Muzyka: wieczna i ulotna




„Zarówno muzyka, jak i dusza ludzka są aspektami tego, co wieczne”

Muzyka – most ku niewidzialnemu


Krzysztof Lipka


Nic nie jest łatwiej rozpoznawalne, niż brak celu
Josif Brodski

Myślenie o muzyce bez głębokich powiązań z filozofią i estetyką tradycyjną, z dziejami myśli ludzkiej, nie może już dziś zapewne prowadzić do pozytywnych rezultatów. Przez setki lat muzyka była sztuką kształtowaną w odniesieniu do całości obrazu świata i interpretowaną w aspektach całokształtu myślenia o świecie. Toteż i dziś myśleć o muzyce powinno się zawsze w szerszym kontekście i z panoramą pewnego konkretnego systemu filozoficznego czy przynajmniej postawy filozoficznej w tle. Przy dzisiejszym kryzysie wszelkich systemów i postaw nie jest to proste do osiągnięcia. Trzeba bowiem znaleźć taki punkt oparcia w dawnych systemach i postawach, który z jednej strony nie kłóciłby się ze stanem dzisiejszej wiedzy, z drugiej zaś dałby twardy grunt dla pewnego zakotwiczenia ontologii muzyki.


Takim punktem oparcia jest sposób przeciwny hasłu „sztuka dla sztuki”, sposób, który zakłada celowość i konieczność istnienia muzyki, jej nader określoną rolę w społeczeństwie i jej pracę na korzyść przyszłych osiągnięć. To z kolei jest zrozumiałe tylko przy założeniu celowości istnienia świata, z czym mamy oczywiście wiadome kłopoty. Ten ostatni problem musimy tu pominąć, ale niechaj wystarczy, że przez niemal wszystkie wieki, kiedy muzyka powstawała, tworzono ją w głębokim przeświadczeniu o celowym istnieniu świata i jako środek pomocny w ostatecznym dopełnieniu tejże celowości.
Tym bardziej więc zawsze będzie mnie dziwić rozpatrywanie muzyki jako fenomenu oderwanego od swego wielowiekowego sensu, od metafizycznych czy teologicznych przyczyn powstawania i funkcjonowania dzieł. Dotyczy to zresztą nie tylko muzyki.
To właśnie historyczne uwikłanie muzyki w zagadnienia sensu świata i interpretowanie jej w najściślejszym związku ze spekulatywnym penetrowaniem kosmosu i z zagadnieniami czysto eschatologicznymi, Jamie James nazywa w swojej książce Wielkim Tematem.

stateczny racjonalizm i ekstatyczny mistycyzm
„Muzyka sfer. O muzyce, nauce i naturalnym porządku wszechświata”. Tytuł, którym opatrzył swą książkę autor, wymaga nieco szerszego omówienia. Dzieło nie jest w zasadzie pracą naukową, nie jest tekstem muzykologicznym, ale zarazem przekracza (w stronę fachowości) granice książki popularyzatorskiej czy nawet specjalistycznego eseju. Należałoby ją określić wręcz jako pozycję z zakresu filozofii muzyki i nauki; czy może zaliczyć do tak popularnego ostatnio na świecie gatunku historii idei.
Tekst, napisany precyzyjnie, a zarazem bardzo przystępnie, przy tym znakomicie, przykładną polszczyzną przełożony przez Mieczysława Godynia, poświęcony jest w gruncie rzeczy jednemu tematowi: paralelnym szlakom historii muzyki i historii nauki (lub też paranaukowych dociekań) czy może raczej historii myślenia o istocie muzyki, pojmowanej jako część historii nauki. Oczywiście w kręgu kultury europejskiej.
Jest to bardzo trudne pogranicze, bowiem humanistyka wciąż ściera się tu z naukami ścisłymi, a szeroko pojmowana teoria muzyki przestaje być w podobnym zderzeniu zrozumiała z powodu bardzo specjalistycznych pojęć, terminów i dźwiękowych rachub. Tymczasem Jamie James (i tłumacz też) radzi sobie z tymi problemami bez zarzutu, a nawet tak, że i laik doskonale pojmie o czym mowa, zarówno od strony matematycznej, jak i artystycznej.
Autor wychodzi więc od ujęcia interesujących go problemów w czasach, kiedy praktyka artystyczna (komponowanie i muzykowanie) nierozerwalnie była zrośnięta z teorią i zarazem z szeroko pojmowaną nauką. Praźródłem wszelkiej wiedzy ścisłej i zarazem świadomie, kunsztownie uprawianej muzyki i jej teorii są oczywiście odkrycia Pitagorasa i wyprowadzone z nich wnioski, czyli antyczna koncepcja muzycznego kosmosu, która – jak powiada Jamie James – „obejmuje i jednoczy stateczny racjonalizm z ekstatycznym mistycyzmem”.
Potem autor konsekwetnie charakteryzuje średniowiecze, renesans etc., dochodząc do najnowszych czasów. Osoby Platona, św. Augustyna, Boecjusza, V. Galilea, Ficina, A. Kirchera, Keplera, Newtona patronują swoim autorytetem ideom wspólnoty tych naukowo-muzycznych dróg, dopóki – zdaniem Jamesa – nie rozeszły się one w dobie romantyzmu. Treść książki jest niezwykle zajmująca, ale na takiej konstatacji i ewentualnym streszczeniu wywodów zapewne trzeba by poprzestać, gdyby nie rzecz, moim zdanie, najistotniejsza, czyli przesłanie tej pracy, nie całkiem skądinąd dostatecznie wyraziście przez autora wyeksplikowane, do czego w odpowiednim momencie powrócę.

sztuka – nudna, jednostajna, niepotrzebna...
Jamie James już w pierwszym rozdziale podkreśla, że fakt, iż muzyka „sprawiała przyjemność, poczytywano nie tylko za najpośledniejszy z jej przymiotów, lecz wręcz za wypaczenie jej pierwotnego powołania”. Ale „podczas gdy Platon nauczał, że wszystko, co dostępne zmysłom, jest złudzeniem, współczesna nauka głosi, że naprawdę istnieje tylko to, co można zobaczyć i dotknąć”. Wydaje się, że samo uświadomienie sobie tego prostego zestawienia, tej drogi ewolucyjnej, jaką odbyła estetyka muzyki, takie właśnie dość ostre i kontrastowe jej sformułowanie jest nadzwyczajnym walorem pracy Jamie Jamesa.
I tym sposobem powracam do uwag poczynionych na początku.
Autor „Muzyki sfer” wychodzi z założenia, że sztuka, w tym wypadku muzyka, nie istnieje dla samej siebie, nie jest wytworem o czysto estetycznym przeznaczeniu. Jest to moim zdaniem pogląd, którego wagi nie sposób przecenić. Podstawową myślą książki jest głębokie przeświadczenie o posłannictwie muzyki, o jej nader określonej roli w świecie i jej wyższym sensie, który – niestety – w miarę upływu dziejów, o ile się nie zagubił, to przynajmnie strywializował. Z całego toku wywodów autora tchnie niezachwiana i napawająca optymizmem wiara w znaczenie i doniosłość roli muzyki w świecie.
Można oczywiście z przymrużeniem oka stwierdzić, że postawa Jamie Jamesa jest mocno anachroniczna i tak zapewne potraktowałaby jego książkę naukowa muzykologia. Tym bardziej, że autor właściwie, choć bez wątpienia raczej w podtekście niż jawnie, przeciw wszelkiej nowoczesnej nauce występuje.
Problem jest jednak znacznie głębszy, stawia bowiem pytanie o genezę sztuki i roztrwonioną przez człowieka schedę po owej genezie. Owszem, to prawda, wyswobodziliśmy sztukę, muzykę, z jej pozaartystycznych uwikłań, stała się ona autonomiczna, niezależna, dumna, „sztuka dla sztuki”, owszem. Ale stała się także pusta, oderwana od absolutu, od wszelkiej transcendencji. A im dalej brniemy tą właśnie nową drogą nowej sztuki, tym bardziej okazuje się owa sztuka nudna, jednostajna, niepotrzebna.
Nie będę tu streszczać wywodów autora książki, która sama w sobie jest rodzajem streszczenia zależności i współdziałania muzyki z nauką od starożytności do współczesności, ale muszę tu przytoczyć kilka faktów z historii muzyki czy też raczej kilka punktów widzenia jej roli (nie wyłącznie tych zresztą, które J. James podaje w swoim dziele) po to, by dokładnie zaznaczyć, co ma na myśli autor pracy, a o co idzie mnie, jakiego rodzaju rozumienie muzyki zostało w książce zaprezentowane i jak wielka jest waga przykładana do artystycznych wytworów. I zarazem – co może najważniejsze – jakie aktualne wnioski dają się jeszcze wyprowadzić z Wielkiego Tematu.

drogowskaz do odnalezienia siebie 
W starożytności najwięksi myśliciele postawili muzykę w centrum najważniejszych problemów świata (Pitagoras w sensie kosmicznym, Platon w sensie etycznym), dowodząc, że estetyczna rola dzieł muzycznych nie jest ich najważniejszą cechą. Damon pierwszy sądził, że od rygorystycznego stosowania konwencji stylistycznych w muzyce uzależniony jest społeczny i polityczny ład w państwie. Według Platona to właśnie dzięki muzyce dusza świata zespolona jest w spójną całość.
W średniowieczu muzyka wchodziła w skład quadrivium, czterech nauk wyzwolonych; obok arytmetyki, geometrii i astronomii właśnie muzyka została uznana za składnik podstawowego kanonu wiedzy zajmującej się ustalaniem zasad i proporcji budowy świata. System wiedzy quadrivium, tak uformułowany przez Boecjusza, stanowił podstawę europejskiego wykształcenia przez blisko piętnaście stuleci. 
W okresie renesansu Sobór trydencki postawił muzyce wymagania, „by nie dawała tylko próżnej przyjemności uszom, lecz by słowa były jasne i zrozumiałe dla wszystkich, by serca słuchających skłaniały się do pożądania niebiańskich harmonii w kontemplacji radości błogosławionych”.
Już u progu XVIII stulecia, Fontenelle, nie mogąc się pogodzić z nową, czysto abstrakcyjną koncepcją muzyki instrumentalnej, jako sztuki oderwanej od głębszego sensu duchowego i intelektualnego, i nie przemawiającej bezpośrednio do odbiorcy konkretną treścią, a jedynie trafiającą do zmysłów, sformułował słynne pytanie: „Sonade que me veut tu?”, „Sonato, czego chcesz ode mnie?”
Wielka Rewolucja Francuska dała poniekąd właśnie na to pytanie odpowiedź: wprzęgła muzykę na zawsze w walkę społeczną i polityczną i uczyniła z niej oręż pewniejszy i potężniejszy od innych sztuk, przydała jej rolę i moc, która – nieraz potem wykorzystywana – na muzyce jako sztuce legła dwuznacznym cieniem. Niemniej stała się w historii jedynym swego rodzaju dowodem wielostronnej, ideologicznej i politycznej potęgi muzyki w świecie człowieka.
Wiek XIX z kolei przyniósł podkreślenie mistycznej roli muzyki. Ryszard Wagner stworzył dzieło dramatyczne na miarę sacrum, mszę wprowadzając w akcję sceniczną. Zrównał sztukę z religią, pokazując, że nie ma ponad nią nic świętszego.
Muzyką zajmowali się najwięksi filozofowie i myśliciele. Od Arystotelesa i św. Augustyna, do Hegla, Kierkegaarda i Heideggera. Według Schopenhauera, jedynie i wyłącznie muzyka jest bezpośrednią emanacją podstawowej siły natury: prawoli. Mann, Rilke, Proust przyznali muzyce w swej twórczości miejsce uprzywilejowane, godne szczególnych hołdów.
Nie ulega więc wątpliwości, że – bez uciekania się do kosmogonii – dla muzyki jako fenomenu nad wyraz jest charakterystyczne łączenie się ze sprawami dążącymi ku celom najwyższym czy choćby w danej epoce najważniejszym, ku problematom, z którymi w jakiś bliżej nie wyjaśniony, ale zdecydowanie wyczuwalny sposób muzyka jest ostatecznie i nierozerwalnie w ludzkim odczuciu powiązana. Muzyka zawsze miała za zadanie służyć człowiekowi jako drogowskaz do odnalezienia samego siebie, odszukania drogi do wszechświata (kosmosu) i nawiązania łączności z uniwersum.
Wynikają z tego dalsze konsekwencje w samej już zasadzie funkcjonowania muzyki.
Nauka w miarę biegu swych dziejów postępuje w kierunku przygotowania następnego szczebla rozwoju naszej wiedzy i świadomości; sztuka, której rola jest przecież zbliżona, lecz realizowana innym językiem i innymi metodami, nie trzyma się kurczowo zabiegów technicznych, którym świadomie poddał ją człowiek, sama toruje sobie drogę, wybierając na danym etapie rozwiązania najlepsze. Gdyby nie działo się właśnie tak, nigdy nie dopuszczono by do zaprzepaszczenia najdrobniejszej ze zdobyczy poprzednich wieków. A przecież mamy z tym do czynienia na każdym kroku, w setkach przykładów.
Kiedy obserwujemy intelektualny rozwój ludzkości (którego, można sądzić, ogólnie nie podaje się w wątpliwość), nikt nie twierdzi, że wszystkie pomysły i zdobycze poprzednich pokoleń zostały całkowicie i ostatecznie wykorzystane. Jest to zjawisko szczególnie jaskrawe właśnie w sztuce. Wciąż coś przepada, umyka, by zostać odgrzebane (lub nie) po stuleciach i być może wykorzystane lepiej niż przez bezpośrednich następców. Nigdy nie jest powiedziane w muzyce (ale na przykład także w filozofii, co zbliża ją przecież do sztuk), że najnowsze przekonania są słuszne, i że nie powraca się naraz do jednej myśli sprzed tysiąca lat, która nabiera nowej aktualności.

Na stronie 180 pada stwierdzenie...
Książka zawiera ogromny materiał, traktuje go skrótowo i nieco instrumentalnie, tak, by fakty raczej służyły ilustracji tezy. Jaka to teza, o tym za chwilę. Na wstępie uwag krytycznych trzeba stwierdzić, że mimo ogromnej erudycji autora, mimo jego głębokiej niewątpliwej wiedzy, wywody Jamie Jamesa nie stają na całkowicie równym poziomie. Pewne partie pracy są ciekawsze, niewątpliwie napisane lepiej, głębiej naświetlone, inne są bardziej powierzchowne i wyraźnie pozbawione samodzielnych przemyśleń. Dotyczy to zwłaszcza części omawiającej materiał (Kepler, Newton), który autor zna wyłącznie z drugiej ręki, co zresztą nader uczciwie przyznaje.
Faktem jest, że Jamie James wspaniale porusza się w starożytności, znakomicie w średniowieczu, dobrze w renesansie, nieźle w baroku, wystarczająco w klasycyzmie, wątpliwie w romantyzmie, a współczesność jest – jak zwykle – najtrudniejsza w ocenie. Tu, nie ulega wątpliwości, ukazana została tendencyjnie. W sumie to jest podstawową wadą książki, której problematyka z rozdziału na rozdział niestety zostaje spłycona. Bardzo na przykład rozczarowuje, że Jamie James zajmuje się oczywistymi i anegdotycznymi uzależnieniami „Czarodziejskiego fletu” od symboliki masońskiej, pomija zaś milczeniem rolę, jaką muzyka odgrywa w systemie estetyki Hegla, w filozofii Schopenhauera, w dziełach Kierkegaarda, w dorobku fenomenologów, u Heideggera, Adorna, Diltheya, etc., których nazwiska w ogóle nie są w książce wymieniane.
Podobne zarzuty dotyczą kwestii muzycznych. Rola Bacha w romantyzmie słusznie zostaje uwypuklona, ale na tym nie wyczerpuje się charakterystyka ducha epoki. Ogromna rola Beethovena w przełomie myślenia o roli sztuki w społeczeństwie została tylko napomknięta, itp.
Trzeba też postawić pytanie, czy nie należałoby również wzbogacić tematu o liczne przykłady z praktyki muzycznej, wydaje się bowiem, że skądinąd tak bardzo interesujące wywody J. Jamesa są nieco suche i oderwane od sztuki takiej, z jaką mamy do czynienia na co dzień.
Od strony edytorskiej należy podkreślić, że, jak wszystkie tomy serii „Mity, obrazy, symbole”, pozycja „Muzyka sfer” zostałą wydana niezwykle starannie. Błędy należą do wyjątków, choć niektóre z nich sprawiają wrażenie, że wśród grona naukowych konsultantów zabrakło muzykologa. Na przykład na stronie 180 pada stwierdzenie, że tonacja E-dur ma trzy krzyżyki; otóż nie, E-dur jest tonacją czterokrzyżykową, zaś trzema krzyżykami opatrzona jest tonacja A--dur. Na stronach 227–230 z błędem powtarzany jest niemiecki termin „Gebrauchsmusik” (bez „s”). Ale, podkreślam, to są wyjątki.

kabała, hermetyzm, okultyzm...
Podstawową jednak wadą pracy, związaną z jej zasadniczym wątkiem, jest moim zdaniem zbyt silny akcent położony na rolę myśli ezoterycznej, na nauki tajemne, okultystyczne, na dziedzictwo poglądów hermetyzmu czy pogańskiego mistycyzmu, etc. Są to intelektualne błyskotki, które Jamie Jamesa pociągają na tyle silnie, że w dużej mierze niweczą doniosłe uwagi poczynione nad wielkością problematyki.
Nie zamierzam podważać wielu stwierdzeń Jamie Jamesa, który niewątpliwie ma na temat paranaukowych zagadnień znacznie więcej ode mnie do powiedzenia, wydaje mi się jednak, że nie tam leży istota problemu. To, co Jamie James tak pięknie nazywa Wielkim Tematem, czyli myśl wiążąca muzykę z samą strukturą bytu, jest bezwzględnie najbardziej podstawową zasadą i racją istnienia muzyki, ale by tę zasadę uwypuklić, należy w historii jej rozwoju kłaść akcent na te aspekty, które niewątpliwie potwierdziły jej słuszność w sposób konstruktywny, naukowy; zbytnie wysuwanie okulistyczno-kabalistycznej spekulacji raczej problem zaciemnia i podaje w wątpliwość nawet jego bezsprzeczne momenty.
Czysta spekulacja średniowiecznych myślicieli ma znaczenie gigantyczne, jest to poszukiwanie nieco na oślep, jak zawsze kiedy nie wiemy nic; wówczas jednak każdy nowy pomysł, nawet błędny, jest powodem do chwały. W średniowieczu magia kabalistyczna czy alchemia z astrologią mogły nagle dać i nieraz dawały iskrę odkrycia, ale w okresie nowożytnym, kiedy mniej więcej było już wiadomo, w jakich kierunkach nauka powinna się rozwijać, tradycja hermetyzmu traci swe znaczenie i staje się próżną igraszką, nie należy do niej przykładać zbytniej wagi. Ciężar gatunkowy tematu, a także wiedza samego autora książki, Jamie Jamesa, zdecydowanie wymagają odgraniczenia tych dwóch rzeczy: dawnych poglądów estetycznych i filozoficznych od późniejszych niedorzecznych dociekań.
Z drugiej strony zbyt mało uwagi autor poświęcił mistycznej roli muzyki w chrześcijaństwie. Wielki Temat kosmicznej harmonii stał się po spotkaniu z chrystianizmem rodzajem artystycznej modlitwy czy też obcowania z absolutem. Nie ma tu miejsca na rozwijanie tej myśli, zupełnie oczywistej. Można także tak postawić sprawę, jak to zdaje się odczuwa Jamie James, że bez względu na to, czy przyjmujemy istnienie Boga, niebo jako takie miało zawsze dla ontologii muzyki ogromne znaczenie; jest to prawda, ale znacznie płycej pojęta niż z pozycji chrześcijańskich.

ocalić żar
Przy niezwykłej erudycji autora i jego błyskotliwym prowadzeniu wywodów nieco zaskakuje ogólny brak ostatecznych wniosków.
„W wielkiej tradycji bowiem – powiada Jamie James w zakończeniu książki – kluczem jest znalezienie własnego centrum poza samym sobą, w kosmosie, a więc – paradoksalnie – poprzez wyrzeczenie się siebie. To zaś, jak się zdaje, jest ostatnią rzeczą, do której byłaby dziś zdolna ludzkość.” Jest to zbyt mocno powiedziane; gdyby nie słowa „wyrzeczenie” i „paradoksalnie”, czyniące myśl zbyt krańcową, mógłbym się pod nią podpisać. Gdyby zamiast „poprzez wyrzeczenie się siebie” powiedzieć: „poprzez przeniesienie akcentu poza siebie”, byłbym optymistą. Sądzę, że jest na świecie wielu ludzi, dla których w dalszym ciągu, zgodnie z wielką tradycją, znalezienie własnego centrum poza sobą jest sprawą pierwszej wagi.
Ale sprowadźmy to zarazem na ziemię i do muzyki, bo i ona częściowo daje odpowiedzi na to podstawowe pytanie: co dalej z relacją człowiek – transcendencja?
Czym jest muzyka w życiu człowieka i w historii społeczeństw, do czego jest potrzebna i dokąd prowadzi? Czy myślenie o muzyce jako o zasadniczym duchowym przewodniku od starożytności do XIX w. było w gruncie rzeczy bezproduktywne i należy je po prostu przekreślić? Traktować jako muzeum myśli? Czy może wyciągnąć ostateczne wnioski, pewne sformułowania przekształcić, a ten nieprawdopodobny potencjał, do którego przez tyle wieków zmuszało piękno samej sztuki i nie mniejsze piękno jej teorii – ostatecznie ocalić?
Te najtrudniejsze bodaj dla losów muzyki pytania są pytaniami o jej sens i sposób myślenia o muzyce w XXI wieku. Trzeba się zgodzić z Jamie Jamesem, że w wieku XX sytuacja muzyki wyraźnie się zmieniła, rozszerzyła się jej potęga i niewątpliwie spłycił jej sens. Dwa znamiona dzisiejszych czasów: z jednej strony wyraźne zagubienie twórców i publiczności, z drugiej ogromny na całym świecie zwrot ku muzyce dawniejszych epok – stwarzają symptomatyczny rozziew pomiędzy najgłębszym zadaniem muzyki a masowością jej oddziaływania.
Nie ulega wątpliwości, że rozłączenie muzyki z jej najistotniejszym sensem, szeroko pojmowaną transcendencją, budzi zarazem sprzeciw wobec najnowszej twórczości i jednoczesny pęd ku sztuce minionych okresów. Zbyt suche, naukowe podejście do sztuki, ochładza jej żar; scjentyzm jest dehumanizacją, podczas gdy muzyka winna zawsze, i w obecnej epoce także, czynić to, co chińska księga I-Tsing określa jako „przerzucanie mostu ku światu niewidzialnemu”.

Przed specjalistami w tej trudnej sytuacji muzyki staje zasadniczo jedno podstawowe, choć dające się różnie sformułować pytanie:
– jak opisany rozdźwięk pogodzić,
– jak najwartościowsze elementy muzyki dawnej i muzyki najnowszej połączyć w jedność,
– jak, zamiast pogłębiać zamęt w duszach i głowach, nakierować artystyczne potrzeby ludzkości?
Jest tylko jedna droga:
– na nowo połączyć muzykę z jej pradawnym, pierwotnym sensem, z najistotniejszymi problemami nurtującymi człowieka, z szerokim oddechem humanistyki, z zagadnieniami transcendentnymi;
– znaleźć złoty środek pomiędzy tradycją naukową a tradycją mistyczną – po to, by wytłumaczyć, spożytkować i rozwijać dalej to wszystko, co oferuje przez tysiące lat rozwijająca się sztuka. 

Jamie James, „Muzyka sfer. O muzyce, nauce i naturalnym porządku wszechświata”. Przełożył Mieczysław Godyń, seria: Mity, obrazy, symbole; Wydawnictwo Znak, Kraków 1996.

Krzysztof Lipka – ur. w 1949 r. w Łodzi. Pisarz („Pensjonat Barataria”, „Wariacje z fletem”), muzykolog, historyk sztuki, autor słuchowisk radiowych. 












 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl