90-lecie Jerzego Giedroycia




Enklawa wolnej myśli


Krystyna Kersten


15 kwietnia 1952 r. Jerzy Giedroyc w liście do Melchiora Wańkowicza pisał: „Pana wizja »Kultury« po mojej śmierci zdaje się jest bardzo trafna. Czasami, w wolnych chwilach, zastanawiam się, że właściwie trzeba jakoś uporządkować sprawy na ten dość prawdopodobny wypadek. Nigdy jednak nie mam na to czasu. W każdym razie jestem zdecydowany i to już uroczyście poleciłem Zosi, że nie ma żadnej kontynuacji »Kultury«. Koniec. Mogą sobie wydawać wspomnienia czy oceny (które będą na pewno tak wyglądały jak Pan przewiduje) i myśl o tym napełnia mnie prawdziwą radością. Co za głupstwa tam popiszą?”

Kultura” miała wówczas 5 lat – ukazał się jej 52-53 numer. Rozchodziła się w ponad trzech tysiącach egzemplarzy, nie licząc owych czterystu, wysyłanych „od wieków”, jak stwierdzał Redaktor w cytowanym liście, do Kraju. Instytut Literacki wydał już 35 książek. „Kiedy patrzę na te pół setki tomów »Kultury«, rozumiem jasno, że zajął Pan w przyszłej historii emigracji miejsce najpocześniejsze – pisał w październiku 1951 r. Wańkowicz. – To, co Pan zrobił, zostanie (...) Ale to, że historia emigracji będzie notować, że organ stworzony przez Giedroycia głosił to, a reprezentował owo, co okazało się słuszne, to nie jest najwyższe premium życiowe. Takim najwyższym premium życiowym jest konotatka w historii, że »prąd stworzony przez „Kulturę” sprawił, że...«. Obawiam się, że »Kulturze” może się umknąć ta zasługa”.
Jerzy Giedroyc odżegnywał się od roli twórcy prądu historycznego, stwierdzał „nie czuję się na siłach” i deklarował: „moja ambicja idzie jedynie w kierunku stworzenia warsztatu eksperymentalnego, w którym się studiuje, analizuje, wyciąga wnioski i te wnioski próbuje realizować”. A może właśnie sam ów zamysł, nawiązujący zresztą do przedwojennej „Polityki”, dawał początek nowemu myśleniu o sprawach polskich tak w kraju, jak i na uchodźstwie.

garstka sprytnych facetów
Wypada przeto zapytać: jaki był (jest?) ów prąd wzbudzony przez Jerzego Giedroycia i jego „Kulturę”? Co sprawił? Jak wpłynął na intelektualną i moralną kondycję Polaków, jakie odcisnął piętno na obszarze polskiej kultury, jaką wreszcie odegrał rolę w zmaganiach z totalitaryzmem, zachowaniu narodowej tożsamości i dążeniu do niezawisłości?
Jednym z mierników może być reakcja władz komunistycznych, które „Kulturę” (jeśli pominąć krótki okres popaździernikowy) bezpardonowo zwalczały. Brutalna propaganda i policyjna represja wzajemnie się wspierały. „Emigracyjno-białogwardyjska zgnilizna, faszystowsko-katolicka »Kultura«” – stwierdzi w 1950 r. Józef Cyrankiewicz. „Polscy zdrajcy emigracyjni w osobach pp. Czapskiego i Giedroycia” – napisze w tymże roku Marian Podkowiński. „Ci spod znaku czarnej »Kultury«, zwolennicy rehabilitacji esesmanów, teoretycy niosący światu wojnę” – to znów Jerzy Broszkiewicz, rok zaś 1954. Dziesięć lat później Wiesław Górnicki wyrazi pogląd, że „Ludzie »Kultury« są po prostu garstką sprytnych facetów, dla których wszystko co polskie stało się już w gruncie rzeczy obce”. Zanim Gomułka w 1968 r. powie, iż „»Kultura« paryska finansowana przez wywiad amerykański, reprezentuje kierunek polityki reakcyjnej, perfidny i dostosowany do realnego układu sił” – pod zarzutem kontaktów z Jerzym Giedroyciem zostanie w styczniu 1958 r. aresztowana Hanna Szarzyńska-Rewska – żołnierz AK, członkini Klubu Krzywego Koła (w procesie zapadnie wyrok 1,5 roku więzienia) a następnie, w 1962 r. należąca również do Armii Krajowej i Klubu, Anna Rudzińska (wyrok – 1 rok więzienia).
Represje, których celem było przeszkodzenie związkom kręgu stworzonego przez Jerzego Giedroycia z krajem i udaremnienie przenikania pisma do Polski (kolejny proces odbędzie się w 1970 r.), mogą świadczyć o tym, że Gomułka w pełni doceniał znaczenie „Kultury” i jej oddziaływanie na umysłowe i kulturalne elity. Wzrost kontaktów z obszarem za „żelazną kurtyną” sprawił, że pismo i książki Instytutu Literackiego poczęły szerzej docierać do rąk czytelników. Po odrzuceniu przez Redaktora z Maisons-Laffitte propozycji współpracy, przywiezionej przez Adama Schaffa w 1957 r., na ówczesnym partyjnym Olimpie wydano „Kulturze” wojnę, w której główną bronią miał być strach. Strach miał odgrodzić społeczeństwo polskie od treści zawartych w kolejnych numerach miesięcznika, od pośredniej obecności Maisons-Laffitte w życiu kraju. Na krótką metę było to nawet skuteczne. Andrzej Friszke w artykule „Jerzego Giedroycia praca u podstaw (1956 – 1976)” przytacza list Redaktora do Witolda Jedlickiego po procesie Rudzińskiej, w którym ten stwierdza: „przestałem w ogóle pisać do kraju do osób, z którymi utrzymywałem choćby luźną i ostrożną korespondencję”. Zdaniem Friszkego, w dalszych latach kontakt z krajem, w porównaniu z poprzednim okresem, był znacznie luźniejszy. Wizyty osób przybywających wówczas z Polski były nieregularne, ograniczały się do wymiany informacji i opinii. W dłuższej wszelako perspektywie, represje musiały zawieść. Kreując totalnie zafałszowany wizerunek „Kultury” i Jerzego Giedroycia, na pewno na użytek polityczno-propagandowy, ale jak się wydaje, także w wewnętrznych ocenach, władza zamykała się w kręgu fikcji, pozbawiając się tym samym możliwości autentycznego dialogu ze społeczeństwem. Właściwi funkcjonariusze w MSW i KC sporządzali „analizy” i „oceny” pisma, w których wykazywali, iż ma ono charakter „dywersyjny”, nie tylko na potrzeby propagandy, ale także dla wewnętrznej informacji polityków. Przykładem może być notatka dla Gomułki przed rozmowami z Teodorem Żiwkowem w 1970 r. – „Kultura” jest tam przedstawiona jako wrogi ośrodek sterowany przez Amerykanów, zajmujący się werbowaniem agentów w Polsce. Nieznane są natomiast (i wątpliwe, by były dokonywane) rzeczowe badania nad zasięgiem czytelnictwa „Kultury” oraz wydawnictw Instytutu Literackiego, nie mówiąc już o społecznym ich odbiorze.

Własna melodia
Ku zmartwieniu historyków szukających odpowiedzi na postawione wyżej pytania, knebel cenzury i ciśnienie strachu powodowało, że nie dysponują oni – dziś przynajmniej – zapisami w dziennikach, wzmiankami w listach prywatnych, które świadczyłyby o zasięgu obecności „Kultury” w kraju, o reakcjach na nią, o tym, co znaczyła dla tych, którzy po raz pierwszy brali pismo do ręki, dla tych, którzy mogli czytać je mniej lub bardziej systematycznie. Zapisy „na gorąco” po części tylko zastąpią wspomnienia, tym bardziej, że większość z nich powstała niejako „na zamówienie”, w związku z kolejnymi rocznicami. Jan Józef Lipski w 1987 roku pisał: „Z numerami »Kultury« i książkami jej Biblioteki zetknąłem się po raz pierwszy nieco przewrotną drogą ok. roku 1950: przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Pracował tam wówczas ktoś mi znajomy (...) Dostawałem po południu, oddawałem wczesnym rankiem. Bywało, że korzystali też z tej możliwości w domu moich rodziców poniektórzy przyjaciele, czasem nocami. Różnych ma się znajomych, ale jak tu nie być wdzięcznym osobie, która te lektury umożliwiała? Pracowała, to prawda, w bardzo podłej instytucji, ale któraż biblioteka miała wówczas »Kulturę«? Ryzykowała z pewnością więzieniem, oskarżeniem o szpiegostwo na rzecz połowy wywiadów świata, może o współpracę z gestapo, kto wie czy nawet nie torturami”. Tak tworzył się krąg ludzi niepokornych i odważnych. Janusz Anderman: „Pierwsze czytanie »Kultury« oszołomiło mnie. W jednym momencie pisma krajowe zbladły i zmalały. Ze zdumieniem czytałem kolejne strony, bo nie wiedziałem, że można tak pisać, posługując się tym samym językiem, tak łączyć teksty w całość. Pamiętam odczucie, że obcuję z czymś niezmiernie dla mnie ważnym”. Antoni Pawlak: „...lektura »Kultury« to mozolne scalanie kultury narodowej. Próba odnalezienia w niej własnych korzeni, własnego miejsca. (...) »Kultura« to także penetracja historii mojego kraju. To wreszcie, jakże ważna dla mnie, raczkującego intelektualisty, szkoła myślenia politycznego. Myślenia, z którym nie zawsze się zgadzałem i zgadzam. Ale myślenia zawsze otwartego, pozbawionego przeróżnych fobii i zaślepień, zawsze osadzonego w tym, czym żyjemy tu, w kraju”.
Tu przerwę – podobne świadectwa można cytować całymi stronami; o „Kulturze” wypowiadali się spośród czytelników żyjących w tym czasie w kraju m.in.: Stefan Kisielewski, Anka Kowalska i Andrzej Drawicz. Opinie te mają tę wspólną cechę, że pochodzą w większości od osób z kręgów opozycji, a i to nie wszystkich. A co poza tymi kręgami? Na to pytanie nie potrafimy dziś odpowiedzieć. Nie ulega natomiast najmniejszej wątpliwości, że „Kultura” zajmowała nader ważne miejsce w kształtowaniu się przestrzeni oporu wobec zniewolenia, że stanowiła integralną cząstkę tej przestrzeni. Wymiernym tego wyrazem były liczne publikacje wyborów z „Kultury” w podziemnych oficynach, przedruki „Zeszytów Historycznych” i książek wydanych przez Instytut Literacki. A także obecność osób z opozycyjnych środowisk na łamach „Kultury”. „Kultura” weszła do krwiobiegu środowisk opozycji, a zarazem budowała pomost między tymi środowiskami a dalekimi od nich kołami społeczeństwa, żyjącymi w owej szczgólnej symbiozie z rządzącą partią, w której konformizm splatał się z postawami wallenrodycznymi czy po prostu z dawką niezależności – czasem większą, czasem mniejszą, różnie wyrażaną, między innymi poprzez lekturę „Kultury” czy nawet wizyty w Maisons-Laffitte, będące nieraz pierwszym krokiem ku przekroczeniu bariery strachu.
Zatem, nawiązując do zacytowanych słów Wańkowicza, należałoby skonstatować, że „Kulturze” nie umknęła ta zasługa, iż prąd przez nią stworzony sprawił, że... Ale właśnie, co wstawić w miejsce wielokropka, jaki postawił pisarz przed 45 laty? Zachowanie tkanki kulturowej? Formowanie myśli politycznej? Przeobrażenie kształtu polskości? Utrzymanie standardów w życiu publicznym? Stymulowanie oporu wobec presji totalitarnego komunizmu i sowietyzacji? Przygotowywanie wydarzeń? Stworzenie punktu odniesienia w postaci, jak to określił Stefan Kisielewski, „autonomicznej Polski” Jerzego Giedroycia w Maisons-Laffitte? Może zresztą nie tyle autonomicznej, co „suwerennej”, niezależnej w pełnym tego słowa znaczeniu. Niezależnej pod każdym względem: politycznym, ideowym, finansowym. „Nie mam zamiaru rezygnować z niezależności wiążąc się czy to współpracą, czy braniem pieniędzy – pisał Giedroyc do Jerzego Stempowskiego w styczniu 1951 r., w odpowiedzi na jego przestrogi. – Ani jedno ani drugie nie wchodziło i nie wchodzi w rachubę. Mimo naprawdę ciężkich warunków w jakich pracujemy, nie mam ochoty w ten sposób ułatwiać sobie życia. Zresztą, tego rodzaju stanowisko daje mi zupełnie inną pozycję w stosunkach z samymi Amerykanami, którzy od dawna się przyzwyczaili traktować polityków europejskich, a równie i emigracyjnych, jak płatnych agentów. (...) Jeżeli w dzisiejszej sytuacji, właśnie na skutek dość licznych ostatnio informacji z kraju, nie widzę innego wyjścia dla czynnej polityki na emigracji jak próba kolaboracji i z Amerykanami, to przez kolaborację bynajmniej nie rozumiem ślepego podporządkowania się, ani rezygnacji z wyraźnego zajmowania stanowiska krytycznego. Nie twierdzę, że to da rezultaty, ale po prostu nie ma innego wyjścia i trzeba spróbować”. Chodziło tu o koncepcję stworzenia legionu polskiego w Stanach Zjednoczonych, niefortunną, ale gorąco bronioną przez Jerzego Giedroycia. Redaktor zabiegał o dotacje, gotów był z nich korzystać jednak tylko wówczas, gdy nie pociągało to za sobą żadnych zobowiązań. Kilka lat później Konstanty Jeleński, protestując przeciw zawartym w apelu Jamesa Burnhama do czytelników „National Review” stwierdzeniom, iż „Kultura” jest „jednym z ważniejszych ośrodków operacyjnych wojny politycznej”, ośrodkiem, który złożył „dowody swej sprawności”, w liście do redakcji wskazywał na „pozorny paradoks, polegający na tym, że podczas gdy »Kultura˛« posiada prawdziwy wpływ w Europie Wschodniej, podczas gdy obawiają się jej komunistyczne rządy, cierpi ona nadal na finansową anemię, wedle określenia Burnhama” i konstatował: „»Kultura« zdecydowana jest zawsze grać własną melodię”.

Więź z krajem 
I tak też było. Wielkość Jerzego Giedroycia polegała między innymi na tym, że w świecie rozbitym na ideologiczne bloki, w warunkach zimnej wojny, w rozdarciu Polaków na kraj i emigrację, na lewicę i prawicę, nie dał się zamknąć w którymś z okopów, stworzył enklawę znajdującą się poza – czy może ponad – liniami podziałów. Enklawę wolnej myśli, pluralizmu poglądów – określa się czasem „Kulturę” jako „parlament na uchodźstwie”. Niesłusznie, chyba żeby uznać, że na jej karty nie trafili – z woli własnej lub wskutek ustanowionej przez Redaktora „ordynacji wyborczej”, ci wszyscy, którzy nie znajdowali miejsca w owej enklawie o granicach bardzo szerokich, ale niemniej wyraźnie zakreślonych. A więc totaliści wszelkich barw, a więc hołdujący agresywnemu nacjonalizmowi, ksenofobii, antysemityzmowi. Niemiły był kręgowi „Kultury” integrystyczny Kościół (a i ona była mu obca).
Melodia, którą grała „Kultura”, była bogata, składały się na nią różne dźwięki, miała atoli swój kształt i wewnętrzną logikę. W ciągu owych 50 lat to, co można określić linią pisma, zmieniało się wielokrotnie, wraz z ewolucją stosunków między supermocarstwami oraz sytuacją w Polsce, ale można by rzec: plus ça change, plus ça la meme chose. „Zawsze starałem się, by »Kultura« (mimo zespołu) nie miała sztywnego programu i linii, jak na przykład »Orzeł« – pisał Giedroyc do Wańkowicza we wrześniu 1952 r., krytycznie oceniając jego książkę o ,międzyepoce”. – Nie mogę jednak wpadać w drugą ostateczność tj. w ideologię »Metro-Goldwyn-Mayer«, jak kiedyś napisał Hemar o »Wiadomościach«. Atmosferą, którą staram się wytworzyć w »Kulturze« jest postawa czynna do zagadnień, próby szukania konkretnych rozwiązań i dlatego, szczerze mówiąc, wolę przygotowywaną książkę Burnhama, niż ten deprymujący obraz zgniłego Zachodu”. Twórcy „Kultury” mieli swoiste poczucie misji, brali na siebie brzemię odpowiedzialności za polskie sprawy. Namawiając Konstantego Jeleńskiego do współpracy, Józef Czapski we wrześniu 1950 r. pisał: „Chciałbym, żeby Pan nie traktował tych listów [od niego i od Giedroycia – K.K.] jako polskie i inteligenckie bujanie w obłokach. Rzeczywiście, koło »Kultury« narasta robota ważna, której nie podołamy, jeżeli nie rozszerzymy zespołu. To jest najtrudniejsze, bo albo są Polacy żądni czynu przez duże C i zupełnie głupi, albo francuskie pieski, niezdolne do żadnej odpowiedzialnej roboty”. A Jerzy Giedroyc, jak zauważył trafnie Andrzej Friszke, prowadził „pracę od podstaw”.
Redaktor, zwierzę polityczne, jak sam powiada o sobie, twardo przy tym trzymający się ziemi, był w swych działaniach elastyczny, lecz zarazem wierny celowi głównemu, który mu przyświecał, gdy powoływał do życia „Kulturę”, z której pragnął uczynić – i uczynił – jedną z najważniejszych polskich instytucji powojennego półwiecza. Instytucji, która choć mieściła się pod Paryżem, choć oddzielona była nie tylko tysiącami kilometrów, lecz także – a raczej przede wszystkim – murem wzniesionym przez komunistyczne władze w Polsce – w istocie rzeczy nie leżała na obczyźnie, mając od samego początku anteny skierowane ku krajowi. Tym się różniła od innych polskich instytucji emigracyjnych, bardziej może niż odmiennością poglądów, choć i ta miała duże znaczenie.
Więź z krajem, działalność z myślą o Polakach w kraju – to dla Jerzego Giedroycia, dla kręgu jego najbliższych współpracowników był nakaz naczelny. Wynikała z niego stała troska o zachowanie komunikacji z krajem: w sensie dosłownym i przenośnym. Nieustanne zabiegi o wysyłanie do Polski egzemplarzy „Kultury” i wydawnictw Instytutu Literackiego, o kontakty osobiste i listowne szły w parze z uporczywym dążeniem, by nie oderwać się od rzeczywistości krajowej, nie utracić możliwości porozumienia z ludźmi w tej rzeczywistości żyjącymi; a więc rozumieć ich dylematy, mówić tym samym językiem, zachować intelektualne i duchowe związki. Giedroyc, jak tylu innych spośród polskiej inteligencji, a i ziemiaństwa oraz arystokracji, jest przeniknięty ideałami demokratycznymi, nie tylko w wymiarze politycznym, ale i społecznym. On sam, jak i krąg „Kultury” akceptowali dokonane w Polsce reformy – parcelację majątków ziemskich, nacjonalizację przemysłu – a także, wbrew całej niemalże emigracji – nową granicę wschodnią. „Mnie się obecna Polska bardzo nie podoba – to znów z listu do Wańkowicza, pisanego 30 listopada 1951 r. – ale myślę, że potrafię w niej żyć i nie czuć się w zmienionej sytuacji wyobcowanym”.
Może to właśnie nastawienie przyczyniło się do złudzeń na temat Gomułki, do udzielenia mu w 1956 r. kredytu zaufania – zgodnie z ówczesną opinią kraju, a wbrew całej emigracji. Czy rzeczywiście, jak się przyjmuje, Jerzy Giedroyc a także Juliusz Mieroszewski, którego polityczna publicystyka zakreślała linię „Kultury” w tych latach, liczyli na ewolucyjne przemiany wewnętrzne, dokonane przez polskich komunistów? Wszystko na to zdaje się wskazywać, włącznie z oświadczeniem samego zespołu: „Dając wyraz naszej wierze w możliwość ewolucyjnej zmiany i poprawę warunków w kraju – wyjaśniał Redaktor w 1958 r., zwracając się do czytelników krajowych – nie rozumieliśmy przez to, że któregoś dnia komuniści odejdą od komunizmu. Sądziliśmy natomiast, że komuniści wykorzystując wyjątkową sytuację, zechcą zamienić ów przywilej geopolityczny, stanowiący fundament ich egzystencji, na autentyczne zaufanie i solidne poparcie narodu. Droga do tego celu wiodła poprzez demokratyzację – poprzez poszerzenie marginesu wolności, poprzez budowę społecznego i gospodarczego modelu ustrojowego, który czyniłby zadość aspiracjom nie tylko parusettysięcznej partii komunistycznej, ale i pozostałej dwudziestoośmiomilionowej reszcie polskiego społeczeństwa”.

Robotnicy, LIBERALIZM
Po latach Giedroyc uzna to za jeden z największych błędów. Rzekłabym: i tak, i nie. Tak, jeśli brać pod uwagę diagnozę sytuacji, niezrozumienie tego, co było oczywiste dla Gomułki: autentyczna demokratyzacja musiała prowadzić nieuchronnie do naruszenia fundamentów, na których oparty był system, a w konsekwencji do jego rozpadu, co nie mieściło się ani w zamysłach bohatera Października, ani w ówczesnych realiach międzynarodowych. Nie, gdy na stanowisko, jakie zajęła „Kultura”, spojrzymy od strony jej więzi ze społeczeństwem w Polsce. „Kultura” dzieliła złudzenia i nadzieje wiązane z Gomułką z milionami mieszkańców PRL-u, a formułowany na jej łamach program „naprawy” współbrzmiał z poglądami wielu ludzi, którzy niebawem będą tworzyli opozycję, zwłaszcza ludzi o lewicowych rodowodach. I tak „Kultura” świadomie wpisywała się w szeregi „obrońców Października”. „Naszą siłą – stwierdzał Giedroyc w liście do Mieroszewskiego w styczniu 1963 r. – jest ścisłe przyleganie do rzeczywistości krajowej i szybkie reagowanie na przemiany, czasem nawet wyprzedzające wypadki. (...) My walczymy nie tylko z ograniczeniem tych swobód, które Październik przyniósł, ale od początku walczyliśmy »o drugi etap«. W tym sensie jesteśmy i będziemy »obrońcami Października«”. Niebawem nastąpi zwrot: Marzec, a przede wszystkim zdławienie czołgami Paktu Warszawskiego demokratycznych przeobrażeń dokonujących się w Czechosłowacji nakazywało wątpić w możliwości ewolucyjnych przemian realizowanych przez rządzącą formację, kierowało wzrok ku rewolucyjnemu przewrotowi jako drodze do obalenia komunizmu. A także, zwłaszcza po grudniu 1970 r. – ku robotnikom, jako tej sile, która jako jedyna może tego dokonać. Toteż na łamach pisma, w korespondencji, w osobistych kontaktach Giedroyc będzie nakłaniał inteligencję, by dotarła do środowisk robotniczych, zainteresowała się ich potrzebami, nie tylko materialnymi, opracowała konkretny program adresowany do robotników. „Kultura” współtworzyła ów klimat, w którym rzeczą niejako naturalną było zareagowanie na represje wobec robotników Radomia, Ursusa, Płocka w 1976 r., powstanie KOR-u, „Robotnika”, wreszcie obecność intelektualistów w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. „Nigdy nie dowiemy się z iloma przybyszami z kraju redaktor rozmawiał o problemie robotniczym – pisze Krzysztof Pomian – ilu przekonał o jego pierwszorzędnej doniosłości (...) Wszystkich ich razem nie było zapewne dużo, ale były to często osoby wywierające wpływ na otoczenie. Nigdy też nie dowiemy się, ile osób w kraju przeczytało artykuły Mieroszewskiego. Kilkaset? Kilka tysięcy? Ale niektóre przekazywały innym treść swych lektur, choć nie zawsze powoływały się na źródło”.
Śledząc linię „Kultury” – z jej meandrami – w ciągu 50 lat istnienia miesięcznika, a także czytając listy Jerzego Giedroycia i jego najbliższych współpracowników, można by odnieść wrażenie, że u podstaw zajmowanego przez to środowisko stanowiska leżało przekonanie o dominacji w polskim społeczeństwie, przeoranym ustrojowymi przemianami, idei lewicowych, wartości humanistycznych, socjalistycznych i demokratycznych. W głębi duszy jednak Redaktor nie miał złudzeń; w liście do Mieroszewskiego pisał w 1966 r.: „Jest prawdą, że społeczeństwo polskie w znakomitej większości jest antykomunistyczne, nienawidzi reżymu, jest w dosłownym tego słowa znaczeniu kołtuńskie i reakcyjne. Ale fenomenem [tu słowo nie odczytane przez Krzysztofa Pomiana – K.K.] było zawsze od końca XIX w. począwszy, że lewica, która była nie tylko nieliczna, ale zawsze skłócona, w zasadzie rządziła. W Polsce międzywojennej rządził Piłsudski, nie Dmowski”. Giedroyc, uformowany, jak sam twierdził, w tradycji liberalnej, któremu obca była mentalność endencji, klerykalizmu, zaściankowość, choć tak bardzo czuły na więzi z krajem, nie w pełni jak się wydaje rozumiał znaczenie i siłę tradycjonalizmu, nacjonalizmu, katolicyzmu w jego polskim kształcie, w warunkach „oblężonej twierdzy”. „Kultura” znajdowała łatwo drogę do środowisk lewicowej, liberalnej inteligencji, jak też one nie miały trudności w odnalezieniu drogi do „Kultury”. Ograniczało to z pewnością zasięg oddziaływania pisma, ale było świadomym wyborem. Czy przez to historyczne znaczenie „Kultury” wzrastało, czy też przeciwnie – trudno wyważyć.

Zaczęłam od słów Redaktora, na nich też pragnę skończyć. Będą to słowa wypowiedziane, niestety nie zapisane. Gdy żegnałam się z Jerzym Giedroyciem, po kilkutygodniowym studiowaniu jego korespondencji z lat 1947 – 1956, rzucił zdanie, którego sens sprowadzał się do stwierdzenia: Niczego nie dokonałem. Był to rok 1990. Gorycz rozczarowania, że ta Polska, wychodząca z półwiekowej opresji, nie jest doskonała, że ci, którzy przejęli ster państwowej nawy, nie dorastają do roli, jaką wyznaczyła im historia, przesłoniła wszystko. A przecież można powiedzieć, zapożyczając słowa Winstona Churchilla o lotnikach uczestniczących w Bitwie o Anglię: „Nigdy w historii tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”.












 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl