|
Śmierć teatru?
Teatr Telewizji
Robić swoje
Jacek Wakar
W cieniu sporów o przyszłość Teatru Narodowego toczy się dyskusja o Teatrze Telewizji. Rozpoczął ją głośny artykuł Tadeusza Nyczka, który w końcu 1994 roku, na łamach
„Gazety Wyborczej” dowodził, że instytucja Teatru Narodowego jest dziś niepotrzebna, gdyż jej funkcję spełnia z powodzeniem właśnie Teatr Telewizji. Pomysł Nyczka wywołał sporo zamieszania – ludzie interesujący się teatrem zaczęli coraz częściej kojarzyć ze sobą obie instycje. Chyba niesłusznie.
Oddawany do użytku Narodowy jest bowiem bytem bardzo mglistym. Nikt nie wie, jaki będzie jego zespół i repertuar. Ostatnie lata przed pożarem budynku, a także, patrząc z perspektywy czasu, cała dekada lat 70., nie są tradycją, do której należałoby się odwoływać. Natomiast Teatr Telewizji działa nieprzerwanie od ponad czterdziestu lat – wykształcił własną estetykę i zdobył widownię. Choć nie zawsze utrzymuje się na równie wysokim poziomie, jego istnienie – nie tylko dla środowiska teatralnego – stało się faktem oczywistym. Dlatego myślę – podobnie jak jego szef, Jerzy Koenig – że nie potrzebuje on takich porównań.
TEATR KUTZA
Teatr TV to zjawisko na ogromną skalę. W ramach Teatru Poniedziałkowego, Studia Teatralnego Dwójki, Teatru Rozmaitości, Teatru Sensacji i Sceny Młodego Widza, emituje ponad 150 premierowych przedstawień rocznie. Każde z nich ogląda kilka milionów widzów, co jest wielokrotnością sezonowej widowni wszystkich teatrów dramatycznych w Polsce. Jeśli dodamy pokazywane regularnie powtórki, zrozumiemy, że siła oddziaływania Teatru TV nie da się porównać z żadną inną polską sceną.
Nie można chyba mówić dziś o jednolitej linii programowej Teatru Telewizji. Swoje propozycje zgłaszają producenci (dzięki decentralizacji mediów, spektakle produkują małe i duże firmy producenckie, które – proponując własne tytuły – wpływają na repertuar), ale przede wszystkim jest to teatr inscenizatorów. Niegdyś była to głównie wielka trójka reżyserów: Adam Hanuszkiewicz, Jerzy Antczak i Jerzy Gruza. Dziś, od ponad dziesięciu lat najważniejszym twórcą tej sceny pozostaje Kazimierz Kutz. W latach 80. jego telewizyjne inscenizacje należały do najważniejszych w całym teatralnym polskim pejzażu. Kutz wystawia głównie teksty współczesne, z rzeczy rdzennie polskich potrafi wypreparować uniwersalny dramat, nie zatracając przy tym ich niewątpliwej odrębności, przywiązania do czasu i miejsca. Tak było ze słynną realizacją
„Do piachu” Różewicza, ze „Starym portfelem” Bieniasza czy, to przykłady z dramaturgii obcej,
„Opowieściami Hollywoodu” Hamptona lub „Samobójcą” Erdmana. Ostatnio Kutz zakończył realizację trzech sztuk, które Jan Kott uznał za najważniejsze w powojennej Polsce: po
„Do piachu” wyreżyserował „Antygonę w Nowym Jorku” Głowackiego i
„Emigrantów” Mrożka. Bezkompromisowo, boleśnie rozdrapywał polskie rany, nie szukał łatwego ukojenia. Dlatego nieco zaskakuje inscenizacja
„Rodziny” Słonimskiego – w tym znakomitym połączeniu tonu poważnego i wręcz farsowego dochodzi bowiem do głosu nostalgia, chęć uznania Polski za krainę prawie mityczną, kraj dobrych, choć czasem bardzo śmiesznych ludzi.
WSZYSTKIEGO PO TROCHU
W repertuarze Teatru TV – tworzonym po to, aby zaspokajać artystyczne ambicje, ale przede wszystkim, by znaleźć swojego odbiorcę – widać zasadę
„wszystkiego po trochu”: trochę klasyki i współczesności, dramatu i komedii, propozycji dla ambitnego widza i takich, które obejrzy każdy. Dość mocno trzyma się klasyka. Pamiętamy jeszcze głośnego
„Kordiana” w reżyserii Jana Englerta, przedstawienie traktujące dramat Słowackiego w sposób bardzo współczesny i właściwy widowisku telewizyjnemu, a tymczasem Englert nosi się już z zamiarem realizacji
„Dziadów”. Nie tak dawno oglądaliśmy „Horsztyńskiego”, przemknął
„Aktor” Norwida. Za mało jest natomiast nowych przedstawień Fredrowskich, rzadko gości na ekranach
„mała klasyka” – jeśli jest, to tylko Zapolska, sporadycznie Bałucki.
Ważne jest jednak, że Teatr Telewizji umożliwia spotkanie z dziełami, gdzie indziej nie granymi. Należą do nich inscenizacje sztuk Schillera –
„Maria Stuart”, „Don Carlos”, „Zbójcy”. Okazuje się, że dzięki tym realizacjom można znaleźć materiał na znakomite role (np. Dorota Segda jako Maria Stuart), usłyszeć nowy świetny przekład
(„Zbójcy” Jacka St. Burasa) i – co najważniejsze – operując filmowym skrótem, przybliżyć te dzieła wrażliwości dzisiejszego odbiorcy. Jest to zadanie, z którym teatry
„żywego planu” nawet nie próbują się zmierzyć – nie pamiętam, kiedy ostatnio sięgnięto po
„Krystynę” Strindberga, która właśnie w telewizji doczekała się ciekawej realizacji. W telewizji łatwiej jest, na podstawie klasycznego tekstu, tworzyć przedstawienie żywe, mówiące o naszych dzisiejszych sprawach. Dobrym przykładem jest tu
„Don Juan” Moliera w reżyserii Leszka Wosiewicza, z wielką rolą Andrzeja Seweryna czy Szekspirowski
„Koriolan” (dramat również od dawna nie wystawiany), z tymże Sewerynem w roli tytułowej. Telewizja wreszcie, co oczywiste, spotyka się z szerokim, społecznym zainteresowaniem. To właśnie przedstawienia telewizyjne – dawniej
„Do piachu”, a teraz „Prorok Ilja” czy „Car Mikołaj”, autorskie inscenizacje Tadeusza Słobodzianka – prowokują do dyskusji o światopoglądzie współczesnego Polaka. I choć czasem interpretacje są tak krzywdzące, że wypaczają sens sztuki, teatr stał się zjawiskiem nie tylko artystycznym.
A jednak ze współczesnością właśnie nie jest w Teatrze TV najlepiej. Mimo, że odbywa się tu sporo premier polskich dramatów, nie są to zwykle przedstawienia, które mówiłyby coś ważnego o naszej rzeczywistości. Najciekawsze, jak wspomniane inscenizacje Słobodzianka czy też przedstawienia sztuk Eustachego Rylskiego, zdarzają się rzadko. Słabość tkwi w braku dobrej współczesnej dramaturgii i fakcie, że rzadko mamy do czynienia z olśniewającymi debiutami, zaś autorzy uznani raczej milczą. Nieczęste są przypadki, by spektakl wyrastał ze zwyczajnego życia dzisiejszego Polaka i jednocześnie jego egzystencję traktował nie wprost, by opis rzeczywistości był punktem wyjścia do postawienia istotnych pytań. Zwykle kończy się na mniej lub bardziej zgrabnej fabule – ważne problemy nie znajdują odbicia w twórczości piszących dziś autorów a więc i miejsca na antenie. Wydawałoby się, że tematy leżą dziś na ulicy, dlaczego więc tak trudno je odnaleźć?
OCALIĆ ULOTNOŚĆ
Teatr jest sztuką ulotną, przedstawienie dzieje się w trakcie wieczoru, następne nigdy nie będzie takie same. Teatr TV spełnia jeszcze jedną, niezwykle ważną funkcję, ocalając przedstawienia
„żywego planu”. Niedawno oglądaliśmy „Kasię z Heillbronu” Kleista, w reżyserii Jerzego Jarockiego – spektakl Teatru Polskiego z Wrocławia, grany na Scenie przy Dworcu Świebodzkim, który ze względu na niezwykłość miejsca nie mógł być pokazany gdzie indziej. Co prawda telewizyjna
„Kasia z Heillbronu” to zupełnie inne przedstawienie, ale telewizja spełniła tu niebagatelną rolę, dając szerokiemu odbiorcy możliwość spotkania z dziełem Jarockiego, nawet w przystosowanym dla potrzeb telewizyjnego teatru kształcie. Dzięki przeniesieniom do Teatru TV istnieje w świadomości większej grupy widzów kanon przedstawień Starego Teatru – najlepsze, choć nie wszystkie inscenizacje Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego, Krystiana Lupy, Rudolfa Zioły. Spektakl schodzący z afisza właściwie przestaje istnieć – dzięki Teatrowi TV na pewno przetrwa.
Ton i wyraz telewizyjnemu teatrowi nadają jednak ludzie. Wspomniałem już o Kazimierzu Kutzu, ale ta scena to również inni doświadczeni twórcy – Barbara Borys-Damięcka, Olga Lipińska, Anna Minkiewicz, Izabella Cywińska, Krzysztof Babicki, Laco Adamik, powracający Hanuszkiewicz i Antczak – jak i ludzie młodzi, często reżyserzy filmowi, którzy (nieraz z powodów finansowych nie mogąc realizować się w pierwotnym zawodzie) zwracają się ku telewizji i teatrowi, czasem nadając mu nową barwę. Z ostatnich kilku sezonów wyłania się cała galeria takich twórców: Maciej Dejczer, Filip Zylber, Piotr Szulkin, Waldemar Krzystek, Magdalena Łazarkiewicz, Tomasz Zygadło, Roland Rowiński, Mariusz Treliński, Robert Gliński, Andrzej Domalik i jeszcze wielu innych.
MOŻNA BARDZO WIELE
Przynajmniej kilkoro z nich wprowadziło do telewizyjnego teatru filmowy sposób myślenia. Czy to dobrze, czy źle? Czy Teatr TV jest jeszcze teatrem, czy już raczej filmem? To chyba problem pozorny. O randze każdego teatru decyduje wystawiana literatura, poziom reżyserii, scenografii, aktorstwa. Chcąc nie chcąc, telewizyjne środki wyrazu – możliwość zbliżenia, umieszczenia akcji w plenerze, filmowego skrótu, dającego inne wrażenie czasu scenicznego – sytuują Teatr TV bliżej filmu. Z drugiej strony jednak jest to nadal literatura i jeśli Tomasz Zygadło wprowadza do Polski, pierwszy raz w takim wymiarze, dramaturgię Złotnikowa i kilku innych współczesnych autorów rosyjskich, właśnie ta literatura, słowo mówione przez aktorów, jest głównym elementem budującym teatr i żadne, najbardziej filmowe środki wyrazu tego nie zmienią, gdyż wcale tego nie chcą i nie mogą. Czy więc w Teatrze TV wszystko wolno? Chyba tak, w każdym razie bardzo wiele. I ta odpowiedź nie odróżnia telewizyjnej sceny od innych. Można wszystko, co da się uzasadnić, co mieści się w granicach dobrego smaku i nie działa na szkodę teatru, autora, widza.
Tymi zasadami powinien rządzić się każdy teatr. Problem w tym, by nadal robić dobre, coraz lepsze przedstawienia, w dodatku znajdujące widzów. By mówić im ważne rzeczy w atrakcyjny, zajmujący sposób, jak by powiedział Wojciech Młynarski – robić swoje, nie oglądając się na innych. To zadanie cały czas stoi przed Teatrem TV – niezależnie od tego, czy jest on dla kogoś narodową sceną czy popularnym dostarczycielem rozrywki.
Jacek Wakar – student V-go roku Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Współpracownik miesięcznika
„Teatr”.
|