Muzyka: wieczna i ulotna




Nowy rząd dusz


Allan Bloom


O ile studenci nie są miłośnikami literatury, to z całą pewnością przepadają za muzyką. Nic bardziej nie wyróżnia tego pokolenia, aniżeli nałóg słuchania muzyki. Żyjemy w epoce muzyki i stanów duszy, które jej towarzyszą. Aby znaleźć tej miary entuzjazm, trzeba by się cofnąć przynajmniej
o sto lat do Niemiec, trawionych pasją do oper Ryszarda Wagnera. Istniało wówczas religijne niemal poczucie, że Wagner stwarza sens życia, a publiczność nie tylko słucha jego dzieł, lecz one jej tego sensu użyczają. 


Dzisiaj bardzo duży odsetek ludzi w wieku od dziesięciu do dwudziestu lat żyje dla muzyki. Muzyka jest ich namiętnością; nic ich tak bardzo nie przejmuje jak muzyka; nie potrafią traktować poważnie niczego, co jest muzyce obce. Kiedy są w szkole lub z rodziną, tęsknią za tym, by powrócić do swej muzyki. Wszystko, co ich otacza – szkoła, rodzina, kościół – pozostaje poza ich muzycznym uniwersum. To zwyczajne życie w najlepszym razie jest neutralne, lecz z reguły stanowi przeszkodę, coś pozbawionego istotnych treści, a nawet rzecz, przeciw której należy się zbuntować. Oczywiście, wagneryzm był ograniczony do bardzo wąskiego kręgu ludzi, znajdował upust jedynie z rzadka i tylko w wybranych ośrodkach kultu, a nowe dzieła powstawały bardzo powoli.
Tymczasem muzyka nowych pasjonatów nie zna barier ani klasowych, ani narodowych. Jest dostępna w każdym miejscu i o każdym czasie. Można jej słuchać w domu i w samochodzie, na koncertach, z wideo, ze specjalnych kanałów telewizyjnych nadających wyłącznie muzykę przez 24 godziny na dobę. Są wreszcie walkmany, wobec czego studenci mogą obcować z tą Muzą absolutnie wszędzie: w metrze i autobusie, w bibliotece – nawet podczas nauki. Przede wszystkim zaś muzyczna dżungla rozkwita z tropikalną bujnością. Nie ma już potrzeby czekać na jednego kapryśnego geniusza. Geniuszy jest wielu, stale obecnych na rynku. Ciągle pojawiają się też nowi twórcy, by zająć miejsce upadłych bohaterów. Nie można narzekać na brak nowych, zaskakujących dokonań.

JAGGERA SPÓR Z PLATONEM
Symptomem tej przemiany jest to, jak poważnie dzisiejsi studenci traktują słynne ustępy „Państwa” Platona, poświęcone wychowaniu muzycznemu. Dawniej studenci, jak zawsze zagorzali liberałowie, byli oburzeni cenzurowaniem poezji jako zagrożeniem dla wolności myślenia. Tak naprawdę chodziło im jednak o naukę i politykę. Prawie wcale nie zwracali uwagi na fragmenty dotyczące muzyki, a jeśli się w ogóle nad nimi zastanawiali, byli wręcz zdziwieni, że Platon poświęca tyle miejsca rytmowi i melodii w poważnej rozprawie z dziedziny filozofii politycznej. Doświadczali muzyki jako rozrywki, czegoś obojętnego wobec życia politycznego i moralnego.
Dzisiejsi studenci doskonale wiedzą, dlaczego Platon traktuje muzykę tak poważnie. Wiedzą, że ma ona bardzo głęboki wpływ na życie i są oburzeni, gdyż Platon sprawia wrażenie, jakby chciał ich pozbawić najbardziej intymnej przyjemności. Wdają się z Platonem w spór na temat odbioru muzyki. Dysputa skupia się na tym, jaką przypisać muzyce wartość i jak ją skategoryzować. To zderzenie stanowisk nie tylko pomaga naświetlić zjawisko dzisiejszej muzyki, lecz także dostarcza wzoru, według którego można ze współczesnymi studentami prowadzić zajęcia z klasyki. Sam fakt, że Platon budzi w nich taką wściekłość, świadczy o tym, że stanowi on zagrożenie dla czegoś, co jest im drogie i bliskie. Zupełnie nie potrafią bronić swego doświadczenia, które wydawało się niekwestionowane, dopóki zakwestionowane nie zostało i które wydaje się odporne na chłodną analizę. Jednak jeżeli student potrafi – co jest bardzo trudne i należy do rzadkości – cofnąć się o krok, aby uzyskać krytyczny dystans wobec tego, czego się kurczowo trzyma, jeżeli poda w wątpliwość ostateczną wartość tego, co kocha, postawił pierwszy, najtrudniejszy krok na drodze do filozoficznego nawrócenia. Gniew jest orężem, jakim posługuje się dusza, aby nie pozwolić się zranić zwątpieniu w wartość tego, co hołubi. Gniew ustanawia nowy porządek w kosmosie, aby własna sprawa wydawała się słuszna. Usprawiedliwia mord na Sokratesie.
Zrozumieć, czym jest naprawdę gniew, to poznać swą duszę: jest to zatem doświadczenie dziesięćkroć bardziej filozoficzne, aniżeli studiowanie matematyki. Platon nauczał, że muzyka ze swej natury ogarnia wszystko, co jest dzisiaj najbardziej oporne wobec filozofii. Być może zatem przez gęstwinę naszego największego zepsucia wiedzie ścieżka ku poznaniu najstarszych prawd. 
Pogląd Platona na muzykę przedstawia się, w uproszczeniu, następująco: rytm i melodia, połączone z tańcem, stanowią barbarzyńską ekspresję duszy. Barbarzyńską, nie zwierzęcą. Muzyka jest motorem ludzkiej duszy w stanie najwyższego zachwytu i trwogi. Nietzsche, który w dużej mierze zgadza się z analizą Platona, mówi w „Narodzinach tragedii” (nie należy zapominać o pozostałej części tytułu: „z ducha muzyki”), że stan ten (który był oczywiście religijny, oddany na służbę bogom) charakteryzowało połączenie okrucieństwa i prymitywnej zmysłowości. Muzyka jest pierwotnym i podstawowym językiem duszy, jej alogonem, pozbawionym artykułowanej mowy czy rozumowania. Nie tylko nie jest rozumna, jest wręcz rozumowi wroga. Nawet kiedy dołączona zostaje artykułowana mowa, pozostaje całkowicie podporządkowana i zdeterminowana przez muzykę i namiętności, które wyraża.
 
nowi korybanci
Cywilizacja, czy też – co oznacza to samo – edukacja, polega na oswajaniu bądź przysposabianiu surowych porywów duszy: nie tłumi ich ani nie amputuje, gdyż pozbawiłoby to duszę energii, lecz je kształtuje i nadaje im sens. Owym kształtowaniem i nadawaniem sensu prymitywnym namiętnościom jest sztuka. Absolutne zestrojenie impulsywnej części duszy z częścią rozumną, która rozwija się później, jest chyba nieosiągalne, lecz bez tego człowiek zawsze pozostanie niedokończony. Muzyka – bądź poezja, w którą przeradza się muzyka, gdy pojawia się rozum – zawsze balansuje chybotliwie pomiędzy namiętnościami a rozumem. Nawet w najwyższych i najbardziej rozwiniętych formach – w muzyce religijnej, wojennej i miłosnej – równowaga ta zawsze ciąży ku namiętnościom. 
Muzyka, czego każdy doświadczył, dostarcza niekwestionowalnego uzasadnienia czynnościom, którym towarzyszy i przepaja je radością: żołnierz, który kroczy w takt marsza bojowego, czuje uniesienie i pewność, że walczy w słusznej sprawie; człowieka religijnego wspomaga w modlitwie gra organów w kościele; kochanek daje się porwać namiętnościom i nie słyszy wyrzutów sumienia przy romantycznych dźwiękach gitary. Uzbrojony w muzykę, człowiek może sobie drwić z podsuwanych przez rozum wątpliwości. Z muzyki rodzą się zestrojeni z nią bogowie, po czym nauczają ludzkość swym przykładem i swymi przykazaniami. Platoński Sokrates poskramia swe zachwyty, toteż daje ludziom niewiele pociechy i nadziei. Zgodnie z formułą sokratejską, muzykę, czyli harmonię i rytm, musi określać tekst, czyli mowa, a co za tym idzie – rozum. Muzyka czysta nie spełnia tego wymogu. 
Studenci nie są odpowiednio przygotowani, by zaznawać rozkoszy rozumu, toteż widzą w nim tylko karzącego i trzymającego w ryzach rodzica. Widzą jednak także, w przypadku Platona, że rodzic odgadł, co im chodzi po głowie. Platon naucza, że aby zmierzyć duchową temperaturę jednostki lub społeczeństwa, należy sprawdzić, jakiej muzyki słuchają. Dla Platona i Nietzschego historia muzyki stanowi ciąg prób, by nadać kształt i piękno mrocznym, chaotycznym, instynktownym porywom duszy, by oddać je w służbę wyższego celu – ideału. Wystarczająco czytelnymi tego przykładami są treści religijne u Bacha czy rewolucyjne i humanistyczne u Beethovena. Tego rodzaju wykorzystanie namiętności nie tylko je zaspokaja, lecz i sublimuje oraz nadaje im artystyczną jedność.
Człowiek, którego najwznioślejszym czynnościom towarzyszy muzyka, wyrażająca te czynności, a jednocześnie dostarczająca przyjemności od najniższych cielesnych po najwyższe duchowe, nie jest rozdarty, a jedynie przeżywa napięcie pomiędzy tym, co przyjemne, a tym, co dobre. Natomiast człowiek, którego praca jest prozaiczna i pozbawiona muzyki, czas wolny wypełniają mu prymitywne, frenetyczne rozrywki, jest podzielony, a dwie strony jego istnienia są ze sobą w stanie wojny. Dla tych zatem, którym leży na sercu zdrowie psychiczne, muzyka stanowi samo sedno wychowania, zarówno ze względu na zaspokajanie namiętności, jak i na przygotowanie duszy do nieskrępowanego użycia rozumu.
Naczelne miejsce muzyki w wychowaniu uznawali wszyscy starożytni pedagodzy. Rzadko się dziś zauważa, że w „Polityce” Arystotelesa najważniejsze fragmenty na temat najlepszego ustroju dotyczą edukacji muzycznej, czy też że „Poetyka” stanowi dodatek do „Polityki”. Filozofia klasyczna nie stosowała wobec śpiewaków cenzury: stosowała perswazję (...). 
Muzyka powraca tylko u dwóch wielkich krytyków oświecenia i racjonalizmu, Rousseau i Nietzschego, najbardziej muzykalnych spośród filozofów. Obaj uważali, że namiętności – a zarazem służebne im dziedziny sztuki – skarlały pod władzą rozumu, wobec czego skarlał też człowiek i to, co dostrzega on w świecie. Pragnęli pielęgnować wzniosłe stany duszy i na nowo doświadczyć korybanckiego opętania, które Platon miał za rodzaj patologii. Szczególnie Nietzsche pragnął powrotu do irracjonalnych źródeł naszej żywotności, pragnął, by wyschły strumień znów spłynął wodą z barbarzyńskiej krynicy. Drogę do tego celu widział w dionizyjskości i jej pochodnej – muzyce.
 
niema mowa...
Takie jest znaczenie muzyki rockowej. Nie sugeruję, że zrodziła się ona z jakichś intelektualnych inspiracji. Do swej olbrzymiej roli w wychowaniu młodzieży urosła jednak na zgliszczach muzyki klasycznej, w klimacie braku intelektualnego sprzeciwu wobec czerpania z najniższych instynktów. Współcześni racjonaliści, z ekonomistami na czele, są obojętni wobec muzyki rockowej i tego, co ona reprezentuje. Całym sercem opowiadają się za nią irracjonaliści. Nie ma potrzeby się lękać, że ze zblazowanych dusz naszych nastolatków wypełzną nietzscheańskie „płowe bestie”. Jednakże muzyka rockowa odwołuje się tylko do jednej, najbardziej barbarzyńskiej ze wszystkich, namiętności: pożądania płciowego; nie do miłości, nie do Erosa, lecz do raczkującego i nie wykształconego pożądania płciowego. Dostrzega pierwsze przejawy rodzącej się zmysłowości u dzieci i traktuje je poważnie, nie jako maleńkie zarodki, które należy starannie pielęgnować, aby rozkwitły w piękne kwiaty, lecz jako coś w pełni dojrzałego. Muzyka rockowa podaje dzieciom, na srebrnej tacy i sygnowane autorytetem przemysłu rozrywkowego, wszystko to, o czym rodzice mówili: zaczekaj, aż będziesz starszy i lepiej zrozumiesz. 
Nieuniknionym skutkiem ubocznym wczesnych zainteresowań seksualnych jest bunt wobec autorytetu rodziców, którzy usiłują te zainteresowania stłumić. Egoizm przechodzi tą drogą w oburzenie, po czym przekształca się w system moralny. Rewolucja seksualna musi zniszczyć wszystkie siły dominacji, pokonać wszystkich wrogów natury i szczęścia. Z miłości rodzi się nienawiść, pod płaszczykiem reformy społecznej. Seks staje się osią światopoglądu. Uprzednio nieświadome lub półświadome dziecięce resentymenty stają się nowym Pismem Świętym. Potem przychodzi tęsknota za bezklasowym, wolnym od uprzedzeń i konfliktów, uniwersalnym społeczeństwem, które jest koniecznym skutkiem wyzwolonej świadomości. „We are the World” to nastoletnia wersja „Alle Menschen werden Brüder”, wizji, której spełnienie uniemożliwiali polityczni odpowiednicy mamy i taty.
Oto trzy wielkie tematy tekstów: seks, nienawiść i bałamutna, obłudna wersja braterskiej miłości. Z tych skażonych źródeł wypływa błotnisty strumień, w którym pływać mogą tylko potwory. Wystarczy rzut oka na obrazy wyświetlane na ścianie jaskini Platona, odkąd jej administrację przejęło MTV, aby się przekonać o słuszności tego poglądu. Zdumiewająco często w pikantnych kontekstach pojawia się tam postać Hitlera. W scenkach tych nie ma miejsca na nic szlachetnego, podniosłego, głębokiego, delikatnego, wysmakowanego czy choćby przyzwoitego. Znajduje się tam wszystko, co gwałtowne, zmienne, prymitywne i bezpośrednie.
Tocqueville ostrzegał nas, że taki właśnie będzie charakter demokratycznej sztuki, lecz jej obecna siła oddziaływania, autorytet społeczny i zawartość przerosły jego najgorsze oczekiwania. Wyobraźcie sobie trzynastolatka siedzącego w salonie rodzinnego domu i odrabiającego zadanie z matematyki ze słuchawkami walkmana na uszach lub przy telewizorze włączonym na MTV. Chłopiec korzysta ze swobód wywalczonych na przestrzeni wieków dzięki przymierzu politycznego geniuszu i politycznego heroizmu, swobód uświęconych krwią męczenników; korzysta z wygód i czasu wolnego dzięki najbardziej wydajnej gospodarce w historii ludzkości; nauka zgłębiła tajemnice natury, aby dostarczyć mu wspaniałego systemu odtwarzania dźwięku i obrazu. Co stanowi uwieńczenie tego postępu? Dorastające dziecko, którego ciało podryguje w takt orgiastycznych rytmów; którego uczucia wyrażają się w hymnach na cześć rozkoszy onanizmu bądź mordowania rodziców; którego ambicją jest zdobycie sławy i bogactwa poprzez naśladowanie nieokreślonej płci rockmana. Słowem, życie zamienia się w nieprzerwaną, komercyjnie konfekcjonowaną fantazję masturbacyjną.
Opis ten może się wydać przesadny, lecz tylko osobom, które nie chcą dopuścić do siebie myśli o jego prawdziwości. Stała obecność muzyki w życiu młodzieży jest faktem, nie ograniczonym do konkretnej klasy społecznej czy charakteru dziecka. Wystarczy zapytać studentów pierwszego roku na uniwersytetach, jakiej słuchają muzyki, jak często i jak wiele ona dla nich znaczy, aby się przekonać, że zjawisko to jest w Ameryce powszechne, że zaczyna się podczas pokwitania lub nieco wcześniej i utrwala się w szkole średniej. Muzyka rockowa jest tożsama z kulturą młodzieżową: jak już wielokrotnie twierdziłem, nie istnieje obecnie żadna konkurencyjna strawa dla ducha. Potęga tej kultury bierze się częściowo z faktu, że muzyka jest taka głośna. Ponieważ uniemożliwia rozmowę, przyjaźń musi w dużej mierze obywać się bez współuczestnictwa w mowie, która według Arystotelesa stanowi istotę przyjaźni i jedyny obszar prawdziwego spotkania. W przypadku muzyki rockowej podstawą współżycia są złudzenia wspólnych uczuć, kontakt cielesny i bełkotliwe formułki. To wszystko nie przeszkadza w udziale w codziennym życiu, chodzeniu do szkoły i odrabianiu zadań. Istotne życie wewnętrzne całkowicie zawiera się jednak w kręgu muzyki.
 
ROCKOWI BARONI
Zjawisko to, choć szokujące i nie do przyjęcia, pozostaje jednak prawie nie zauważane, jakby było czymś zwyczajnym i nie ulegającym kwestii. Tymczasem fakt, że młodzież w ten sposób pożytkuje swą najlepszą energię, ma wymiar historyczny. Przyszłe cywilizacje zadumają się nad tym i uznają za coś równie niezrozumiałego, jak dla nas nie do pojęcia jest system kastowy, palenie czarownic na stosie, haremy, ludożerstwo i walki gladiatorów.
Być może należy do reguły, że największy obłęd, jaki trawi społeczeństwo, jemu samemu wydaje się czymś normalnym. Opisane przeze mnie dziecko ma rodziców, którzy poświęcali się, aby zapewnić mu godziwe życie i zrobiliby wszystko, aby ujrzeć go w przyszłości szczęśliwym. Z pewnością nie sądzą, aby do jego szczęścia w zbyt dużej mierze przyczyniło się muzyczne powołanie. Nie potrafią jednak nic w tej sprawie zrobić. Duchowa pustka w rodzinie pozostawiła otwarte pole dla muzyki rockowej, a rodzice nie mogą zakazać dziecku jej słuchania. Muzyka rockowa jest wszędzie, słuchają jej wszystkie dzieci, a zakaz oznaczałby utratę rodzicielskiego autorytetu i uczuć dzieci. Kiedy włączą telewizję, zobaczą Ronalda Reagana, który serdecznie ściska urękawicznioną, podaną z książęcym majestatem dłoń Michaela Jacksona, zasypanego następnie deszczem prezydenckich pochwał. Lepiej spuścić klapki na oczy i uznać, że dziecko jakoś sobie poradzi. Jeśli wcześnie zacznie życie seksualne, nie przeszkodzi mu to w późniejszym utrzymywaniu stałych związków; branie narkotyków skończy się na marihuanie; szkoła przeciwstawi temu wszystkiemu autentyczne wartości. Ostatecznego zaś rozgrzeszenia udziela popularny historyzm: dla każdej nowej sytuacji istnieje nowy styl życia, a rolą starszego pokolenia nie jest narzucanie wartości, lecz pomoc młodym w znalezieniu swoich własnych.
Telewizja, która w porównaniu z muzyką odgrywa niewielką rolę w kształtowaniu charakteru młodzieży, to monstrum kompromisu – prawica sprawdza, czy w programach nie ma zbyt wiele seksu, lewica sprzeciwia się nadmiarowi przemocy, a liczne inne zainteresowane sekty pragną ocenzurować wiele innych dziedzin. Muzyka pozostała jednak prawie nietknięta, a podejmowane dotychczas wysiłki są zarówno nieskuteczne, jak i oparte na błędnych przesłankach co do natury i zasięgu problemu. 
Rezultatem jest zupełna utrata kontroli rodziców nad wychowaniem moralnym dzieci w epoce, w której nikt inny się tym poważnie nie zajmuje. Osiągnięcie to może sobie przypisać sojusz dziwacznych młodych mężczyzn, którzy posiadają dar krystalizowania nieokreślonych pragnień tłumu – współczesna wersja Trazymacha, retorycznego adwersarza Sokratesa – i dyrektorów wytwórni płytowych, nowych „baronów-złodziei” (ukute przez XIX-wiecznych dziennikarzy określenie magnatów przemysłowych, którzy doszli do majątku nieuczciwymi i bezwzględnymi metodami – T.B.), którzy znaleźli w rocku kopalnię złota. Kilka lat temu odkryli, że dzieci stanowią jedną z nielicznych w kraju grup społecznych o sporych wolnych dochodach, w postaci kieszonkowego. Ich rodzice wydają wszystkie pieniądze na utrzymanie dzieci. Poprzez odwołanie się do dzieci ponad głowami rodziców i zbudowanie dla nich sztucznego raju, wytwórnie płytowe stworzyły jeden z największych rynków zbytu w powojennej gospodarce.
 
Słuszne opium dla ludu
Przemysł rockowy to modelowy przykład kapitalizmu, który zaspokaja popyt, zarazem go kreując. Pod względem statusu moralnego dorównuje handlowi narkotykami, lecz zjawisko było tak nowe i nieoczekiwane, że nikt nie pomyślał o jego kontrolowaniu, a teraz jest już za późno. Jakiś postęp da się osiągnąć w walce z paleniem papierosów, ponieważ nasz relatywizm i brak norm nie rozciąga się na sprawy dotyczące zdrowia fizycznego. We wszystkich innych dziedzinach wartość określa rynek. (Do nielicznej w Ameryce grupy miliarderów zalicza się Yoko Ono, wraz z potentatami naftowymi i komputerowymi, bowiem jej mąż wyprodukował i sprzedał towar o porównywalnej wartości.) Rock to potężny biznes, większy niż przemysł filmowy, sport zawodowy, większy nawet niż telewizja, co częściowo tłumaczy, dlaczego przemysł muzyczny cieszy się takim prestiżem. Trudno jest dostroić wzrok do zmian, jakie zaszły w gospodarce i dostrzec, co się w niej naprawdę liczy. McDonald’s zatrudnia dziś więcej pracowników, niż amerykańskie hutnictwo; analogicznie – dostarczyciele szybkiej strawy dla ducha wyparli zawody, które zaspokajają bardziej podstawowe potrzeby.
Zmiana ta trwa już od wielu lat. Pod koniec lat 50. de Gaulle przyznał Brigitte Bardot jedno z najwyższych francuskich odznaczeń państwowych. Nie mogłem tego zrozumieć, lecz okazało się, że obok samochodów Peugeota, aktorka stanowiła najważniejszy towar eksportowy Francji. W miarę jak narody zachodnie rosły w dostatek, czas wolny – z którego przez kilka stuleci nie korzystano, aby zdobyć majątek (który korzystanie z wolnego czasu umożliwia) – nareszcie wysunął się na pierwsze miejsce. Zarazem jednak całkowicie zagubiła się idea poważnego życia wolnego od pracy, jak również poczucie smaku i zdolność ludzi, by takie życie prowadzić. Czas wolny stał się równoznaczny z rozrywką. Celem, do którego przez tyle lat z mozołem dążono, okazała się zabawa, co można uznać za usprawiedliwione, o ile środki uświęcają cele.
Przemysł muzyczny jest tutaj czymś szczególnym tylko w tej mierze, iż zwraca się niemal wyłącznie do dzieci, traktując prawnie i biologicznie niedokończone istoty, jakby były gotowe czerpać z wszelkich życiowych rozkoszy. Być może przemysł muzyczny obnaża tym samym naturę naszej rozrywki w ogóle, naszą utratę jasnego poglądu na to, czym jest dorosłość i dojrzałość, jak również naszą niezdolność do stawiania sobie celów. Z pustki wartości rodzi się uznanie za cele naturalnych faktów. W tym przypadku celem jest dziecięcy seksualizm; podejrzewam, że nieobecność innych jasno wytyczonych celów skłania wielu dorosłych do uznania, że płciowość młodzieży może być celem samym w sobie.
Interesujące jest spostrzeżenie, że lewica, która chlubi się krytycznym stosunkiem do „schyłkowego kapitalizmu”, a w ocenie innych zjawisk kultury jest bezlitosna i surowa, muzyce rockowej – ogólnie biorąc – udzieliła amnestii. Wydzielając ją z kapitalistycznego żywiołu, w którym tak znakomicie się rozwija, lewica uważa muzykę rockową za sztukę mas, która przebiła skorupę burżuazyjnej represji kulturowej. Jej bunt wobec społecznych reguł i tęsknota za światem bez ograniczeń może się wydawać wezwaniem do rewolucji proletariackiej. Marksiści z pewnością dostrzegają również, że muzyka rockowa rozsadza przekonania i zasady moralne konieczne dla istnienia społeczeństwa liberalnego i już z tego powodu darzą ją aprobatą. 
Wzniosłe życie intelektualne i prymitywny świat rocka są partnerami w tym samym przedsięwzięciu rozrywkowym. Należy je interpretować jako wrosłe w kulturową substancję schyłkowego kapitalizmu. Ich sukces wywodzi się z potrzeby mieszczanina, by nie czuć się mieszczaninem, by prowadzić niegroźny flirt z nieograniczonym. Za te eksperymenty gotów jest on drogo zapłacić.

odwet nudy
Nie zajmuję się tutaj moralnymi skutkami tej muzyki – czy prowadziłaby ona do przedwczesnego seksu, przemocy czy narkomanii. Zajmuję się skutkami, jakie wywiera na wychowanie: uważam, że rujnuje ona wyobraźnię młodych ludzi i niemal uniemożliwia jakikolwiek żarliwy stosunek do sztuki i myśli, które są treścią edukacji liberalnej. Pierwsze doświadczenia zmysłowe przesądzają o smaku na całe życie, stanowią ogniwo pomiędzy aspektem zwierzęcym i aspektem duchowym człowieka.
Okres budzącej się zmysłowości zawsze służył sublimacji: młodzieńcze skłonności i tęsknoty znajdowały swój przedmiot w muzyce, obrazach i opowieściach, które umożliwiają przejście do wypełniania ludzkich obowiązków i czerpania z ludzkich radości. Lessing napisał o greckiej rzeźbie: „Piękni ludzie wyrzeźbili piękne posągi, a miasto miało piękne posągi częściowo w podzięce za pięknych mieszkańców”. Sformułowanie to streszcza podstawową zasadę estetycznego wychowania człowieka. Młodych ludzi pociągało piękno bohaterów, których ciała wyrażały ich szlachetność. Głębsze zrozumienie znaczenia szlachetności przychodzi później, lecz jest ono przez doświadczenie zmysłowe przygotowane i faktycznie w nim zawarte. Dzięki temu nie występuje napięcie pomiędzy tym, za czym tęsknią zmysły, a tym, co rozum później uznaje za dobre.
Edukacja nie polega na prawieniu dzieciom kazań na temat ich instynktów i przyjemności, lecz na zapewnianiu naturalnej ciągłości pomiędzy tym, co czują, a tym, czym mogą i powinny być. Umiejętność ta zatraciła się jednak. Dziś dotarliśmy do przeciwnego bieguna. Muzyka rockowa rozbudza namiętności i dostarcza wzorców, które nie mają nic wspólnego z życiem, jakie mogłaby prowadzić młodzież uniwersytecka, bądź też z podziwem dla sztuki i myśli, do którego zachęca edukacja liberalna. Bez udziału uczuć każde studia prócz technicznych są martwą literą. 
Muzyka rockowa dostarcza przedwczesnej ekstazy i pod tym względem podobna jest do sprzymierzonych z nią narkotyków. Sztucznie wytwarza uniesienie, które w sposób naturalny łączy się ze spełnieniem najwznioślejszych osiągnięć – zwycięstwem w słusznej wojnie, skonsumowaną miłością, twórczością artystyczną, obrządkiem religijnym i odkryciem prawdy. Bez wysiłku, bez talentu, bez męstwa, bez zaangażowania władz umysłowych, wszędzie i każdemu przyznane jest równe prawo do korzystania z ich owoców. 
Z mojego doświadczenia wynika, że studentom, którzy mieli poważniejszą styczność z narkotykami – i zdołali się od nich wyzwolić – z trudnością przychodzi się zdobyć na wielki entuzjazm i wielkie nadzieje. Przyjemność, której doświadczyli na początku, była tak intensywna, że już jej nie oczekują na końcu, nie widzą też w niej celu. Zdarza się, że doskonale funkcjonują, lecz beznamiętnie, rutynowo. Ich zasoby energii zostały wyczerpane, nie spodziewają się, żeby ich aktywność życiowa przyniosła cokolwiek innego prócz środków do życia, natomiast edukacja liberalna ma za zadanie wytworzyć przekonanie, że przyjemne jest dobre życie, a najprzyjemniejsze jest życie najlepsze. Podejrzewam, że nałóg rockowy, szczególnie przy braku silnych czynników równoważących, wywiera podobny skutek, co narkotyki. 
Studenci otrząsną się kiedyś spod wpływu tej muzyki, a przynajmniej przestanie ona być ich jedyną namiętnością. Lecz zrobią to w ten sam sposób, w jaki zdaniem Freuda ludzie uznają zasadę rzeczywistości – jako coś trudnego, ponurego i z natury nieprzyjemnego, jako czystą konieczność. Będą studiować ekonomię lub wolne zawody i gdy opadnie z nich kostium Michaela Jacksona, pod spodem ukaże się nieskazitelny trzyczęściowy garnitur. Będą pragnęli kariery i komfortowego życia. Lecz życie to będzie równie puste i fałszywe, jak to, które pozostawili za sobą. Mając do wyboru świat mocnych przeżyć i nudną kalkulację, wybiorą to drugie.
Tymczasem edukacja liberalna miała ich nauczyć, że jest to fałszywa alternatywa. Dopóki jednak będą mieć na uszach słuchawki walkmana, nie usłyszą, co ma im do powiedzenia wielka tradycja. A kiedy po długim czasie nareszcie zdejmą słuchawki, stwierdzą, że są głusi.

Allan Bloom
przekład: Tomasz Bieroń


Tekst niniejszy jest fragmentem książki Allana Blooma „Umysł zamknięty: O tym, jak amerykańskie szkolnictwo wyższe zawiodło demokrację i zubożyło dusze dzisiejszych studentów”, która wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. 
Tytuł, skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji „TP”.












 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl