Śmierć teatru?

 

Danie miesiąca polecają

 

 

Julian Kornhauser

Kolejny raz przeczytałem Kiša. Tym razem sięgnąłem po „Magiczne miejsce”, polski wybór opowiadań. Obok „Encyklopedii umarłych” z 1983 roku znalazły się w nim utwory z cyklu „Lutnia i blizny”. Ciekawe, że Kiš nie umieścił ich w „Encyklopedii”, tomie z lat paryskiego wygnania, mimo że powstały w tym samym czasie i są tak podobne do siebie. Jaki był tego powód? Problem kompozycji czy sprawy natury psychologicznej? Zdumiewający wśród nich portret – zakamuflowany – Piotra Rawicza i magiczna scena – opis ponurej klitki, w której Kiš spędził wojenne dzieciństwo. W „Składnicy”, która ukazała się w Belgradzie rok temu, wydawca opublikował nieznaną, nie dokończoną powieść Kiša „Legenda o śpiących”. Szkoda, że ten utwór z 1968 roku, choćby we fragmentach, nie znalazł się w „Magicznym miejscu”. Dobrze byłoby go skonfrontować z opowiadaniem pod tym samym tytułem, ale napisanym 15 lat później. Długo nie mogłem się przekonać do „borgesowskiej” poetyki Kiša, gdyż najwyżej ceniłem zawsze jego trylogię rodzinną, przejmującą autobiografię w fotograficznej konwencji. „Magiczne miejsce”, a także czytana po serbsku „Składnica”, świetnie zresztą wydana, z licznymi, ciekawymi fotografiami i komentarzami do poszczególnych utworów, zwróciły moją uwagę nie tyle na nowatorstwo tej prozy, ile na jej dramatyczne uwikłania (lepiej to zrozumiałem po lekturze dwóch nowych monografii o Kišu: Pijanovicia i Delicia).

Danilo Kiš, „Magiczne miejsce. Opowiadania”, przekład: Christos Arvanitidis i Danuta Cirlić-Straszyńska. 





 




Jerzy Turowicz

Na scenie politycznej i w mediach wiele miejsca zajmuje dziś problem roli Kościoła w sytuacji demokracji i pluralizmu. Ukazały się ostatnio na ten temat trzy ważne publikacje. Pierwsza z nich to książka redaktora naczelnego miesięcznika „Znak”, Jarosława Gowina „Kościół po komunizmie”, znakomita analiza problemów na styku: Kościół – państwo, Kościół – polityka, Kościół – społeczeństwo. Zajmując w tych sprawach wyraźnie własne stanowisko, Gowin sytuację na przestrzeni ostatnich sześciu lat analizuje z wielkim obiektywizmem, a jego twierdzenia są znakomicie udokumentowane.
Druga pozycja to jeden z ostatnich numerów miesięcznika „Więź”, w którym opublikowano wyniki ankiety „Rachunek sumienia Kościoła w Polsce”. Ponad 200 stron czasopisma zajmują wypowiedzi około 70 przedstawicieli różnych środowisk katolickich, tak świeckich, jak i duchownych, do których redakcja „Więzi” zwróciła się z prośbą o odpowiedź na pytanie o błędy i zaniedbania Kościoła katolickiego w Polsce po roku 1989 oraz o własne błędy i zaniedbania respondentów. Ten przegląd postaw, obejmujący tak zaciekłych tradycjonalistów, jak i umiarkowanych „progresistów” (bo skrajnych progresistów raczej trudno w Polsce znaleźć), to w sumie diagnoza stanu polskiego katolicyzmu.
I wreszcie trzecia pozycja: wydana przez „Więź” książka „Dzieci Soboru zadają pytania”, zbiór 20 wywiadów, w których „dzieci Soboru”, czyli 30-latkowie (Sobór Watykański II zakończył się 30 lat temu) zadają pytania ludziom (w większości osobom duchownym), którzy w jakiejś mierze byli świadkami, obserwatorami czy uczestnikami Soboru. Świetnie dobrani rozmówcy, znakomicie przeprowadzone wywiady, obejmujące wszystkie dziedziny życia Kościoła, którymi zajmował się Sobór, sprawiają, że książka ta to przystępna a zarazem głęboka prezentacja znaczenia tego najważniejszego wydarzenia w życiu Kościoła naszych czasów.


Jarosław Gowin „Kościół po komunizmie”, „Więź” nr 3/1996, „Dzieci Soboru zadają pytania”







Krzysztof Zanussi

Staram się z całych sił przezwyciężać wrodzoną skłonność do literatury nikczemnej i czytać rzeczy wybitne. Gabriel Garcia Marquez jest, jak wszyscy wiedzą, pisarzem niezmiernie wybitnym, choć jego ostatnio przetłumaczone na polski książki wybitne nie są. Jest to w pewnej mierze pocieszające, ponieważ okazuje się, iż ten Gigant, Smok, Bóg literatury ma też w sobie cechy ludzkie i niekiedy nawet poci się z daremnego wysiłku. Trudno w gruncie rzeczy powiedzieć, dlaczego „O miłości i innych demonach” nie dorównuje innym arcydziełom Marqueza, wszystko pozornie w tej książce jest tak, jak trzeba, wszystko jest, jak to zwykle u Marqueza, narkotyczne, zmysłowe, tropikalne, zanurzone w metafizycznym obłoku saletry, a jednak przypomina trochę kunsztowną konstrukcję energetyczną pozbawioną prądu. Bez prądu to może pisać Stasiuk, ale żeby Marquez? Dziwne.
Wybitnym pisarzem jest też Milan Kundera i jego „Zdradzone testamenty” są (na szczęście) książką wybitną. Gwarancją wybitności teoretycznych tekstów Kundery („Zdradzone testamenty” to jest zbiór esejów) jest okoliczność, iż pisarz ten, im stara się być precyzyjniejszy i logiczniejszy, w tym większe popada szaleństwo. W eseju o Kafce Kundera brawurowo i pięknie dowodzi, iż Max Brod tylko dlatego ocalił rękopisy Kafki, ponieważ nie zrozumiał z nich literalnie ani słowa (to musi być prawda), ale nie poprzestaje na tym i stawia fundamentalną tezę, iż Kafka to był w gruncie rzeczy pisarz komiczny. „Kultura przesady” – termin Kundery – daje tu znać o sobie, choć w gruncie rzeczy czemu nie, przecież jak się tak porządnie wmyślić w taką powiedzmy „Przemianę”, to nie pozostaje nic innego jak zrywanie boków.
Z silnymi obawami sięgnąłem po prace trzeciego XX-wiecznego Giganta, po „Masę i władzę” Eliasa Canettiego; rzecz została wydana w roku 1960 i – jak łatwo obliczyć – polskie tłumaczenie okazuje się z niejakim opóźnieniem. Gdyby była to klasycznie naukowa rozprawa socjologiczna, byłoby raczej po ptokach. Na szczęście Canetti olewał tzw. „stan badań” i snuł własną narrację o masach uciekających, masach ścigających, masach świętujących, masach podwójnych oraz o symbolach i kryształach masy. Znowuż (jak mawiał były prezydent) gołym okiem widać, iż rzecz jest na tyle szalona, że musi być dobra.
Niekiedy też (coraz wprawdzie rzadziej) wykonuję najszlachetniejszy z czytelniczych gestów i nabywam książkę, o której nie mam zielonego pojęcia. Pomimo fatalnego w swym jankeskim pretensjonalizmie tytułu „Trylogia nowojorska”, kupiłem książkę zupełnie mi nieznanego Paula Austera. Kupiłem ponieważ spodobało mi się pierwsze zdanie „Wszystko zaczęło się od pomyłki telefonicznej: głuchą nocą zadzwonił telefon i spytano o kogoś całkiem innego”. Spodobało mi się też zdjęcie autora na okładce, pewna moja znajoma wręcz na widok tego zdjęcia popadła w krótkotrwałą acz intensywną nieprzyzwoitość. To jest zawsze dobry powód, żeby spróbować książkę przeczytać. Przeczytamy i, jak mówią górale, uwidzemy, co się będzie robić.

Gabriel Garcia Marquez, „O miłości i innych demonach”, przeł. Carlos Marrodan Casas
Milan Kundera, „Zdradzone testamenty”, przeł. Marek Bieńczyk
Elias Canetti, „Masa i władza”, przeł. Eliza Borg i Maria Przybyłowska
Paul Auster, „Trylogia nowojorska”, przeł. Michał Kłobukowski










 





 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl