90-lecie Jerzego Giedroycia




Z pamiętnika stołownika


Jarosław Abramow-Newerly


Kiedy mój sąsiad z Brukseli i „Kultury”, Leopold Unger, sprawił sobie komputer, na zakończenie tradycyjnej wieczornej przechadzki po naszym quartier zaprosił mnie do siebie, żeby mi go zademonstrować. Zasiadł do klawiatury i zaczął coś szybko wystukiwać; na ekranie pojawiły się następujące słowa: „Drogi Panie – dziękuję za Pański list i dołączony tekst. Muszę powiedzieć, że już dawno nie zdarzyło mi się czytać czegoś tak niemądrego i źle napisanego jak Pański artykuł. Ma się rozumieć, nie wydrukuję go. Mam też nadzieję, że w przyszłości nie będzie Pan niepotrzebnie zabierał nam czasu podobnymi nonsensami. Łączę serdeczne pozdrowienia...”. Podpisu nie było, ale obaj wiedzieliśmy naturalnie, jaki powinien się pod nim znaleźć: rządek szpiczastych, trudno czytelnych literek, w których wtajemniczeni z miejsca rozpoznają nazwisko –
„J. Giedroyc”. 


Z dumą odczytałem list całej redakcji i wzmocniony pochwałą ruszyłem tak, że drugi numer już się nie ukazał. Zdjęto go wraz ze mną. Za wznowienie „Od Nowy” żądano mojej głowy. Wylany z posady już w listopadzie przez zwycięski nurt Października pojąłem, że robienie pisma nie jest łatwe. Do wymiany z „Kulturą” więc nie doszło, ale został ten list z 1956 roku, świadczący o żywym zainteresowaniu Jerzego Giedroycia środowiskiem studenckim.
Rok później wraz z kolegami z STS-u wyjechałem na winobranie pod Dijon. Agnieszka Osiecka przemyciła tekst Marka Hłaski, obiecując mu, że osobiście wręczy go w „Kulturze”. Udała się więc tam. Wróciła zachwycona: – Oni o nas słyszeli i zapraszają! Ruszyliśmy całą grupą tuż po zbiorach – i tu zaskoczenie. W miejscu gmachu godnego wrogiego ośrodka – willa typu otwockiego z dużym ogrodem i furtką. Otwartą. Nikogo na bramie. Przed domem zamiast kadry pracowników paru domowników. Witają nas na ganku.
– To u mnie więcej etatów – pomyślałem.
Ci domownicy to oczywiście Jerzy Gied-royc z bratem Henrykiem, Zofia i Zygmunt Hertzowie oraz mieszkający na górze Maria i Józef Czapscy, zwani po prostu Marynią i Józiem. Ale o tym dowiedziałem się później.

Ma się rozumieć
Nadawca listu był tylko nieco mniej siwy niż dziś, choć przekroczył ledwie pięćdziesiątkę. Stał z boku obserwując nas, czasem rzucił swój ulubiony zwrot: Ma się rozumieć – ale głównie słuchał. Wszyscy nas słuchali. My byliśmy gwiazdorami. Pierwsi młodzi z Kraju. Ciekawi byli, jacy też jesteśmy. Pokazywaliśmy się więc z najlepszej strony. Posypały się oczywiście żarty. W tym byliśmy dobrzy. W końcu Teatr Satyryków. Ale okazało się, że Zygmunt Hertz nie jest gorszy. A nawet lepszy. Często przebijał nas w aktualności, bo my przy tych winogronach w Burgundii nieco odstaliśmy, a on już znał najnowszy kawał z Warszawy. Wszędzie miał znajomych. Jego czar, dobroć, prostota, chęć pomocy innym sprawiały, że nawet najtchórzliwsi przybysze z Kraju przełamywali barierę strachu i rozglądając się na boki umawiali się z nim po cichu na kawę koło Gare Saint Lazare. Często nadużywano Jego dobroci, prosząc o jakieś głupstwa. Żalił się wtedy:
– Niezły klient, co? To są te moje interesy. Kochani Rodacy – ale załatwiał. Nie umiał nie pomóc.
Takim uciążliwym klientem byłem i ja. Kiedy drugi raz przyjechałem do Paryża w 1958 roku i nie miałem gdzie mieszkać, zaproponował po prostu: – Niech pan jedzie do nas. Chata jest. Koryto też. Gdzie się spieszyć?! Lubił te nowe, warszawskie słówka i bawił się nimi bardzo. W ten sposób stałem się domownikiem „Kultury”. I stołownikiem. To ważne. Jak w każdym bowiem domu, przy stole toczyły się najciekawsze rozmowy. Tu zasiadali znamienici goście. Gdyby wymienić wszystkich wielkich tego świata, którzy w tej małej kuchni jedli pyszne dania przygotowane przez Zofię Hertz i pili trunki ze znawstwem serwowane przez Zygmunta Hertza – miejsca by zabrakło.
Śniadanie każdy robił sobie sam – w zależności kiedy wstał. Ja zjawiałem się najpóźniej. Zygmunt siedział już w szlafroku, z papierosem i przerzucał poranną prasę. Natrafiając na nekrologi mruczał: – No, no. Sezon w pełni. Gęsto się chłopcy ogłaszają. Szczególnie z mojej generacji. 
Dopiero dziś rozumiem bolesną prawdę tego żartu.
Zosia z niezwykłą szybkością stukała już na swojej maszynie za ścianą. Przepisywała teksty, robiła korektę, prowadziła rachunki – czego nie robiła, warto spytać. Przed Panem Jerzym leżał stos korespondencji i gazet. Przeglądał z uwagą, popijając kawę i ćmiąc papierosa. Czasem rzucał krótki komentarz lub odpowiadał zwięźle na pytanie Zygmunta:
– Ma się rozumieć, że trzeba to zrobić...
W tym „ma się rozumieć” zawarta była akceptacja, dyrektywa, logika, niezbita pewność. Do dziś nie wiem, jak tym cichym zwrotem, nigdy nie podnosząc głosu, potrafił przekonać najkrzykliwszych oponentów do swej racji, mało, zrealizować ją. Gdy widzę rozbieganych szefów i reżyserów ryczących na ludzi, zawsze przypomina mi się spokój Pana Jerzego. Nie wiadomo, kiedy kieruje – a wszystko gra jak w zegarku. Numery „Kultury” ukazują się zgodnie z okładką – lipcowy w lipcu, a nie we wrześniu, jak u nas wtedy w wieloetatowych periodykach.

myjka
Po śniadaniu Pan Jerzy zamykał się w swym małym gabinecie. Tam czytał, przyjmował współpracowników, inspirował. Poddając nową ideę – starannie dobierał wykonawcę. Ważkość tych inicjatyw, które ongiś wydawały się mrzonką – dziś dopiero w pełni doceniamy. Biblioteka „Kultury”, „Zeszyty Historyczne”, bez których trudno wyobrazić sobie najnowszą historię Polski, szkoła nowoczesnej myśli politycznej z lansowanym uparcie „trójkątem ULB” – Ukraina, Litwa, Białoruś – dziś tak aktualnym. Tu godzi się wymienić najbliższych współpracowników, którzy swym błyskotliwym piórem wznosili te myśli na szczyty: Józefa Czapskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Konstantego Jeleńskiego, z Polski Stefana Kisielewskiego, no i oczywiście Juliusza Mieroszewskiego... O roli „Kultury” w utorowaniu drogi do światowej sławy Witoldowi Gombrowiczowi i Czesławowi Miłoszowi już nie wspomnę. Rzecz zbyt znana.
Udając się do Paryża Pan Jerzy zawsze do odległej stacji kolejki szedł na piechotę, często z ciężką torbą. W „Kulturze” kierowcy na etacie nie było. Takiego kierowcę w czapce z bączkiem miał przed wojną Zygmunt Hertz. Po wojnie woził paczki „Kultury” wynajętą taksówką. „Gablotą” – jak mówił po warszawsku. Józef Czapski na stację jeździł rowerem. Do osiemdziesiątki. A po osiemdziesiątce przesiadł się na motorower.
Po obiedzie, który gotowała zazwyczaj Zosia – obowiązywały wszystkich dyżury zmywania. Pana Jerzego też. Nakładał wtedy fartuch i godnie stawał przy kranie. Zygmunt dbał o to, bym na Jego dyżurze Mu asystował:
– Monsieur! – mówił. – Do garów. Nie obijać się, leniu. Trzymaj, syneczku – i usłużnie wręczał mi myjkę.
Ten opis jest może od kuchni, bardzo prywatny – ale też moje związki z „Kulturą” są właśnie takie. Bardzo osobiste. Łączyła mnie przyjaźń. Głównie z nieodżałowanym Zygmuntem Hertzem, który troszczył się o mnie jak o syna. Wiele mu zawdzięczam, jak tylu innych. Był po swojemu wielki. Stanowił duszę tego domu. Przynajmniej dla mnie. Kiedy wracałem do Polski, zawsze o mnie pamiętał. Przesyłał listy, prezenty, rarytasy trudne wtedy do zdobycia. Chcąc się odwdzięczyć, posłałem Mu do degustacji z Bułgarii popularny koniak „Pliska”. Po jakimś czasie otrzymałem dużą paczkę z Paryża. Węsząc z góry boski zachodni smak otwieram – a tu, zamiast spodziewanych frykasów, dwa kilo gryczanej kaszy. Już chcę pędzić na pocztę z reklamacją, że mi, dranie, podrzucili – gdy widzę kartkę od Zygmunta:
– Ty mi, chamie, do ojczyzny koniaku przysyłasz „Pliskę”, to ja Tobie do ojczyzny kaszy, kaszę!
Jako koneser poczuł się dotknięty. Ja też. Żart był pyszny, ale nie najsmaczniejszy. Nie przepadam za kaszą.

smok
W Maisons-Laffitte Zygmunt często wyciągał mnie do ogrodu na tak zwane plotasy. Był cudownym rozmówcą. Wiele przeżył, widział i umiał o tym opowiedzieć. Celność obserwacji wzbogacał dowcipem. Kochał ludzi i chłonął ich opowieści. Przez Niego do „Kultury” docierał żywy strumień informacji. Tej najcenniejszej. Życiowej, ludzkiej. Umiał z niej wybrać rzeczy istotne. Ważne. Nie każdej relacji wierzył. Był nieufny. Często powtarzał: Każdy świntuch w miarę oddalania się od granicy PRL-u traci swój świński ryj. A w Paryżu jest już sam kryształ. Dziewica Orleańska. Czyścioszek – przeciągał to słowo ze smakiem. 
Gdy do naszej ławki z letniej pracowni podchodził Józef Czapski, Zygmunt podrywał mnie: Baczność! Major Czapski! Rusz się, byku. Pan major raczy spocząć! Na co Józio reagował zawsze swoim czarującym, młodzieńczym śmiechem: Oj, Zygmunt, Zygmunt. Tobie tylko żarty w głowie – i rozmowa przechodziła na poważniejsze tematy.
Pod wieczór Pan Jerzy podlewał kwiaty w ogrodzie. Bardzo to lubił. Była to chwila wytchnienia, podobnie jak dłuższy spacer z psem. Rzadko opuszczał dom i na ogół nie wyjeżdżał na wakacje.
Kiedy siedziałem na tej ławce, często myślałem, jak to jest, że ten miły, otwarty dom z pięknym ogrodem jawi się naszym propagandystom w Warszawie jako bunkier z kanałami do wszystkich wywiadów świata. A w środku smok. Święty Jerzy. Podlewa róże. I walą w Niego z najcięższej artylerii produkcji radzieckiej, po uprzednim przygotowaniu zasłony dymnej przez co świetniejsze umysły Zachodu. Jak oglądałem w naszej telewizji te ataki na wrogą centralę – śmiech pusty ogarniał.
Myślałem też sobie, co za moc w tym człowieku i siła przyciągania, że potrafi skupić wokół siebie tak różne osobowości i pod jednym dachem tworzyć z nimi swoje dzieło. Może fenomen „Kultury” polega właśnie na tym, że dom jest redakcją, a redakcja domem – i trudno to oddzielić. Już w Rzymie, gdy w Warszawie siedzieli Rosjanie i zdawało się, że tylko nowa wojna powstrzyma ich zwycięski marsz, na przekór Jałcie, Stalinowi, Aliantom, naszym niepodległościowcom w Londynie i naszym reżimowcom w Warszawie zrozumiał, że walczyć już można tylko słowem. Słowem – nie mieczem. „Kulturą”. Uznany za Don Kichota i maniaka – walczył samotnie z garstką najbliższych. I dziś wiemy, że właśnie ta broń dla systemu okazała się zabójcza.
Przed paroma tygodniami otrzymałem od Niego list, w którym prosił mnie o bliższe informacje o nowym studenckim teatrze STS96 – założonym na wzór naszego przez studentów dziennikarstwa, polonistyki i filozofii UW. Upłynęło czterdzieści lat od tego pierwszego listu, posiwiałem, dawno zapominając, że byłem studentem i redaktorem – a Redaktor Giedroyc jak dawniej bacznie obserwuje środowisko studenckie. Niech to wystarczy za dowód Jego wiecznej młodości.

Powiedziano niedawno, że Polska wydała w tym wieku trzech wielkich redaktorów: Mieczysława Grydzewskiego, Jerzego Giedroycia i Jerzego Turowicza. Zdanie ze wszech miar słuszne. Ale z tej wielkiej trójki tylko jeden Jerzy Giedroyc ma swą redakcję w domu, ważnych gości przyjmuje w kuchni i choć od 1939 roku nigdy nie był w Polsce, jest w samym jej środku, jak nikt inny z nas. Jego głosu bacznie nadsłuchuje któreś z rzędu pokolenie warszawskich polityków. Czy będzie tak nadsłuchiwać dalej? W następnym stuleciu?! Ma się rozumieć, że tak...












 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl