Muzyka: wieczna i ulotna



Duch czajniczka, czyli miłość w Polsce


Z Mikołajem Trzaską
i Ryszardem Tymonem Tymańskim,
członkami zespołu „Miłość”, rozmawiają Marcin Świetlicki i Wojciech Wilczyk



Zamiast notki wyjaśniającej, co to jest zespół „Miłość”, ogłoszony najlepszym zespołem akustycznym roku 1995, posiadający na swoim koncie trzy bardzo udane płyty, z tego ostatnią – „Not Two” – nagraną razem z jedną z jaśniejszych gwiazd jazzu światowego, Lesterem Bowie... zamiast tego wszystkiego – wyjaśnijcie może termin JASS, którym to terminem określacie graną przez siebie muzykę...

MIKOŁAJ TRZASKA: – To jest taki nasz jazz. „Jass” – to tylko słowo, tak samo jak „jazz” jest tylko słowem. Termin wygrzebał Rysiu Tymański z wielkiego śmietnika historii – przed laty, jeszcze w Nowym Orleanie, tak nazywano jazz. W części krajów Europy mówi się właśnie – jass. Chcieliśmy wyróżnić się, obronić, znaleźć dla siebie enklawę. Teraz, kiedy posiadamy jako taki komfort – możemy pracować w spokoju. Nazwy są nieważne.
RYSZARD TYMON TYMAŃSKI: – Jass to nad-styl, uprawiany przez szereg trójmiejskich i bydgoskich kapel: „Miłość”, „Mazzoll & Arythmic Perfection”, „Trytony”, „Kury”, „Łoskot” czy „Inżynier Kaktus”. Potrzebowałem świeżego słowa na określenie naszych muzycznych nowości, bo słowo „dżez” kojarzy mi się jakoś ordynarnie (z wódą, kiełbasą itp.). Jass sugeruje, że poruszamy się w podobnym obszarze improwizacyjno-aranżacyjnym co jazz, wzbogaconym jednak o nasze europejsko-lokalno-polsko-prywatne wpływy... To jak z Zenem: Zen jest tak otwarty i wolny od dogmatu, że pojawiając się w nowym miejscu, sam ulega przeobrażeniom, adaptuje się do lokalnego klimatu...
Jako „Miłość” gracie razem od ośmiu lat. Jakie były Wasze drogi do „Miłości”, w jaki sposób „Miłość” Was połączyła?
MT: – Tymon mnie natchnął – dla mnie jest geniuszem i nie zazdroszczę mu tego wcale. Studiowałem malarstwo, dwa i pół roku udało mi się przetrwać na uczelni, rzuciłem ją dla muzyki. Spotkaliśmy się z Tymonem w momencie, gdy jeszcze byłem na studiach – malując obrazy miałem walkmana na uszach, używałem go, by się lepiej skupić i odizolować. Tymon puścił mi Coltrane’a w pracowni i pomysł z walkmanem okazał się niewypałem. Coltrane mnie, niestety, zabrał, miałem takie uczucie, jakby mnie ktoś stuknął w plecy, jakbym zobaczył najpiękniejszą dziewczynę w życiu. I dlatego MIŁOŚĆ.
RTT: – Jestem outsiderem. W tłumie nie funkcjonuję dobrze, nie muszę być gwiazdorem, wolę towarzystwo przyjaciół. Podstawową komórką „Miłości” jest trio – Trzaska, Olter, Tymański. Mikołaj jest przyjacielem szczególnym, ponieważ – tak jak ja – jest w dużej mierze pozbawiony mózgu. Chodzi o to, że w pewnym momencie literatura, muzyka, sprawy duchowe – przepoiły nas rodzajem bezmózgowia, koniecznego do odbioru substancji mistycznej. Z Jackiem wiąże mnie związek emocjonalny, który w muzyce nazywa się sekcją rytmiczną. Dużo potu, wiele godzin pracy. To tworzy rodzaj wspólnej alchemii...
W Waszej muzyce, w sposobie grania, czuć wyraźną inspirację Coltranem. Kariera tego saksofonisty może być ilustracją rozwoju współczesnego jazzu. Który z etapów jego twórczości jest dla was najważniejszy? Chodzi tutaj nie tylko o muzykę, ale i filozoficzne, czy raczej religijne jej przesłanie...
MT: – Na początku usłyszałem „A Love Supreme”, potem cofnąłem się do wcześniejszych nagrań z Davisem, Ellingtonem, jeszcze potem słuchałem „Jupiter Variation”, „Om”, „First Meditation”... Starałem się słuchać Coltrane’a a nie muzyki zwanej jazzem, jego osoby – a nie stylu. Coltrane udowadnia, że nie forma jest ważna, ale przekaz – prosty, jasny, klarowny przekaz. Grzeczny facet, który początkowo gra jak pimpuś, gra pięknie swoje kwarty i pochody, nagle zaczyna się rozwijać i staje się buntownikiem. Jaka dziwna ewolucja – zazwyczaj jest odwrotnie, człowiek za młodu walczy, potem robi się coraz grzeczniejszy, wypala się. A tutaj nagle urósł potwór, który stworzył nową ideę w muzyce. Muzyka jest środkiem, tak jak malarstwo, do wyrażania siebie. Jest jak przekaz religijny – to było dla mnie zawsze bardzo ważne. Chciałem uczynić coś z moim życiem, żeby stało się ono autentyczną drogą. A Coltrane coś takiego zrobił z muzyką. Pokazał nie tylko biegłość techniczną, ale także otwarcie umysłu i serca. Muzyka była dla niego formą praktyki religijnej, pretekstem do wewnętrznego rozwoju. Dla nas czymś takim jest Zen.
RTT: – W Coltranie podoba mi się wszystko. Jego okres modalny, kiedy harmonie zanikają, pojawia się melodia, drążona w kółko, na jednym akordzie... Puryści się wściekali, a on szukał sedna. To sedno jest też w muzyce etnicznej, stąd hołdy różnym kulturom muzycznym: afrykańskiej, arabskiej, hinduskiej. Najważniejszy jest jego ostatni okres – po płycie „A Love Supreme”, grał wtedy wyzwoloną muzykę kosmiczną, muzykę duszy, czego nie rozumieją ludzie słuchający wyłącznie jazzu. Jeżeli posłuchać jego mozolenia się przez jeden akord, myśli się o Einsteinie wyprowadzającym jakiś wzór. Często słuchałem płyt Coltrane’a pod tym kątem. On zresztą odwoływał się do Einsteina... Na płycie „Expression” jest już wolny od wszystkiego – od harmonii, brzmienia, tonu. To jest już duch czajniczka, gwizdanie, bezkresne, międzygwiezdne gwizdanie uwolnionej energii...
Porozmawiajmy jeszcze o Waszych pokrewieństwach z innymi muzykami. Co, na przykład, poruszyło Was w polskim jazzie, czy moglibyście wskazać kogoś, kto jest Wam bliski? Czy gracie polski jazz?
RTT: – Bliski jest nam Komeda; pierwsza płyta „Miłości” jest bardzo „komedowska”. Podobnie jak on zaczynaliśmy od grania muzyki z płyt, nie ze szkoły muzycznej. Był bardzo wrażliwy i oryginalny. Nie miał kompleksów; łączył to, co usłyszał w jazzie z polskim feelingiem i muzyką poważną. Po śmierci Komedy polski jazz wrócił do kompleksów, do samokontroli. Jeszcze może tylko Stańko jest tą wielkością obdarzony... Dlatego właśnie nie słuchaliśmy raczej polskiego jazzu, ale – paradoksalnie – muzyki amerykańskiej, żeby znaleźć własną muzykę, żeby grać po polsku. Co to znaczy, że nie mamy muzyki narodowej? Gombrowicz się kłania...
MT: – Muzyczka, którą się gra dzisiaj na gładziutkich saksofonach, ta muzyka środka, to nie jest jazz tradycyjny, to jazz do krawatów i kotletów. Jazz wziął się z ulic Nowego Orleanu, z buntu, niepokoju, z cierpienia, a potem nie wiadomo dlaczego przeniósł się do brzuchów, przełyków i krawatów. Nie mogę tego zrozumieć – u nas jazz to muzyka „elytarna”.
Jako muzycy zdecydowanie nie jesteście ortodoksyjni. Działacie, poza macierzystą „Miłością”, w zespołach grających muzykę wywodzącą się z zupełnie odmiennych tradycji. Awangardowe „Kury”, etniczny „Łoskot”, czy punkjassowe „Trupy” albo udział saksofonisty Mikołaja Trzaski w stricte rockowych przedsięwzięciach – czy jass to pojęcie szersze niż jazz?
MT: – Różnorodność bierze się z potrzeby serca. Kochamy muzykę. Słuchałem „King Crimson”, „Joy Division”, „The Beatles”, potem Coltrane’a, trochę muzyki poważnej... a potem Zappy, Fritha, „Boney M” i „Abby”... Wymyśliliśmy sobie, że jass nie będzie tylko sposobem nazywania przez nas muzyki jazzowej, ale będzie określać nasz sposób podejścia do muzyki w ogóle. Bierzemy rock’n’rolla i robimy z tego coś swojego, bierzemy coś, co jest podobne do muzyki klasycznej i robimy z tego coś, co nam odpowiada w sensie duchowym i rozumowym. Nasza podświadomość, nasze mózgi napchane są różnymi rzeczami... Jedyną rzeczą, którą możemy zrobić – to oczyścić się, muzyka nam w tym pomaga.
RTT: – Jest taki moment, kiedy człowiek zaczyna czuć, że się starzeje. Przed trzydziestką. Wielu artystów tego nie wytrzymało. Młodość ucieka, człowiek jest sam, staje się gruby... Tak było z Morrisonem, Lennonem... Też miałem taki okres. I przyszło wybawienie – otwarcie na całą muzykę. Okresy fascynacji można podzielić – podstawówka: „The Beatles” oraz muzyka lat 60. i 70., potem punkrock, nowa fala – klimaty od „Sex Pistols” przez „Dead Kennedys” do „Birthday Party”, „Joy Division”, „Pere Ubu”. A potem słuchanie zawodowe, niemal wyłącznie jazz. I nagle przyszło otwarcie. To jest jak w literaturze – najważniejszy jest duch i energia. Duch jest zawsze ten sam, style – to rzeczy dodawane później. Poczułem, że nic mi nie grozi, że mogę się wypowiadać w tej muzyce, na którą mam właśnie ochotę. Raz piwo, raz wino, raz wódka...
Czy w takim razie preferujesz konsumpcję „z gwinta” czy też wolisz ozdobne szkło?
RTT: – Wolę ścięgna, mięśnie, napięcie, bohaterstwo... Skale, techniki, granie smaczkami – to jest potrzebne, ale nie można zapomnieć, że to nie tworzy muzyki. Najważniejsza jest energia. Duch muzyki, który krzyczy przez to wszystko. Brzmienie jest dnem muzyki, kolorem tego morza, pulsującą barwą, ale to nie ono stanowi o sednie.
Powróćmy jeszcze do inspiracji spoza tzw. jazzu. Zastanawiające jest, że zgodnie stwierdziliście, że najwcześniejszą Waszą fascynacją był zespół „The Beatles”...
MT: – Nasuwają się tu analogie z Coltranem. Beatlesi to giganci. Ewolucja od „Please, please me” do „White Album” to dobry przykład. Wchodzenie na kolejne stopnie, rozwijanie się razem z własną publicznością...
RTT: – Beatlesi nie są do końca w Polsce zrozumiani. Teksty Lennona, jego mistyczno-bajkowo-fabularno-absurdalno-satyryczno-liryczne podejście do słowa, jego dziecinne oświecenie, to coś, co w Polsce się nie zdarzyło, nie było takiej poetyki. A Cohen, Dylan, Lou Reed, Zappa? Sprawy liryki zazębiają się z muzyką. Ta sfera jest u nas dopiero do odkrycia.
I dochodzimy do najważniejszego, jak na razie, etapu muzycznej kariery zespołu „Miłość”. W jakim stopniu wspólne koncerty z jednym z największych trębaczy współczesnego jazzu, Lesterem Bowie, zmieniły oblicze „Miłości”?
MT: – Myślę, że nie zmieniliśmy się, grając z Lesterem. Kiedy decydujesz się na to, aby zostać muzykiem i twórcą, musisz być gotów na zmiany. Jeżeli jest zespół i pojawia się następne, bardzo silne ogniwo, to zmienia się cała rzeczywistość. Jeśli pojawia się silna indywidualność, która wzbudza zaufanie, to idzie się za nią. Bowie jest dla mnie przykładem tradycji w dobrym pojęciu tego słowa – żywej i świeżej. Wbrew pozorom zespół „Art Ensemble of Chicago”, w którym gra Bowie, jest jednym z najbardziej tradycyjnych zespołów grających jazz. Wielu ludzi o tym zapomina, myśląc że tradycja to jest granie standardów.
RTT: – Bowie potwierdził moje intuicje co do muzyki przyszłości, wielkości artysty. Powiedział mi rzeczy o wartości przekazu duchowego. Wielki mistrz. Coltrane i Eric Dolphy są również takimi moimi mistrzami, którzy potrafili przekazać rzeczy niewyrażalne. Nie mówiłem jeszcze o Dolphym. Kim on dla mnie jest. Na przykład Pelego, lata sześćdziesiąte, widzę w barwach czarno-białych, jak dokument, jak przeszłość. Gdy pojawia się Dolphy – na tle tych czarno-białych wspomnień pojawia się kolorowa postać, żyjąca, oddychająca. Muzyka zastyga w bursztynie, jak stara mucha, ktoś mówi, szepce, dotyka mnie. Jego życie jest blisko mnie, staję się nim. To w związku z jego szyderstwem, nerwowością, otwarciem, jego genialnością i głupotą. Bowie też jest głupolem. Sam to przyznał. A głupol, jak w Zenie, to Boży Idiota, wolny jak wiatr. Może być mądry, może być głupi, może być wszędzie, może być kobietą, śmiechem, rozpaczą, alkoholem, spokojem, upojeniem, największym patosem... Przez to, że go spotkaliśmy, znaleźliśmy potwierdzenie tego, co czujemy, że nie kontrolując się, nie zamykając – ale otwierając się, szukając – możemy dotknąć wielkości. Ja dawno przestałem się kontrolować, dryfuję na statku głupców...












 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl