Kłopot z ciałem




Ciało w literaturze

Ucieleśnić Polaków


Z Grażyną Borkowską
rozmawia Andrzej Franaszek



W cyklu wywiadów z krytykami rozmawialiśmy już z Marianem Stalą („TP” nr 37/95), Jerzym Sosnowskim („TP” nr 41/95), Jackiem Łukasiewiczem („TP” nr 47/95) i Jerzym Jarzębskim („TP” nr 15/95). Wkrótce rozmowa z Tomaszem Burkiem.

ANDRZEJ FRANASZEK: – Coraz częściej posługujemy się takimi terminami jak „literatura kobieca”, „poezja i proza feministyczna”. Czy zasadne jest wprowadzanie kryterium płci do myślenia o literaturze?
GRAŻYNA BORKOWSKA: – W potoku zjawisk literackich, jaki nas zalał po roku 1989, literatura kobieca zaznaczyła się dość wyraźnie, stając się jednym z elementów zmiany, dokonującej się w polskiej kulturze. Oczywiście nie należy ulegać złudzeniu, iż jest to zjawisko całkowicie nowe – znacznie już wcześniej istniały w polskiej literaturze znakomite poetki, których twórczość można określać mianem „poezji kobiecej”. Nie można także włączać do tego nurtu każdego, napisanego przez kobietę, utworu.
Na czym więc polega wyróżnik?
– Jest nim

POSTRZEGANIE SEKSUALNOŚCI JAKO NADMIARU ENERGII.
Nadmiar ten próbuje się zagospodarować nie tylko w akcie erotycznym czy macierzyństwie – piszące kobiety uważają, że można go spożytkować również w pisaniu. To połączenie tłumaczy psychoanalityczny odłam krytyki feministycznej, mówiący o związku między pisaniem a erotyzmem, zapośredniczonym – w przypadku kobiet – poprzez macierzyństwo, choćby wyrażone potencjalnie. Jest coś wspólnego w macierzyństwie i pisaniu – dwóch formach zagospodarowywania energii życiowej, dwóch formach aktywności twórczej. Najważniejsze jest jednak owo poczucie nadmiaru, które szuka dla siebie spełnienia.
Krytyk posługujący się kategorią „kobiecości”, odwołuje się do gestu, który został jednoznacznie wykonany przez pisarza. Jeżeli autorka swoją kobiecość czyni elementem dzieła literackiego, uprawnia w ten sposób krytyka do posługiwania się kategorią twórczości kobiecej.
Można byłoby zapewne odnaleźć przykłady tak rozumianej „literatury kobiecej” pisanej przez mężczyzn...
– Owszem, w tej chwili przychodzi mi na myśl przynajmniej jedno dzieło, napisane przez mężczyznę, dla którego kluczowe jest połączenie seksualności i pisania – „Dzienniki” Żeromskiego. Wypływająca z rozmaitych, najczęściej niespełnionych, wizji seksualnych podnieta staje się w nich źródłem aktywności twórczej.
Jakie inne konkretne zjawiska literackie odpowiadałyby zaproponowanej przez Panią definicji?
– Łatwiej jest je wskazać na gruncie poezji. Oczywistym przykładem jest Halina Poświatowska, doskonale definicji tej odpowiada także twórczość Anny Świrszczyńskiej, wyraźnie mówiąca o naturze kobiecej seksualności, która objawia się w – domagającym się twórczej sublimacji – nadmiarze. Takie też są wiersze Marzanny Bogumiły Kielar, pełne poczucia płciowej tożsamości, determinującej sposób postrzegania natury i drugiego człowieka. U Marii Bigoszewskiej wreszcie, seksualność jest rozumiana właściwie jako jedyna sankcja pisania (a może nawet: istnienia) w niosącym zagrożenie świecie.
Natomiast wytłumaczyć, co to jest kobieca proza łatwo jest w stosunku do literatury XIX-wiecznej, ostro przeciwstawiającej się modelowi kultury patriarchalnej, walczącej o prawo wyborcze czy dostęp do edukacji dla kobiet. W społeczeństwie, które jednak – przynajmniej od strony uregulowań prawnych – nie jest już patriarchalne, określenie się jest znacznie trudniejsze. Niewystarczające jest również poszukiwanie seksualnego rdzenia twórczości – konieczne jest wprowadzenie dodatkowych kryteriów. Z reguły są to

KSIĄŻKI POŚWIĘCONE NOWYM ROLOM KOBIETY
w społeczeństwie, jej miejscu w życiu publicznym, wolności erotycznej. Takie właśnie utwory pojawiły się w Polsce w ostatnich latach. Mam na myśli przede wszystkim książki Izabeli Filipiak i Manueli Gretkowskiej. (W przypadku tej drugiej autorki ważny jest przede wszystkim jej powieściowy debiut – „My zdjes' emigranty”, który cenię wysoko, zwłaszcza na tle dość już szaleńczego repertuaru, którym Gretkowska raczyła nas później). W obszar ten, choć mniej wyraźnie, wpisują się także opowiadania Nataszy Goerke.
Autorki te – kreując swoje bohaterki – wyraźnie wychodzą poza zestaw ról, tradycyjnie przypisywanych kobiecie. Pytają, czy pewien konkretny sposób odbioru świata i ekspresji literackiej jest jakością dostępną tylko kobietom. Filipiak – zwłaszcza w swoich wczesnych opowiadaniach z tomu „Śmierć i spirala” – wręcz tworzy wyraźną opozycję między męskim i kobiecym sposobem postrzegania świata.
Wymienione przez Panią książki spotkały się z bardzo zróżnicowaną recepcją...
– Trudności w przyjmowaniu tej prozy przez polskich czytelników biorą się po trosze stąd, że wspomniane autorki znaczną część swojej biografii twórczej spędziły na Zachodzie i zetknęły się tam z silnie rozwiniętym ruchem feministycznym. Zajęły się dość subtelnymi i szczegółowymi aspektami zachodniego feminizmu, postawiły pytania dotyczące nie społecznego funkcjonowania kobiety, ale stosunku kobiecości do duchowości – tego,

CZY KOBIETA MOŻE UZYSKAĆ ŚWIĘTOŚĆ,
nie rezygnując ze swoich atrybutów – cielesności, płodności... Są to pytania stawiane często przez swoistą teologię feministyczną, uprawianą na Zachodzie. Tam jednak pojawiły się one po etapie sporów społecznych i obyczajowych, które niejako przygotowały grunt pod tego rodzaju rozważania. Polskiemu czytelnikowi, zupełnie nieprzygotowanemu na tę problematykę, mogą się one wydawać szokujące i niezrozumiałe. Stąd bierze się przekonanie, że feminizm dotyczy rzeczy dziwnych, oderwanych od rzeczywistości, wymagających totalnej rewolucji myślowej. Myślę zresztą, że pisarki posłużyły się tymi elementami po części świadomie, z zamysłem sprowokowania czytelnika, uderzenia go z mocą po głowie.
Czy rozziew między tematyką książek Filipiak i Gretkowskiej a świadomością polskich czytelników nie jest sygnałem jakiegoś głębszego nieprzystawania do siebie różnych kulturowych modeli?
– W kulturze polskiej myślenie odwołujące się do kategorii biologicznych zawsze było niemodne. Uważaliśmy, że kategorie ideologiczne – kwestia wolności, stosunku do wspólnoty etnicznej – są znacznie ważniejsze dla twórczości niż płeć autora i pewien typ wyobraźni erotycznej. Brakuje nam tradycji psychoanalitycznej, zgoła nie potrafimy poważnie przyglądnąć się temu, co stoi u podłoża freudyzmu.
Tymczasem, dziś to banał,

PŁEĆ JEST NIE TYLKO KATEGORIĄ BIOLOGICZNĄ, ALE I KULTUROWĄ.
Mamy na ogół poczucie przeżywania kulturowej przemiany. Jak rozumiem, feministyczny punkt widzenia byłby jednym z jej elementów. O jakich innych zjawiskach literackich trzeba by w tym kontekście pamiętać?
– Należy wskazać jeszcze dwa elementy. Pierwszym z nich jest literatura rekonstruująca – nie zawsze rzeczywiste, czasem mityczne – korzenie naszej indywidualnej, rodzinnej, grupowej, wreszcie narodowej tożsamości. Oczywiście można powiedzieć, że nurt taki istniał w polskiej literaturze już znacznie wcześniej – Konwicki, Kuśniewicz, literatura kresowa. Jednakże w pokoleniu starszym próba rekonstrukcji odwoływała się do rzeczywistych wspomnień autora, funkcjonowała na granicy prawdy i zmyślenia, mitotwórstwa i faktów historycznych. W młodym pokoleniu element reminiscencji nie istnieje – jest to rzeczywistość wykreowana w sposób dowolny, aczkolwiek z wielką miłością dla szczegółu, detalu, dla cząstkowych faktów. Tak dzieje się w „Weiserze Dawidku” Huellego, „Białym kamieniu” Boleckiej i wielu innych utworach.
W tym bardzo szerokim nurcie możemy wyróżnić swoiste mitotwórcze objęcie w posiadanie dziedzictwa poniemieckiego.
Jest to wyjątkowo frapujące zjawisko z pogranicza literatury, psychologii i socjologii, polegające na tym, że ludzie urodzeni gdzieś pomiędzy rokiem 1950 a 60 rekonstruują dzieje miejsc, które należały niegdyś do obszaru kultury niemieckiej a obecnie są „nasze”. Jeżeli prawdą jest, że obejmuje się w posiadanie tylko to, co zostało objęte w posiadanie duchowe, to należy powiedzieć, że ziemie poniemieckie obejmujemy dopiero teraz... Piórami takich pisarzy, jak Huelle czy Stefan Chwin.
Proces ten realizuje się też w interesującej powieści, jaką jest „E.E.” Olgi Tokarczuk. Najbardziej przekonuje mnie w tej książce nie pewien wpływ myślenia feministycznego, temat inicjacji głównej bohaterki, ale właśnie wybór, którego Olga dokonuje na rzecz niemieckiego Wrocławia z początku wieku. Wybór ten wydaje się zupełnie arbitralny – akcja książki mogłaby zostać osadzona w innym mieście, a jednak jako scena służy Wrocław, którego elementy – topografia, realia życia codziennego, sprzęty – odtworzone są z dużym pietyzmem.
Dlaczego to „duchowe objęcie w posiadanie” realizuje się dopiero teraz?
– W czasach PRL, z powodów ideologicznych pewien sposób myślenia na przykład o Ziemiach Zachodnich po prostu nie przychodził nam do głowy. Poza tym żyliśmy, by tak rzec, „niechlujnie” – ani my sami nie mieliśmy czasu i ochoty, by dociekać naszej biografii, ani nasze rodziny nigdy nie miały tyle uznania dla własnego życia, żeby opowiadać o swoich korzeniach. Przykład Chwina i Kornhausera z jego autobiograficzną, przejmująco szczerą powieścią „Dom, sen i gry dziecięce” jest i moim przykładem; gest „powrotu”, który wykonują, głęboko do mnie przemawia. Urodziłam się w Szczecinie, do matury tam mieszkałam i ani wtedy, ani później nie intrygowało mnie wchodzenie w cudze domy, w cudze życie, proces przejmowania materialnego i kulturowego dorobku. Teraz zaś stało się to dla mnie problemem.
Wszystkie te książki są przy tym literacko bardzo dopracowane; „E.E.” ma nawet szansę trafić do masowego czytelnika – jest książką popularną w najlepszym znaczeniu tego słowa, opartą na świetnej, dobrze opowiedzianej, fabule. Jeszcze ambitniejszy jest „Hanemann” Chwina – dokonana przez autora rekonstrukcja przeszłości jest wyjątkowo głęboka, a jego uwielbienie dla szczegółu wprost niezwykłe: niektóre fragmenty opisowe, w sposób bardzo atrakcyjny dla czytelnika, choć może nieco niebezpieczny dla kompozycji całości, właściwie „wyosobniają się” z głównego toku książki.
Wspomniała Pani o dwóch elementach...
– Drugim jest bardzo silne zainteresowanie dla egzystencjalnej strony życia. Pojawiła się grupa wybitnych pisarzy, którzy są skupieni na samym fenomenie istnienia tak dalece, że spoza niego nie widać już niczego więcej. Nie jest to jednak powód do oceny negatywnej, ponieważ skupienie owo jest dostatecznie dramatyczne, by przykuć uwagę czytelnika. Ci pisarze to – niewolnicy egzystencji.
Jednym z nich jest Marcin Świetlicki, którego poezja ciągle negocjuje z rzeczywistością szerszy oddech, pole wolności. Wolności tej nie trzeba już wyrywać z życia publicznego – musimy ją sobie zagwarantować w ramach losu, który nam został dany. Świetlicki jest pisarzem w pewnym sensie klasycznym, skupionym na ciężarze istnienia, pisarzem, który bez przerwy kłóci się, wadzi i sprzecza z rzeczywistością.
Twórcą o podobnych zainteresowaniach jest Andrzej Stasiuk. O ile jednak strategia Świetlickiego jest dość pasywna,

STASIUK JEST BARDZIEJ „MĘSKI”,
wychodzi naprzeciw wyzwaniom. „Biały kruk”, przygoda podjęta przez bohaterów tej książki, jest próbą zastąpienia ograniczeń egzystencjalnych – grą. Oczywiście okazuje się, że ta podmiana jest tylko częściowo możliwa – obszar wolności, który można „wygrać”, jest bardzo ograniczony.
Trzeci pisarz, o którym myślę, to Janusz Rudnicki. Ponieważ jest on związany z „Twórczością”, wielu uważa go za...
Grafomana ze „szkoły Berezy”?
– Właśnie. Zakłada się, że jest to co najwyżej „eksperymentator” językowy, posługujący się bardzo wąską formułą powieści, opartą tylko na językowych grach. Sądzę jednak, że jest to pisarz, który ani na chwilę nie może się oderwać od tego, co jest mu bezpośrednio dane, od warunków i ograniczeń, które towarzyszą każdemu istnieniu. Z sytuacją tą stara się sobie radzić przez swoiste „zapisywactwo” – chce opisać wszystko, by oszukać, ułagodzić, zagadać rzeczywistość.
Właściwie wszyscy ci trzej pisarze mają w sobie coś z głęboko egzystencjalnej postawy późnego Białoszewskiego, którą odkryliśmy w gruncie rzeczy niedawno, bo wcześniej postrzegaliśmy go przede wszystkim jako wirtuoza języka. Myślę, że dla Świetlickiego, Stasiuka, a nawet i gadatliwego Rudnickiego, rzeczywistość niesie w sobie te same zagrożenia, które odkrywał Białoszewski. Mogliby powiedzieć za nim, że jest to właściwie „rzeczywistocha” z którą trzeba jakoś walczyć, żeby nas nie przygniotła, nie wciągnęła w ciemną dziurę.
Powróćmy do twórczości feministycznej. Jeżeli, jak Pani wspomniała, mają z nią kłopoty czytelnicy, to jak wygląda sytuacja krytyki?
– O tej twórczości właściwie nie tyle się pisze, co wyraża pewne opinie, sprowadzając ją na przykład do prowokacji obyczajowej. Jesteśmy najwyraźniej bezradni wobec sposobu patrzenia na świat poprzez kategorie płci, seksualności, erotyzmu, płciowości, bez względu na to, co właściwie się pod tymi kategoriami rozumie. Sam punkt wyjścia jest w Polsce nie akceptowany lub traktowany jako drugorzędny. Zwykle pojawiają się opinie, iż dzielenie twórczości na męską i kobiecą nie ma sensu. Ja zaś myślę, że autor wykorzystuje nie tylko kategorie ideowe czy estetyczne, ale także płciowe, i że właśnie te ostatnie są praktycznie nie do „wyminięcia”. Nic nie jest tak tragiczne, jak los pisarzy, którzy

RZUCILI WYZWANIE SWOJEJ PŁCI,
na przykład Przybyszewskiej lub Komornickiej.
Za tą niewrażliwością na płciowość stoi, jak już wspomniałam, niedocenianie – najogólniej rzecz mówiąc – freudowskiej teorii twórczości. W polskiej humanistyce tradycja psychoanalityczna jest albo w ogóle nieobecna, albo obecna w postaci szczątkowej, sprowadzona do kilku obiegowych klisz. Tymczasem istnieje cały nurt recepcji Freuda, w którym biologiczne korzenie freudyzmu są w ogóle pomijane. Istotny staje się aspekt hermeneutyczny, dla którego naturalistyczne zaplecze nie ma większego znaczenia. Myślę, że będziemy się otwierać na to myślenie i odkrywać w literaturze treści, na które – nie uwzględniając kryterium płci – byliśmy dotąd ślepi. Należy oczywiście zachować przy tym pewien sceptycyzm.
Jak się zdaje jest Pani feministką raczej umiarkowaną...
– Mam do tego zagadnienia dość, jak sądzę, rozsądny stosunek. Uważam, że ważne są nie tyle konkretne przejawy literatury kobiecej, z którymi współcześnie obcujemy (mogą one bowiem budzić wiele zastrzeżeń), ale otwarcie polskiej kultury na wymiar cielesności, które może być dla niej zbawienne. Może ją trochę ucieleśnić, zseksualizować, otworzyć na inny sposób myślenia, odciążyć od polityki i ideologii.
Zastosowanie narzędzi zaczerpniętych z krytyki feministycznej do polskiej literatury pokazuje, że był w niej obecny pewien nurt intymny, osobisty, którego dotąd nie dostrzegaliśmy. Pisząc na przykład o Żmichowskiej zwykle dotąd podkreślało się patriotyczne aspekty jej pisarstwa i biografii, natomiast pomijano zupełnie jej krytycyzm wobec romantycznej idei wolności, postulat odejścia od powszechnie uznawanych w polskiej kulturze zobowiązań, dążenie do poszerzenia pola wewnętrznej wolności, jaka przysługiwała pisarzowi w XIX wieku.
Tak więc nowe narzędzia pozwalają dostrzec

ZJAWISKA DOTĄD UZNAWANE ZA PERYFERYJNE,
co pozwala bardzo głęboko zreinterpretować polską kulturę przynajmniej ostatnich dwustu lat. Jeśli więc mówimy o romantyczno-tyrtejskim paradygmacie polskiej kultury, to musimy zdawać sobie sprawę, że nie był to paradygmat jedyny.
Jest Pani uważana za główną orędowniczkę kobiecej literatury. Czy zgodziłaby się Pani ze zdaniem Jerzego Sosnowskiego iż krytyk powinien stać się „komiwojażerem”; pomagającym młodej, uważanej przez niego za wartościową, literaturze pozyskać czytelników?
– Krytyk nie może być „komiwojażerem”, programowo popierającym taką czy inną opcję literacką. Myślę zresztą, że sytuacja akurat młodych twórców jest całkiem znośna. W polskim życiu literackim wytworzyła się dziwaczna sytuacja, w której bardzo dobrze mają się starzy poeci i debiutanci. Natomiast ginie to, co jest pośrodku. Być może zresztą nie należy nad tym aż tak bardzo ubolewać. Kiedy porównuję debiuty poetów Nowej Fali z debiutami współczesnymi, mam wrażenie, że talenty młodego pokolenia są bardziej uderzające. Choć oczywiście nie jest to żelazna reguła.
Literatura najmłodsza jest więc w dość ekskluzywnej sytuacji – tymi młodymi interesujemy się bardziej niż zwykle debiutantami, ponieważ ich zaistnienie wiąże się z polityczno-kulturową zmianą. Trzeba też dodać, że najwyraźniej posiadają oni umiejętność radzenia sobie w warunkach wolnego rynku.
Zatem towarzyszenie literaturze feministycznej nie przekształca się w artykułowanie feministycznego punktu widzenia także w kwestiach społecznych?
– Potrzeby społeczne dotyczą tak elementarnego poziomu spraw życiowych, że pomiędzy nimi a zagadnieniami, poruszanymi przez literaturę kobiecą związek jest dość nikły. Z drugiej jednak strony istnieje jakaś podstawowa wspólnota celów, wspólny język, sposób mówienia o różnych dziedzinach życia, który dotąd w polskim życiu publicznym nie istniał. Samo otwarte mówienie o takich sprawach, jak erotyka, swoboda obyczajowa i jej ograniczenia, czy wreszcie role, pełnione przez kobiety w społeczeństwie, a szczególnie przesunięcie granicy pomiędzy tym, co prywatne, a tym, co publiczne, jest w naszym państwie pewną nowością. Tak więc zajmowanie się literaturą kobiecą i wyczulenie na „kwestię kobiecą” są ze sobą – chcąc nie chcąc – mocno związane. Ta zbieżność nie jest dla mnie niemiła. 

Grażyna Borkowska – ur. w 1956 r. w Szczecinie. Krytyk i historyk literatury. Pracownik Instytutu Badań Literackich PAN. Opublikowała książkę poświęconą dialogowi w powieści (1988). Wkrótce ukaże się popularna synteza literatury pozytywistycznej – „Pozytywiści i inni”. Przygotowuje do druku tom studiów, poświęconych powieści kobiecej.













 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl