90-lecie Jerzego Giedroycia

 

Danie miesiąca polecają

 

 

Jan Gondowicz

Nawet Manuela wyjechała już do Krakowa. Pod burym lipcowym niebem Warszawa czeka na deszcz jak opuszczony przez szczury statek na zatonięciu.
W PIW-ie gratisy wydziela – nowy obyczaj wydawniczy – pan dyrektor we własnej osobie. Nie wiem, czemu zawdzięczam obdarowanie książką o Grecji. Książka Jerzego Ciechanowicza okazuje się rewelacją.
I to od pierwszej kartki. Kto umie wyobrazić sobie książkę o starożytności bez przedmowy? Od razu lądujemy w Termopilach. Pięć minut na zdjęcia.
Jedną z rzeczy, która wzbudziła w moim pokoleniu obojętność wobec Grecji, był dęty antyk Jastruna i Parandowskiego, nie znający kiczowatych amfor, tandetnych rzeźb i kiepskich poetów. Taka starożytność sama jest kiczem. Ciechanowicz jest pierwszym polskim autorem, który potrafi stwierdzić, że coś sprzed dwudziestu paru wieków było głupio pomyślane, źle wykonane i w ogóle poronione. Jak na przykład Herajon na Samos. Szacowny zabytek staje się nagle ludzki. Geniusz grecki i stojący w trawie pan z książką w ręku wymieniają opinie na swój temat.
W przeciwieństwie do pewnego mitologa dla dorosłych, Jerzy Ciechanowicz umie pisać. Kładzie pasjansa z siedmiu – czy ilu tam – warstw Troi. Dorzuca stojącą opodal budkę z hot-dogami. Jeszcze czegoś brak. Naturalnie! Cementowego biustu Homera z podpisem: „Syn Anatolii”.
W żałosnym muzeum na Samos znajduje pozbawioną od wieków tułowia, wątpliwą jako dzieło sztuki, głowę Klaudiusza. Ot, przykrość dla miłośnika kultury greckiej, jakim był nieboszczyk. Poświęca mu więc zwięzłe epitafium. „Został bogiem za sprawą pewnego grzyba, ale ta sztuka udaje się tylko cesarzom”.
Sterczące z ziemi świadectwa historii greckiej są w tej książce po raz pierwszy, jak przystało ruinom, skromne. Ciechanowicz cytuje napis nagrobkowy. „Nie byłem. Stałem się. Nie ma mnie. Nie dbam o to.” Godząc się z przemijaniem, Grecja oswoiła czas. Dlatego trwa.
Chmura kładzie na miasto swój łeb Minotaura. Widać dobra w stolicy dziś dla niego aura.


Jerzy Ciechanowicz, „Cień Minotaura”, Warszawa 1996





 




Jacek Woźniakowski

Chętnie bym czytelnikom „Tygodnika Powszechnego” jakiś doskonały film doradził, ale tak rzadko chodzę do kina i tak mnie irytują filmy w telewizji, że moje rady na nic, a to, co było dobrego, już każdy dawno zdołał na własną rękę czy raczej na własnego nosa wywęszyć i zobaczyć.
Więc tylko krótkie zwierzenie: do kina chodzę rzadko m.in. ze względu na publiczność, bo niezbyt lubię, kiedy tzw. momentom towarzyszy nieodmiennie cmokanie i pogwizdywanie, a całemu seansowi akompaniuje perlisty chichot, od początku do końca, niezależnie od treści. Toteż jeden z najlepszych filmów jakie widziałem, „Rozważna i romantyczna”, zdumiał mnie i ucieszył potrójnie.
Po pierwsze zadziwia zdolność egzotycznego reżysera, Tajwańczyka Anga Lee, do wczucia się w styl Anglii początku zeszłego wieku i pisarki, która ją odmalowała.
Po drugie fascynuje o b e c n o ś ć Emmy Thompson (na czym to polega, że jeden aktor czy aktorka wykrzywia się i gestykuluje przez półtorej godziny, a mogłoby ich nie być, podczas gdy ktoś taki jak Emma Thompson, ledwo się zjawi, wypełnia życiem ekran?).
Po trzecie zaskakuje wielka sala kinowa, pełna po brzegi widzów, którzy reagują wprost świetnie na każdy dowcip i świetnie milczą, kiedy nie ma się z czego śmiać. Albo więc to jest całkiem inna publiczność niż ta cmokająca, albo prawdziwa sztuka rzeczywiście łagodzi obyczaje.
A główny powód mojej niechęci do filmów w telewizji to nie tylko ich jakość, ale także to piekielne czytanie po polsku filmowych dialogów, które zagłusza aktorów, odbiera im ich własny język, głos, akcent, ekspresję i często zniekształca sens wypowiedzi. W Portugalii, gdzie z reguły słyszy się tekst oryginalny, któremu towarzyszą u dołu telewizyjnego obrazu portugalskie napisy, powiedział mi ktoś dosłownie: mój język angielski strasznie zardzewiał, bo dawno nie oglądałem telewizji. Wówczas to dowiedziałem się, w jak bardzo wysokim procencie młodzi Portugalczycy uczą się języków obcych, oglądając zagraniczne filmy.
A my nawet tego pożytku z owych filmów nie mamy.

„Rozważna i romantyczna”, reż. Ang Lee











 





 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl