żywiołowych zmian w strukturze społecznej, obyczajowości, wrażliwości. 
Mówię o tym, ponieważ wydaje mi się, że przez ostatnie sześć lat nie opuszcza świadomości społecznej podskórna troska, zderzając się zresztą – także na terenie literatury – z falą ludyczności, poczuciem ulgi, że nie ciążą nad nami ani wielkie strachy, ani wielkie zobowiązania. Tak więc pierwiastki niepoważne, zabawowe przeplatają się z pierwiastkami niepokoju, a chwilami również tragizmu czy dramatyzmu. Rozmawiamy po wyborach prezydenckich i może czujemy to bardziej, bo przecież znajdujemy się w jednym z tragicznych momentów historii nie tylko ostatnich lat. Chwil takich było jednak więcej. Przykładem może być formowanie, a następnie obalenie rządu Jana Olszewskiego – przecież ten niejednoznacznie oceniany fakt głęboko podzielił społeczeństwo. Pytanie, jaki to znalazło wyraz w literaturze...
Właśnie. Czy nie jest jednak tak, że nie tylko zagadnienia związane z bieżącą polityką (o co mniejsza), ale też refleksja nad losem państwa, poczucie odpowiedzialności za to państwo nie znajdują jakiegokolwiek odzwierciedlenia w literaturze?
– Też mam to wrażenie. Bardziej wyraźny od nurtu troski o państwo polskie jest ów nurt ludyczny, nurt beztroski albo nurt zatroskania o zupełnie inne sprawy, wiążący się z przełomem kulturowym i cywilizacyjnym. U jego fundamentów tkwi przekonanie, że świat nie kończy się na Polsce, a życie na sprawie polskiej, że ważniejsze są relacje człowieka z samym sobą, z innymi ludźmi, z wartościami uniwersalnymi, z transcendencją wreszcie. Ujawnia się to w różnych manifestacjach literackich. Zarówno u pisarzy starszych – przypomina mi się książka Witolda Zalewskiego „Wyspa umarłych, wyspa miłości”, będącą znamienną, chociaż dyskusyjną próbą stworzenia powieściowej syntezy, przerzucenia pomostu od pytań eschatologicznych do problemów moralno-politycznych, i od doświadczenia schyłku, starości do urazów młodości – jak i u pisarzy młodszych: np. w „Pannie Nikt” Tryzny, będącej opowieścią o dziejach duszy, przebudzeniu i śmierci duchowej. Proszę zauważyć, jak przemyślnie skonstruowana jest ta książka, zaczynająca się na kartoflisku, gdzie bohaterka, z nosem przy ziemi, dosłownie tkwi, grzęźnie w materii, a kończąca – po duchowej inicjacji – ponownym pogrążeniem w ciemności, samobójstwem. Ważne jest, że Tryzna może opowiedzieć swoją historię zupełnie swobodnie, nie przeszkadzają mu w tym żadne „patriotyczne” obowiązki ani inne przymusy zewnętrzne, co jest oczywiście znakiem wspomnianej przemiany. 
Ludyczność natomiast widać przede wszystkim w skłonności do przejmowania postaw i środków artystycznych, związanych z szerokim i niejednorodnym zjawiskiem, jakim jest postmodernizm. Na przykład dziełka Manueli Gretkowskiej programowo nie chcą wierzyć w sztukę jako zjawisko pokrewne religii i metafizyce. Widać to m.in. w stosunku do języka: wiara w wartość sztuki zaczyna się od prostej wiary w słowo, a kończy na pięknej konstrukcji powieściowej. Powieści Gretkowskiej rozmyślnie zaś tworzą chaos, to, co wysokie mieszają z tym, co niskie. Jest w ich literalnym postmodernizmie coś rozczulającego, ale i coś bolesnego, jak w każdej niewczesnej kapitulacji.
Młoda literatura byłaby zatem – w Pana ocenie – przede wszystkim „ludyczna”?
– Niezupełnie. Przecież w „Pannie Nikt” z łatwością można znaleźć opozycję między światem zabawy a światem wartości wyższych, w której pozytywnie oceniany jest ten drugi człon. Podobnie dzieje się w utworach Krzysztofa Myszkowskiego: „Pasji wg Św. Jana” czy „Kozim rogu”, przeciwstawiających sobie, z jednej strony, świat pustoty, rozproszenia i bezładnej codzienności, która dla bohatera tej prozy stanowi ciągłe wyzwanie i przeszkodę, z drugiej – świat powagi,
 
świat wewnętrznego obowiązku, 
słowem coś, co tę zdegradowaną rzeczywistość przekracza. Przekracza w stronę sacrum, najogólniej mówiąc, w stronę przeżycia religijnego bądź ekstazy w obcowaniu ze sztuką.
Ŕ propos przekraczania... Wiele się mówi o łamaniu w literaturze kolejnych tabu, epatowaniu drastycznością. Oczywiście zjawisko takie istnieje, ale trzeba też dostrzec prąd odwrotny: dążenie do przekraczania tego, co doczesne, płaskie, zamknięte w obrębie cywilizacji laickiej, liberalnej, a właściwie libertyńskiej, totalnie przyzwalającej, bezgrzesznej, do której zresztą większość ludzi u nas lgnie teraz odruchowo. I otóż u części młodszych pisarzy pojawia się pytanie, czy życie w obrębie tej cywilizacji jest wartościowe, czy można się w niej spełnić, czy nie należałoby stawiać sobie innych zadań. Pojawiają się próby odbudowywania duchowości, niszczonej niegdyś przez świat komunistyczny, a teraz zagrożonej w poważnym stopniu przez cywilizację konsumpcyjną. Kiedy się więc mówi, że część młodej literatury jest literaturą transgresji, psychologicznej czy moralnej, to trzeba pamiętać, że według Bataille’a przekraczanie zakazu, transgresja...
Zawsze podtrzymuje tabu.
– Właśnie, jest jednocześnie jego przywołaniem, umocnieniem, uświadomieniem, że zakaz istnieje, a za jego przekroczenie płaci się wysoką cenę. Myślę, że najdalej patrzący młodzi pisarze nie mówią: „Jesteśmy wspaniali, bo wyrażamy ducha współczesności”, ale raczej: „Poziom współczesności staramy się przekroczyć, bo nie wolno się z nim pogodzić”. Zarówno w przypadku Tryzny, jak i Myszkowskiego jest to bardzo wyraźne. Bardzo bliska temu nurtowi jest również druga powieść Olgi Tokarczuk – „E.E.”, w której inicjacja młodej kobiety to jednocześnie rozbudzenie duchowe. Poprzez losy Erny Eltzner pisarka pyta o możliwość utrzymania się na wyższym poziomie duchowości, o to, czy duch to konstrukcja trwała, czy jesteśmy skazani na chwilowe iluminacje, które w nas gasną. 
Rozpięcie między „ludycznością” a „metafizyką” zdaje się być zjawiskiem szerszym niż literatura...
– Pisarze wyrażają coś z tego, co dziś nurtuje nas wszystkich. Warto przy tej okazji zauważyć istotną kulturową zmianę: zmianę czytelnika. To, że jedne książki tej samej generacji są takie, a drugie zupełnie inne, wynika po części z faktu, że są adresowane do różnych czytelników. Część młodych pisarzy stara się mówić jeszcze do „człowieka książkowego”, reszta rozmawia już z „człowiekiem telewizyjnym”. Jeśli ktoś spędza przed telewizorem siedem godzin dziennie, jego kontakt z literaturą musi stać się dorywczy i powierzchowny. Dostrzegając może jakieś sensy, nie ma on czasu na medytację nad nimi, na kontemplację książki ulubionej, w której szuka się odpowiedzi na pytania, jakie niesie życie. Jeżeli zwracam się do książki, to przecież nie po to, by znaleźć w niej jakiś cytat, anegdotę, ale ponieważ jest ona moim powiernikiem, przyjacielem, mistrzem, z którym rozmawiam. Nie mogę do mistrza przyjść na pół godziny. Muszę z nim współbyć. Czy w młodym pokoleniu szuka się jeszcze w książkach odpowiedzi na egzystencjalne pytania?
Szuka się.
– To pocieszające. Niemniej jednak wydaje się, że zaczyna zanikać gatunek „człowieka książkowego”, dla którego słowo stanowiło wyrocznię, a obraz był zjawiskiem drugoplanowym. Proszę zresztą zauważyć, że jeszcze przez 30–40 lat po wojnie film, mimo że działał obrazem, odbierało się trochę tak jak książkę. Kino artystyczne wymagało przygotowania, starannie urobionej wrażliwości. Na temat filmów toczono dyskusje, odwołujące się i do literatury „wysokiej”, i do zagadnień filozoficznych. „Czytało się” te filmy na sposób intelektualny, zwracając przy tym wielką uwagę zarówno na efekty techniczne i estetyczne, jak na teorię kina. Wreszcie – co ważne – pamiętało się dzieła filmowe długo.
Film zmienił się pod wpływem rosnącej atrakcyjności telewizji jako pochłaniacza czasu człowieka. Ukształtował się
 
człowiek telewizyjny”, 
który sposób, w jaki obcuje z telewizją, przenosi na obcowanie z innymi dziedzinami kultury i ze światem. Odbiór telewizyjny psuje coś podstawowego w samej naturze naszej uwagi, oducza nas umiejętności skupienia, koncentracji, dyscypliny duchowej. Oglądamy telewizję, jednocześnie czytając gazetę bądź wychodząc do kuchni, by zrobić sobie herbatę; przeskakujemy z kanału na kanał, oglądając prawie równocześnie kilkanaście programów. Powstaje w ten sposób mozaika fragmentów, obraz świata, który jest w sposób sztuczny spreparowany, składa się z cząstek nie dopasowanych do siebie, niespójnych, oddziałujących bodźcami skrajnymi, natrętnymi, jaskrawymi na nasze emocje, naszą podświadomość. Telewizja jest szybą, przez którą nie możemy (w przeciwieństwie do literatury) wyglądnąć na świat, gdyż jest ona całkowicie zamalowana nakładającymi się na siebie obrazami. 
Zaczynamy w ten sam sposób postrzegać rzeczywistość: jako nieciągłą i nielogiczną, w której trudno odnaleźć jakąkolwiek konstrukcję i hierarchię. Nie sposób znaleźć dla takiej rzeczywistości odniesienia do czegoś, co wykracza poza nią samą. Dehierarchizacja, fragmentaryzacja, mozaikowość tworzą duchową pułapkę, potrzask, w który wpadamy, sami nie wiedząc o tym.
„Człowiekowi telewizyjnemu” jest więc nader trudno porozumieć się z „człowiekiem książkowym” i stąd również rozszczepienie w ludziach, którzy piszą i muszą – mniej czy bardziej świadomie – podjąć decyzję, z kim chcą rozmawiać. Autorzy piszący przede wszystkim dla „człowieka książkowego” są świadomi współobecności czytelnika „telewizyjnego”, prowadzą z nim spór, próbują tworzyć przeciwwagę dla jego panoszenia się w kulturze, lekkomyślności i krótkowzroczności. Pisarze adresujący utwory do „człowieka telewizyjnego” i się mu podlizujący, mają często skłonność do wydrwiwania czytelnika tradycyjnego, postrzegania go jako człowieka z lamusa, trochę dinozaura czy neandertalczyka kultury. Przyszłość zależy od tego, czy się wywiesi białe flagi, uznając że„przyszłościowcy” z obozu lekkoduchów zwyciężyli, czy też się uzna ich argumentację za zmistyfikowaną, dalece niepełną. Pozbawioną odpowiedzialności – powiem patetycznie – za kształt człowieka.
Czy można prześledzić odbicie rozbieżności „czytelniczego adresu” w literackich formach, strukturze dzieł?
– Formacja rozmawiająca z „człowiekiem książkowym” nie musi gromadzić – jak może się z pozoru wydawać – tradycjonalistów, powracających do literatury w pełni konwencjonalnej, „poprawnej”. Skupiają się w niej raczej pisarze bliżsi wielkiemu prądowi literackiego modernizmu, którego klasykami stali się Proust, Joyce, Musil, Doderer, Beckett, Lowry czy Kafka. Jest to literatura wyćwiczona w tworzeniu skomplikowanych form narracji powieściowej. Ale nie dla pustej gry! Jej cechą charakterystyczną jest traktowanie na serio pytań o znaczenie słowa i o sens świata. To jedno skrzydło, ciągle „wyznawcze”. 
Drugie skrzydło literatury, „cyniczne”, skupia się natomiast na tym, by zetrzeć ze słowa ostatni ślad świętości oraz zaprzeczyć możliwości odnalezienia sensu świata i jakiejkolwiek zobowiązującej wiedzy o człowieku. Postmoderniści – tak ich nazwijmy – chcą dowieść, że nie tylko literatura, ale już język w swych strukturach elementarnych jest elementem mistyfikującym, mylącym, sensy zaś, które tworzymy posługując się nim, są w ostatecznym rachunku dowolne, iluzoryczne, rozproszone i nie podlegają żadnej hierarchizacji. Pokazywanie języka jest w tej szkole literackiej zarazem metodą i celem.
Kryje się za tym spór bardziej zasadniczy – pytanie o to, czy człowiek, cywilizacja, świat mogą obywać się 
bez Boga. 
Czy jest nam potrzebna instancja, istniejąca ponad subiektywną rzeczywistością, czy też jesteśmy w pełni suwerenni, autonomiczni i nie ma potrzeby, byśmy sobie narzucali jakiekolwiek ograniczenia.
Świat z transcendentną sankcją i świat gry, dodajmy: gry nieco tragicznej?
– Z jednej strony mamy negację potrzeby istnienia Boga, z drugiej rozmaite intuicje – że świat jest tajemniczy, ciągle – mimo tak licznych odczarowań – „zaczarowany”, że istnieje jakaś gwarancja ostateczna, choć może jest ona tylko postulatem – ale koniecznym – człowieczeństwa, które wie, że nie zrozumie się bez niej. Dzień po dniu telewizja ścina głowę transcendencji i spłaszcza obraz człowieka, dzień po dniu usiłujemy daremnie przeglądnąć się w zmąconym zwierciadle skażonej rzeki, ale u jej wiecznie czystych źródeł wciąż odradza się przekonanie, że człowiek nie da sobie rady w świecie sam i dlatego w swoim postępowaniu musi uwzględnić to, co go przerasta i czego nie umie nazwać.
Z przyklękaniem u tych czystych źródeł wiąże się sprawa umiejętności dialogu i wola prowadzenia go – części pisarzy zależy, reszcie zaś nie, na porozumieniu się nie tylko z tymi, którzy mają nadejść, ale także z umarłymi, a więc z kulturowym dziedzictwem. Takie porozumienie wymaga zaś ciągłości języka. W gruncie rzeczy w kulturze nie istnieje przeszłość – albo jest ona dostępna i zrozumiała, i wtedy staje się współ-
czesnością, albo – kiedy przestaje być dostępna naszemu wewnętrznemu doświadczeniu – w ogóle jej nie ma. Zobowiązania „wyznawczego” nurtu literatury polegają więc i na tym, że – w przeciwieństwie do nurtu „cynicznego” – stara się on posługiwać językiem, mogącym służyć do podtrzymywania – jakby powiedział Jarosław Marek Rymkiewicz – rozmowy z umarłymi. W ostatnich latach ukazały się zresztą takie książki, jak „Przestrzeń dzieł wiecznych” Zygmunta Kubiaka, „Patrzę się inaczej” Pawła Hertza, „Martwa natura z wędzidłem” Zbigniewa Herberta czy wreszcie rozmowy Rymkiewicza z Adamem Poprawą, „Mickiewicz czyli wszystko” – stanowią one doskonały punkt odniesienia dla interpretacji części współczesnej prozy. Choć powyżsi autorzy są „klasyczni” i chcieliby zapewne wrócić do porządku nawet przedmoderni-stycznego, to z niektórymi pisarzami młodszymi łączy ich wspólne poczucie konieczności przekroczenia progu współczesności, wyjścia ku innej wizji świata, metafizyce, religii, sacrum, hierarchii wartości. Na horyzoncie tej wizji prześwituje metaforyczny błękit Morza Śródziemnego, tak bliski Kubiakowi, który mówi – a ja w pełni się z nim zgadzam – że Polska leży nie tylko nad Bałtykiem, ale także nad Morzem Śródziemnym, albowiem przez stulecia urabiały jej duchową tożsamość dwa czynniki: chrześcijaństwo i kultura antyczna. Dlatego – dopowiedziałby Rymkiewicz – w Morzu Śródziemnym odbija się niebo Soplicowa. Kiedy, co ostatnio stało się tak popularne, mówi się o „wybieraniu przyszłości”, to należy mieć świadomość, że „człowiekiem przyszłościowym”, czyli żywym, można być tylko pod tym warunkiem, że się posiada przeszłość żywą, czyli godną czci.
Jeżeli stosunek do ciągłości realizuje się na płaszczyźnie literackiej, to co dla młodych pisarzy wydaje się być tradycją żywą, co jest – mówiąc tytułem Pańskiej książki – „dalej aktualne”?
– Właśnie z ciągłością ci trzydziestoletni pisarze zdają się mieć spore kłopoty. Zauważmy, w jak szalenie poszatkowanym czasie żył ktoś, kto urodził się około 1965 roku. Przyszedł na świat w okresie, kiedy stabilizacja gomułkowska zaczęła się chwiać – kołyska tego pokolenia stoi w Polsce mocno nadgniłej, a rodzice, którzy ją kołyszą, są coraz bardziej zaniepokojeni. W 1968 roku jest okropnie, w 1970 dochodzi do masakry. Nowa ekipa otwiera młodym Polakom dostęp do krakersów i coca-coli, szybko jednak załamuje się optymistyczny model Polski gierkowskiej, rośnie dług zagraniczny, powstają napięcia związane z uformowaniem opozycji demokratycznej. Młody pisarz in spe ma 15 lat, kiedy wybucha pierwsza „Solidarność” i jest zbyt młody, by wziąć w niej udział. W połowie lat 80., kiedy młodzieniec albo dziewczę dojrzewa, walka opozycji z dyktaturą generałów nieco się teatralizuje, trwa impas, brak perspektyw, niemoc, która na tym pokoleniu silnie zaczyna ciążyć. W młodych ludziach pogłębia się stan niedosytu, zgaga, która po części przekształci się w resentyment, chęć zdegradowania tego, co stało się piękną, heroiczną legendą innych. Dostrzega się teraz poza barwami tej walki elementy niesympatyczne, buduje inny, w dużym stopniu przeniknięty groteską, obraz tego czasu. Dominuje odczucie, że ta przeszłość „nie jest nasza”, nie możemy się z nią do końca zidentyfikować, lepiej natomiast rozumiemy i wyrażamy, a przede wszystkim – bo nie jest to pokolenie dyskursywne – czujemy nowy czas. To pokolenie ma więc zasadnicze trudności z przejęciem dziedzictwa i wyborem swojej tradycji. Wszystko – odtwarzam sposób myślenia trzydziestolatka – było zbyt pokręcone, nie-moje, więc daję temu spokój. Jest to swoista amnezja...
Której skutków – choć nie to może pokolenie tutaj zadecydowało – doświadczyliśmy przy okazji wyborów...
– I w ten sposób potwierdza się teza o łączności różnych elementów kultury. Utratę pamięci historycznej, która zaważyła na przebiegu wyborów prezydenckich, mogliśmy wcześniej obserwować poza sferą polityczną – w zachowaniach młodego pokolenia literackiego. Nie jest to w żadnej mierze próba potępienia tego pokolenia; specjalnie przedstawiłem powyższy, z lekka metaforyczny wywód, by ukazać trudność sytuacji, w jakiej znaleźli się ludzie, mający dziś około 30–35 lat. Owa sytuacja duchowa nie daje im możliwości identyfikacji z jakimś trwałym systemem wartości. Niedawno rozmawiałem z młodym dziennikarzem telewizyjnym, który powiedział mi: „my jesteśmy jakieś takie niewydarzone pokolenie”.
Być może my wszyscy – ludzie kultury – zbyt wcześnie powiedzieliśmy sobie: „Oto mamy wolność, korzystajmy z niej, róbmy to, co każdemu z nas podpowie wyobraźnia, wrażliwość, ambicja...” Tymczasem okazuje się, że ciągle patrzy na nas historia, która ma swoje sumienie. I z nim musimy się liczyć. Na początku wieku Stanisław Brzozowski powiedział – być może parafrazując Norwida – że „kto od sumienia historii się oderwał, dziczeje na wyspie oddalonej”. Poczucie wewnętrznej swobody może nas zaprowadzić na ową „wyspę oddaloną”. Nie będzie to wyspa „złotego wieku” – raczej czasów saskich. Myślę więc, że coś z przeszłości młode pokolenia będą jednak musiały sobie wybrać. Także pewne zobowiązania.

Tomasz Burek – ur. w 1938 roku w Warszawie. Historyk literatury, krytyk, wyróżniony w 1973 roku nagrodą Fundacji im. Kościelskich, pracownik Instytutu Badań Literackich PAN. Współzałożyciel Towarzystwa Kursów Naukowych, wykładowca „Uniwersytetu Latającego”, redaktor „Zapisu”, w 1981 roku członek „Solidarności”, w roku 1989 współzałożyciel Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Opublikował m.in. książki krytyczne: „Zamiast powieści” (1971), „Dalej aktualne” (1973), „Żadnych marzeń” (1987). Obecnie członek redakcji „Tekstów Drugich”, przygotowuje do druku historię literatury polskiej lat 1975–95. Mieszka w Podkowie Leśnej pod Warszawą.










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl