Hanna Krall

 

Danie miesiąca polecają

 

 

Małgorzata Musierowicz

Rok temu, za namową brata, kupiłam sobie wreszcie odtwarzacz kompaktowy, po czym – także pod tym samym wpływem – trafiłam na wspaniałą serię „The Glenn Gould Edition”. Tę serię wypuszczono w roku 1992 dla uczczenia hipotetycznych 60. urodzin artysty (zmarł w wieku lat 50). Mam już z niej „Wariacje Goldbergowskie”, dwa albumy sonat fortepianowych Beethovena, koncerty fortepianowe Beethovena i Bacha. Koncert Beethovena nr 5 miałam przedtem w serii francuskiej „Les diamants du classique” i zdołałam nawet nabrać przekonania, że te diamenty nie są autentyczne. Kiedy jednak usłyszałam ten koncert w wykonaniu Goulda, zdałam sobie sprawę, jak pompatyczna, płytka i sentymentalna zarazem jest interpretacja francuska. Krytycy twierdzili, że Gould traktuje wykonywane utwory zbyt swobodnie, bezceremonialnie, wręcz bezczelnie. Cóż – mam zbyt mało wiedzy, by móc się w sposób szczegółowy zdystansować wobec tych opinii. Jako melomanka-amatorka mogę tylko stwierdzić, że Gould istotnie gra całkowicie inaczej, niż wszyscy – i że to dobrze. Jego nagrania od pierwszej chwili elektryzują słuchacza; jest to inteligentna konstrukcja na granicy prawdopodobieństwa, rozumienie Beethovena i Bacha zaskakujące, o niezwykłej głębi i mocy. Kiedy już do woli nacieszyłam się tym, co miałam, nagle, z największym zdumieniem (bo słyszałam, że tego kompozytora Gould nie grywał z zasady) znalazłam czteropłytowy album z kompletem sonat Mozarta. Jestem wielbicielką Mozarta od długich już lat, lecz nic absolutnie mnie nie razi w nowatorskim sposobie, w jaki odczytuje Mozarta „bezczelny” Gould. Przeciwnie: powiedziałabym, że w tej muzyce, przefiltrowanej przez niezwykłą osobowość pianisty, ukazują się nagle nieprzeczuwane – być może i przez samego kompozytora – emocje i możliwości. Być może to dopiero Gould wydobył z tej muzyki całą prawdę. W dołączonej do albumu książeczce znajduje się zresztą traktująca właśnie o tym, a napisana przez Michaela Stegemanna rozmowa dwóch zmarłych geniuszy. Jest to istna perełka, dialog złożony w dużej części ze zgrabnie dobranych cytatów. Mozart podsłuchuje, jak Gould gra jego Andante grazioso con variazioni z sonaty A-dur, wykonując Adagio jak Allegro, a Andante jak Largo – i jest zdumiony, zbity z tropu, obolały. Nieśmiało protestuje – na co Gould odpowiada mu gwałtownie i burzliwie, prawie niegrzecznie. Lecz kiedy załamany kompozytor pyta: – Czy pan naprawdę tak nienawidzi mojej muzyki? – Gould odpowiada z całego serca: „Nein, Herr Mozart! Słucham jej, widzę ją i rozumiem ją z pewnością inaczej, niż większość ludzi
i prawdopodobnie inaczej niż pan sam. Lecz interpretator powinien wierzyć, nawet ślepo, że potrafi odkryć możliwości interpretacji, jakich kompozytor nawet by sobie nie wyobraził...”


The Glenn Gould Edition, Sony Classics





 




Marcin Świetlicki

Chodzę do kina niezmiernie rzadko. Powody są niezwykle intymne, toteż nie zamierzam ich upubliczniać. Chodzę do kina niezmiernie rzadko, ale ostatnio zrobiłem mały wyjątek. Wraz z 3,5–letnim synem Maćkiem zainaugurowaliśmy jego życie w kinie filmem Johna Lassetera „Toy Story”.
Następnie zdarzyło mi się
przeczytać miażdżące recenzje z tegoż filmu, pióra wybitnego animatora i autora tysiąca czołówek programów TV – Piotra Dumały w miesięczniku „Kino” oraz czołowego publicysty tygodnika „Polityka”, podpisującego się wymownym
pseudonimem HAM. Zapewne tego rodzaju miażdżeń można znaleźć w polskiej prasie sporo, ale czytam prasę niezmiernie rzadko. Powody są niezwykle intymne, toteż nie zamierzam ich upubliczniać. HAM zarzuca „Toy Story”, że nie jest podobne do klasycznych filmów Disneya. Piotr Dumała natomiast – że nie jest podobne do filmów Piotra Dumały. Ponadto recenzent „Kina” stwierdza, że przerażające jest, iż film jest w stu procentach zrobiony przez komputer i komputerowe widma przekazują dzieciom podstawowe prawdy: że lepiej być dobrym niż złym, że lepiej być tym, kim się jest naprawdę.
Ja ze swej strony mógłbym podrzucić jeszcze jeden zarzut do użycia przez recenzentów: dlaczego muzyki do filmu
nie skomponował Zbigniew Preisner? dlaczego piosenek w tym filmie nie śpiewa Grzegorz Turnau? To bardzo znamienne, że autorem muzyki jest cynik i nihilista Randy Newman, a piosenki w polskiej wersji śpiewa postać dwuznaczna moralnie – Stanisław Sojka...
Myślę sobie, że czasy są takie, że podstawowe prawdy brzmią lepiej i wiarygodniej, gdy są wypowiadane w komputerowej przestrzeni przez kowboja Chudego, astronautę Buzza albo chociażby jakiegoś wampira. Ludzie powołani do wypowiadania podstawowych prawd zajmują się najczęściej czymś zupełnie innym. W każdym razie – i Maciek, i ja – wyszliśmy z filmu bardzo wzruszeni. Czego i Państwu życzę.


„Toy Story”, reż. John Lasseter















 





 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl