|
90-lecie Jerzego Giedroycia
„Drogi Panie...”
Wojciech Skalmowski
„...no, a w każdym razie bez taryfy ulgowej. Staram się trzymać zasady o. Bocheńskiego, który spacerując po ogrodzie codziennie powtarzał sobie: Innocenty, bądź brutalny!”
(z listu Redaktora
„Kultury” do autora, dn. 24. 7. 95)
Kiedy mój sąsiad z Brukseli i „Kultury”, Leopold Unger, sprawił sobie komputer, na zakończenie tradycyjnej wieczornej przechadzki po naszym quartier zaprosił mnie do siebie, żeby mi go zademonstrować. Zasiadł do klawiatury i zaczął coś szybko wystukiwać; na ekranie pojawiły się następujące słowa:
„Drogi Panie – dziękuję za Pański list i dołączony tekst. Muszę powiedzieć, że już dawno nie zdarzyło mi się czytać czegoś tak niemądrego i źle napisanego jak Pański artykuł. Ma się rozumieć, nie wydrukuję go. Mam też nadzieję, że w przyszłości nie będzie Pan niepotrzebnie zabierał nam czasu podobnymi nonsensami. Łączę serdeczne pozdrowienia...”. Podpisu nie było, ale obaj wiedzieliśmy naturalnie, jaki powinien się pod nim znaleźć: rządek szpiczastych, trudno czytelnych literek, w których wtajemniczeni z miejsca rozpoznają nazwisko –
„J. Giedroyc”.
Styl to człowiek i powyższy hipotetyczny list zawiera kilka nader typowych cech, charakteryzujących gigantyczne dzieło epistolograficzne Redaktora – poczynając od formuły wstępnej. Zastanawiając się, co ja mógłbym jeszcze dorzucić do uświetnionego tyloma znakomitymi piórami hommage’u z okazji 90. urodzin twórcy
„Kultury” z przyległościami, postanowiłem wykorzystać własną kolekcję listów Solenizanta (ok. 300 eksponatów, ponad ćwierć wieku korespondencji) i skreślić kilka uwag dotyczących stylistyki Redaktora. Pełne opracowanie tego fascynującego tematu wymagałoby oczywiście grubego tomu.
Ależ Pan zjadł Y-greka!
Podstawową cechą listów Redaktora jest zwięzłość, uwypuklona owym sakramentalnym
„Drogi Panie” (w moim zbiorze tylko cztery okazy – z różnych lat – zawierają z nieznanych powodów małą niefunkcjonalną redundancję, mianowicie
„Drogi Panie Wojciechu”; jako rarissima przechowywane są osobno). Temat listu wprowadzany jest z zasady in medias res, na przykład:
„Dziękuję za omówienie książki A i bardzo liczę na omówienia książek B i C – ma się rozumieć bez taryfy ulgowej. Uwielbiam krytykę książek, które wydaję” (27. 9. 77). Albo:
„Wysłałem Panu polski numer [tu tytuł zagranicznego czasopisma], który wreszcie dostałem. Wydaje mi się, że zasługuje na jak najostrzejszą krytykę. Wybór jest nieinteligentny i bardzo kumoterski, pod kątem widzenia upodobań [jego redaktorów]” (25. 1. 80). Albo:
„Wysyłam rękopis X-a paczką poleconą i błagam o szybką ocenę, a w każdym razie niezgubienie rękopisu, bo mnie autor i jego przyjaciele zabiją. Mnie się rękopis, szczerze mówiąc, nie podoba” (7. 2. 83).
Wykonane zlecenia Redaktor też zazwyczaj kwituje zwięźle, choć niekiedy nawet ze skąpą pochwałą; na przykład:
„Ależ Pan zjadł Y-greka! Z dużą przyjemnością to drukuję, mimo że do Y-greka mam dużą słabość” (18. 10. 76); lub też:
„Załączam korektę Pańskiego napastliwego artykułu, który z przyjemnością przeczytałem” (20. 4. 82); albo:
„Z największą przyjemnością przeczytałem Pana [niepochlebne] uwagi na marginesie książki Z-eta [...] Marzyłbym o spotkaniu się z innym Brońskim [= mój pseudonim w
„Kulturze” – W.S.], który by w podobny sposób potraktował np. Stalińskiego [= jeden z pseudonimów Stefana Kisielewskiego]. No, ale nie jest to łatwe” (17. 6. 76). Ta ostatnia uwaga pozostawała w związku z podejrzeniem, że jako recenzent ulegam pro-krakowskiej stronniczości, por. np.:
„...kiedy mogę spodziewać się tłumaczenia tego kawałka rosyjskiego, a przede wszystkim omówienia książki Stalińskiego
[„Ludzie w akwarium”]? Mam cichą nadzieję, że oprze się Pan kumoterstwu i książkę jednak skrytykuje” (29. 4. 76); albo:
„Niecierpliwie czekam na obiecane materiały. Zaczynam podejrzewać, że Pan tylko reaguje na kumoterskie zamówienia przyjaciół z »Tygodnika Powszechnego«. Ŕ propos »Tygodnika«, to właśnie przed dwoma dniami przyjechał Kisiel; na nasze utrapienie” (30. 1. 78). Podejrzenia o kumoterstwo Redaktor zresztą żywi po dziś dzień, por. fragment listu sprzed miesiąca:
„Dziękuję za fax i »krakowskie« recenzje. Zamieszczę je [...]. Ale swoją drogą, mafia krakowska jest potęgą” (13. 05. 96).
Omówienie wspomnianej książki Kisielewskiego – „Stalińskiego” nie bardzo zadowoliło Redaktora:
„Dziękuję za recenzję [...]. Bardzo go Pan życzliwie i po kumotersku potraktował, ale zrobił to Pan bardzo zręcznie, więc chętnie zamieszczę, licząc że w przyszłości znajdę dobre pióro, które go zmiesza z błotem, wykazując całą dwuznaczność jego twórczości. [Niech Pan nie traktuje tego jako dowodu złych stosunków ze St. – mówię mu to w oczy i te kłótnie nie przeszkadzają naszej przyjaźni. Obiecałem mu nawet, że w recenzji z książki zostanie objechany] [...]”. Koniec listu anonsował karę dyscyplinarną:
„Przykro mi, że nie mogę Pana zwolnić z lekkomyślnej obietnicy przetłumaczenia artykułu Hellera. Proszę to potraktować jako drobne zadośćuczynienie za recenzję!” (1. 5. 76). Moje tłumaczenia z różnych języków (raz nawet z ukraińskiego!) – z braku czasu rzeczywiście często robione na kolanie – nie były zazwyczaj dobrze notowane, jak świadczy niedatowana karteczka (dołączona do jakiegoś innego tekstu) następującej treści:
„Drogi Panie – skopał Pan strasznie [tłumaczenie] Amalrika. Z pewną złośliwością c h c ę skonstatować, że »koszełok« to sakiewka, a nie bicie w pupę. [...] Za kilka dni obszerniejszy list – JG.”
Do wiadomości: To maniak
Redaktor jednak nie zniechęca się łatwo, więc dalsze dezyderaty napływały równym strumieniem. Oto typowa próbka:
„Mam nadzieję, że wrócił Pan z duńskich wakacji wypoczęty, opalony i radośnie się Pan krząta przy murowaniu siedziby Skalmowskich. Chciałbym z tego jako »Kultura« też skorzystać i wobec tego następujące propozycje: (1) życzliwe omówienie 12-go nr-u »Kontinentu«; [...] (2) esej o szkole młodych filozofów francuskich [...] (3) chciałbym przeprowadzić [ankietę] wśród młodzieży emigracyjnej – czy mógłby mi Pan pomóc w ułożeniu pytań? [...] wreszcie (4): wyszedł już 3-ci nr »Zapisu« [...] Czy miałby Pan ochotę się z tym zapoznać i omówić? Liczę, że moje skromne i umiarkowane prośby Pana nie przeraziły i łączę najlepsze pozdrowienia” (15. 7. 77). Moja praca zawodowa, remont domu – no, i wakacje (Redaktor kwaśno zauważa w innym liście:
„Odnoszę wrażenie, że traktuje Pan wakacje nader rozciągliwie...”) – spowodowały, że nie wszystkie te sugestie zostały zrealizowane. Pewna powściągliwość niekiedy była nawet taktycznie wskazana, z uwagi na częste zmiany w
„gryplanie”; por. następujące dwa fragmenty: „Nowy zamach na Pana. Czy nie zechciałby Pan przetłumaczyć załączonego artykułu [z »Journal du Dimanche«] René Berjevala, który mi się bardzo podoba” (3. 10. 77). Następny list stwierdzał jednak:
„Tłumaczenie kawałka [Berjevala] o papieżu nie jest szczególnie pilne: zawsze będzie można zgorszyć katolików. [...] Nie wiem [natomiast] czy Pan zna Matzneff’a? [oczywiście nie! – W.S.]. To bardzo irytujący pisarz i człowiek, ale b. ciekawy. Jego ostatnia książka [»Les passions schismatiques«] wydaje mi się ciekawa. Załączam recenzję, by Pana z grubsza zorientować” (21. 10. 77).
Z Berjevala, Matzneffa i dziesiątków innych projektów nic nie wyszło, ale mój podziw dla niesamowitego oczytania Czcigodnego Korespondenta (jak on to wszystko zdąży czytać?!) stale rósł. Większość listów z Maisons-Laffitte zawiera ślady rozległych lektur, m.in. w postaci wycinków prasowych o dużym
„diapazonie” lingwistycznym; por. np.: „W miesięczniku »Biełarus« znalazłem ciekawy artykuł [kopia – po białorusku, rzecz prosta – dołączona] o Aleksandrze Chodźko. [...]. Może przy okazji coś Pan o nim napisze?” (30. 8. 94); albo:
„W ostatnim nrze »Literaturnoj gaziety« ukazało się duże opowiadanie Sołżenicyna pt. »Wsio rawno«. Jest to obrazek z ostatniej wojny, niezmiernie krytyczny. Ale uderzyło mnie w nim, że mógłby je napisać Konstantin Simonow. Może przesadzam, ale podobieństwa są ogromne, prawie plagiat. Załączam kopię” (21. 8. 95). Tenże list zawiera też świadectwo stałego zainteresowania Redaktora sytuacją polskiej literatury współczesnej:
„Jestem pod dużym wrażeniem książeczki Macieja Krasickiego »Mamo, biją«. Młody człowiek, a książka ukazała się w lubelskim wydawnictwie »Nowe«. Bardzo mnie ona zafrapowała – jakiś świeży oddech na tej pustyni wydawniczej w Polsce”.
Niektóre „załączniki” nie mają charakteru utylitarnego i opatrzone są jedynie komentarzem typu:
„X-a nie mam zamiaru drukować – przesłałem tekst tylko do wiadomości. To jest chorobliwy maniak z przebłyskami genialności. Swego czasu, w okresie przedwojennym, był b. interesującym krytykiem sztuki i przyjacielem Y.Z., jeśli Panu to nazwisko coś mówi, bo to jest prehistoria znana już tylko nielicznym starcom, jak ja” (6. 10. 82); albo (re anonimowej kartki z Ameryki, podpisanej
„Grupa czytelników”): „Do wiadomości. To maniak, który od lat nas zasypuje donosami, wymyślaniami, etc. Jest to niejaki [tu nazwisko]” (16. 5. 84). Podobnie bezinteresowny charakter mają pewne komentarze Redaktora do bieżących wydarzeń, np.:
„Czy zna Pan NN? Dowiaduję się, że zostaje następcą czy zastępcą X-a w [tu nazwa instytucji]. Przysłał mi raz czy dwa razy bardzo nudne artykuły, które odrzuciłem, a jego twórczość w [nazwa czasopisma] nie wzbudzała we mnie żadnego entuzjazmu. Boję się, że to jest zmiana na gorsze” (5. 11. 79); albo:
„Na [tu nazwa czasopisma] patrzę z największym sceptycyzmem. Ambicje personalne i polska mania wydawania pism. Żeby przynajmniej wyciągali młode i nowe talenty w kraju i tu. A tymczasem to próby przechwytywania ludzi piszących do »Kultury«” (22. 11. 82). Gdyby ten ostatni przykład nasunął komuś podejrzenie o chęć
„utrzymywania monopolu”, poddaję mu pod rozwagę następujący (nader niemonopolistyczny) fragment innego listu:
„Zdaje się, że jest niedobrze z naszymi przyjaciółmi ze »Znaku«. [...] należy się spodziewać, że »Tygodnik« będzie miał ciężkie chwile. Chcę im zaproponować, jeżeli będę miał okazję, że jeśli ich cenzura całkowicie zgniecie, to gotów jestem dać im autonomiczny dział w »Kulturze«, w którym mogliby pisać – nawet anonimowo. W każdym razie, jeżeli w Brukseli zjawią się jacyś »znakowcy«, to bardzo proszę ich przepytać, jak sytuacja wygląda i ewentualnie przekazać im moją propozycję” (1. 4. 76). Poważne sprawy Redaktor traktuje poważnie – i konkretnie.
U nas jest małe piekło
Dotyczy to też spraw indywidualnych. Ponieważ Maisons-Laffitte przez dziesiątki lat było nie tylko centrum wolnej kultury polskiej, ale i rodzajem nieoficjalnej ambasady czy konsulatu, sporo listów
„nieliterackich” w moim posiadaniu ma charakter utylitarny w sensie altruistycznym, czyli jest to tzw.
„opukiwanie” przez Redaktora możliwości pracy, forsy czy w ogóle jakiegoś zahaczenia dla wielu osób dryfujących po niepewnych wodach emigracji. Na tę korespondencję też szło dużo jego czasu i energii, a opieszałość respondentów spotykała się z ostrą dezaprobatą:
„Właśnie dostałem list od tego leniwego i nieuczynnego U., który mi pisze...” (9. 10. 74); albo:
„Nie wiem, co się dzieje z W. Sam od niego nie mam od bardzo długiego czasu znaku życia i nie odpowiada na listy. Niestety większość naszych rodaków jest niebywale niechlujna i nieuczynna” (29. 3. 73).
Nie wszystkie „inicjatywy polskie” budzą entuzjazm Redaktora – i należą też do nich tłumne pielgrzymki do Laffitte’u. List z 20-go stycznia 1976 kończy się wprawdzie żartobliwym:
„Co słychać w Brukseli? Ja się męczę z Kisielem i ojczyzną...”, ale w pół roku później ton poważnieje:
„Przyjazdów jest w ogóle za dużo jak na moje możliwości, tym więcej, że nic nowego nie wnoszą, a ten nieustanny, bezsilny lament jest męczący” (17. 6. 76), aż po dramatyczne:
„U nas sytuacja jak w 1956. Tłumy rodaków, miłych, nudnych, a przede wszystkim zalew grafomanów. Jeszcze trochę, a będę wzdychał do czasów stalinowskich” (27. 9. 77). Częstym bohaterem tych utyskiwań był niesforny Stefan Kisielewski, choć z biegiem lat sytuacja się polepszyła – albo też Redaktor przywykł. Por.:
„Kisiel ciągle u nas grasuje, ale się trochę ucywilizował, trochę postarzał, więc mało »wadzi«. Ma nowy numer: odkrył, że jest lunatykiem i w nocy wędruje po ogrodzie, aż go deszcz czy błoto nie obudzą. Na szczęście nie wychodzi przez okno na dach, więc jak dotąd wystarcza, jak się zamyka” (11. 2. 78). Inna rzecz, że w ogóle większość listowych wzmianek o sytuacji w księstwie Maisons-Laffitte utrzymana jest w klasycznej konwencji rozmów telefonicznych z Redaktorem (które z reguły zaczynają się tak:
„Co słychać, Panie Redaktorze? – No, proszę pana, jak najgorzej...!”) i często okraszone są słowami
„piekło” i „koszmar”. Oto stosunkowo świeży przykład:
„U nas jest małe piekło. Mam potworne zawracanie głowy ze swoją autobiografią, którą ma wydać »Czytelnik«, i coraz bardziej żałuję, że się na to zgodziłem” (11. 10. 94). Nawet w komentarzach do zdarzeń
„zewnętrznych” wyczuwa się chwilami zwyczajową chandrę Redaktora; np.:
„W kraju wielkie uroczystości z okazji 50-lecia »Tygodnika Powszechnego« [...] Przyjąłem tę rocznicę z wielkim uczuciem zazdrości [wobec Redaktora Turowicza]. Udało mu się stworzyć zespół bardzo zgrany, udało mu się też stosunkowo bezboleśnie odmłodzić redakcję, nie mówiąc już o dobrej formie fizycznej” (4. 4. 95). Nie dajmy się jednak zasugerować tym nastrojom! Choć redakcja
„Kultury” istotnie nie została w podobny sposób „odmłodzona”, to ufam, iż los pozwoli mi jeszcze poważnie powiększyć moją kolekcję listów z incipitem
„Drogi Panie”.
Na zakończenie kilka linijek pro domo sua, bo uświadomiłem sobie, że czytelnik mógłby odnieść (fałszywe) wrażenie, iż Redaktor w nietypowy dla siebie sposób faworyzował mnie jako współpracownika i obsypywał komplementami. Na dowód, że różnie bywało, ostatni cytat:
„Drogi Panie – to straszna kobyła ten Pana esej o Mickiewiczu. Nie ukrywam, że osobiście słuchać nie mogę o 44, etc. No, ale [...] od czasu do czasu takie polonistyczne teksty powinny się ukazywać w »Kulturze«. Zamieszczę więc [...] ale dopiero w nrze podwójnym, styczeń-luty [...], a w międzyczasie liczę, że otrzymam od Pana coś krótszego i bardziej strawnego” (11. 9. 89). Gdy z początkiem owego stycznia zatelefonowałem do Maisons, nieśmiało pytając, czy Redaktor rzeczywiście zdecydował się mickiewiczowską kobyłę zamieścić, w słuchawce usłyszałem słowa:
„Tak, n i e s t e t y, idzie w tym numerze”. Ocena była – jak zwykle – zwięzła.
„Długowieczność nie jest żadną zasługą, raczej kłopotem. Jeśli idzie o »Kulturę«, to w miarę swych możliwości próbowałem sprecyzować wizję Polski zarówno w dziedzinie kulturalnej jak i politycznej. W jakim stopniu ta praca się sprawdziła, to w tej chwili trudno ocenić. Lepiej to zostawić dalszej przyszłości. W każdym razie jestem bardzo wdzięczny za pamięć i tak dużą życzliwość” – napisał Jerzy Giedroyc do Artura Międzyrzeckiego, prezesa Polskiego PEN-Clubu, w związku z otrzymaniem honorowego członkostwa tej organizacji – pierwszego w jej historii. 27 czerwca w siedzibie PEN odbył się uroczysty wieczór dla uczczenia półwiecza
„Kultury” i Instytutu Literackiego oraz 90. urodzin ich założyciela. Przygotowane na tę okazję teksty Krystyny Kerstenowej, Jarosława Abramowa-Newerlego, Tadeusza Chrzanowskiego, Leszka Kołakowskiego i Krzysztofa Pomiana znajdzie Czytelnik w niniejszym
„Kontrapunkcie” – za pomoc w jego przygotowaniu serdecznie PEN-Clubowi dziękujemy. Podczas wieczoru przemawiał także Jerzy Jedlicki, a Czesław Miłosz, zwracając się do nieobecnego Jubilata jako
„nieco krnąbrny zwolennik politycznej linii »Kultury«”, powiedział m.in.:
„Dziewięćdziesiąte urodziny powinny być dla Ciebie dniem zasłużonego triumfu. Cokolwiek przyniesie dwudzieste pierwsze stulecie, w tym wieku dwudziestym zrobiłeś tak wiele, jak to było możliwe – i nieco więcej”.
|