Dobro piękno, rynek




Król jest nagi


Krzysztof Zanussi



Przed dwoma laty w Davos, na Światowym Forum Ekonomicznym, do grona premierów i bankierów doproszono kilkunastu twórców i intelektualistów. Będąc w tym gronie, z wypiekami na twarzy uczestniczyłem w obradach, zachwycając się, że mimo rozrostu geograficznego i środowiskowego, udawało się znaleźć wspólny język, by dyskutować w nim problemy dzisiejszego świata. Ceną wspólnoty było prostactwo języka – bankier z Hong Kongu z profesorem Sorbony muszą rozmawiać, rąbiąc zwały subtelnych pojęć grubym cięciem topora.

Jedna z ciekawszych dyskusji dotyczyła kultury masowej. Uczestniczył w niej Edgar Morin i dostało mu się od uczestników za to, że za jego sprawą owo „bałamutne pojęcie wkroczyło w nasze myślenie, sprowadzając mrok na umysły”. (Jest to tłumaczenie z rosyjskiego – na przecięciu rozmaitych kultura tworzy się fascynująca retoryka.) W dyskusji brali udział ludzie mediów, ludzie businessu a przede wszystkim ludzie władzy – przedstawiciele krajów, które szczycą się demokracją (lub udają, że mają się czym szczycić). Byli także, nieliczni, intelektualiści i artyści. Nikt nie bronił Edgara Morin. Przeważało zdanie, że kultura zawsze była jedna – to marksistowska arogancja wyhodowała pojęcie, które zwalniało nas wszystkich z uczestnictwa w tym, co masowe, w imię tego, co jawiło się jako „wysokie”.

szarzy ludzie nie mają głosu
Sam pamiętam z lat 70. pierwsze oznaki zakłopotania, jakie budziła wśród zachodniej lewicy popularność w kulturze masowej treści niepostępowych. Wtedy też subtelni intelektualiści po raz pierwszy pochylili się nad filmem gangsterskim, westernem czy musicalem, tak jak dziś – już bez żenady – polska znawczyni romantyzmu śledzi struktury seriali, odnajdując w nich cały dorobek dziewiętnastowiecznej powieści. W Polsce po ‘56 roku władza była na tyle nieszczera (czy też na tyle wytrzeźwiała), że tolerowała prawie bez sprzeciwu fakt, iż rząd dusz nad masami sprawuje zachodnia muzyka rozrywkowa i zachodnie, głównie amerykańskie, filmy. Dla zachowania pozorów pocieszano się, że z czasem społeczeństwo dorośnie do socjalistycznej sztuki. Na Zachodzie, zwłaszcza w umysłach lewicy, powracał motyw uwarunkowania – póki w ekonomii panuje kapitalizm, póty masy żyją pogrążone w błędzie i zamiast filmów radzieckich wolą dzieła z Hollywoodu.
W tej perspektywie kultura masowa dawała się wyodrębnić, stając się problemem wtórnym – naprawdę liczyła się kultura wyższa. Miało to często wymiar zupełnie groteskowy. Jeśli w tomie poezji o parotysięcznym nakładzie miał się znaleźć wiersz nieprawomyślny, debatowano nad nim w cenzurze, w redakcji, czasem na partyjnym zebraniu. Jeśli podobne treści krążyły w kulturze masowej, bywało że zbywano je machnięciem ręki. Podobnie działo się w mojej branży: w końcu lat 70. komedie Staszka Barei niosły treści równie wywrotowe, jak kino moralnego niepokoju – cenzura oczywiście interweniowała, ale w pionach ideologicznych uważano, że najważniejsze jest rozprawienie się z kinem prestiżowym czy festiwalowym – uderzyć w Wajdę, Kutza, Piwowskiego, Żuławskiego, Kieślowskiego czy Holland, że już nie wspomnę o sobie. W rozumieniu tamtego ustroju, masy były wprawdzie hegemonem, ale tylko pod nadzorem partii. Tak naprawdę myślano, że szarzy ludzie – jak ryby i dzieci – po prostu nie mają głosu. Dlatego troszczono się o niezatrucie umysłów elity i czystość siły przewodniej – ta już wiedziała, jak poprowadzić masy bez pytania ich w czymkolwiek o zdanie.

nieprawy związek komputera z telewizorem
Wracam do tych wspomnień, gdyż przypuszczam, że ciążą one na naszej podświadomości dziś, kiedy cały świat wartości w kulturze uległ przynajmniej zawirowaniu. W obszarze tzw. „kultury wysokiej” nastąpił wyraźny impas. Mówiąc topornie (w języku, który pozwala wyjść poza subtelności) wszystkie uformowane dyscypliny sztuki w przeciągu ostatnich lat kilkunastu (czy może kilkudziesięciu) doszły do stanu wyczerpania. Czy warto przytaczać przykłady na to, że powieść już się nie rozwija tylko po prostu powtarza, że poezja tak zdziwaczała, że – poza nielicznymi wyjątkami – nikt z dobrej woli jej nie czyta? Czytają i piszą o niej dla chleba ci, którzy wybrali taki zawód. I tu kamyk do „Tygodnikowego” ogródka. Przed rokiem czy dwoma poświęciliście kolumnę żalom jednego wybitnego poety i tłumacza na to, że inny mniej wybitny tłumacz źle przetłumaczył jakiś zbiorek. W jakim nakładzie ukazał się zbiorek a w jakim drukujecie „Tygodnik”, w którym nie ma miejsca na relacje o tylu zdarzeniach w kulturze a jest na środowiskowe żale? Wypominam ten błahy incydent, bo jest on odwzorowaniem skali wartości – ktoś z Was wierzy, że to bardzo ważne, by poprawnie tłumaczyć ezoteryczne wiersze a ja twierdzę, że dzisiaj są w kulturze sprawy ważniejsze.
Pisząc te słowa, muszę robić wrażenie głośno ryczącego barbarzyńcy. Jako filmowiec jestem nim z natury – moja dyscyplina w ciągu nieledwie półwiecza wyparła słowo czytane, zastąpiła teatr i sama zwiędła jak kwiat kaktusa. Dziś także ona zmierza do muzeum. Zastąpi ją jakaś nowa technika audiowizualna – już nie telewizja (ta też zdycha), ale jakiś bękart spłodzony w nieprawym związku komputera z telewizorem, spowinowacony z telefonem, a niewykluczone, że także z „jacuzzi” (doświadczenia sztuki wirtualnej mają coś wspólnego z kąpielą i masażem).

przy świecach i łuczywie
Jak świat światem, przyjęto opłakiwać minioną świetność sztuki oraz pomstować na upadek obyczajów (wśród młodzieży) i postępujące barbarzyństwo. Przypuszczam, że takie głosy towarzyszyły ginącej sztuce iluminowania rękopisów, kiedy technologia Gutenberga pozwoliła tłoczyć książki szybko, tanio i bez emocjonalnego zaangażowania. Kiedy dziś przychodzi opłakiwać książkę, przypomnę przez przekorę, ile głupstw zdołano rozpowszechnić dzięki wynalazkowi druku i w jak niewielkiej proporcji pozostają dzieła wartościowe do śmiecia, powielanego czcionkami. Podobnie można dzisiaj spostrzec, że inwazja technik audiowizualnych sprzyja zarówno powstawaniu arcydzieł (Tarkowski), jak i głupkowatych seriali.
I tu znów drobne spostrzeżenie, warte osobnego artykułu. Do dziś w europejskim systemie nauczania króluje literatura. Poświęcamy jej wiele godzin, od szkoły podstawowej do liceum, a wiemy, że w życiu dorosłym ogromna większość społeczeństwa nie przeczyta więcej żadnej książki. Nie mam wątpliwości, że historyczny dorobek literatury zasługuje na naukę w szkole, ale pomyślmy, że jedynym żywym i powszechnym językiem współczesnej komunikacji masowej jest język audiowizualny, który nie wszedł do tej pory do szkoły (ani też nawet do seminariów duchownych). W rezultacie odbiorca telewizji jest zwykłym analfabetą – czy można się dziwić fali barbarzyństwa, jeśli nie próbujemy uczyć w szkole elementarza?
Powyższa uwaga wiąże się bez trudu z kolejnym kamykiem do „Tygodnikowego” ogródka. Wiemy wszyscy, że Kościół z entuzjazmem przyswoił sobie wynalazek druku, natomiast kinematograf od swych narodzin traktowany był sceptycznie – może przyczyną był fakt, że przed stuleciem Kościół znajdował się w momencie największej od stuleci defensywy i nie dostrzegł w technice ruchomych obrazów szansy na głoszenie Ewangelii, spostrzegł za to przydatność kina dla zgorszenia (druk służy zgorszeniu nie gorzej). A „Tygodnik” – ze swoim pochyleniem nad nikomu nie znanym poetą, nad teatrem dla kilku tysięcy, nad jakąś wystawą obrazów – lekceważy film i telewizję, jakby jego czytelnicy żyli ciągle przy świecach i łuczywie. (Dodam pojednawczo, że to się ostatnio poprawiło, ale wciąż Wam jeszcze nie daleko do tego kardynała, który opiekując się kulturą w Watykanie wyznał mi z dumą, że filmów nigdy nie ogląda ani w kinie, ani w telewizji.)

topór nad głową
Muszę pozostawić na boku temat szczególnie mi drogi – zagadnienie zmian jakościowych, jakie niesie świat komunikacji obrazkowej w stosunku do świata pisanego słowa. Mam w zanadrzu trochę przekorną tezę o tym, że całe zachwianie równowagi w dzisiejszej kulturze jest następstwem druku – mam na myśli iluminizm, ślepy kult rozumu i wiedzy, która wyparła wiarę. Druk daje pole abstrakcyjnej idei, obraz z dźwiękiem działa na zmysły, nie tylko na rozum, i tą drogą bardziej harmonijnie ogarnia całego człowieka, nie wyróżnia rozumu, który sam z siebie zawodzi w rozróżnianiu dobra i zła.
Zostawiam tę refleksję zapisaną w skrócie w nadziei, że podrażni czyjś umysł – i powracam znów do tej kultury, która usycha na naszych oczach, czyli „wysokiej”. Przykro mi mnożyć przykłady na dowód, że to wszystko, co do niedawna było wykwitem dojrzałych dyscyplin sztuki, na naszych oczach jałowieje. Ciągle jeszcze mówimy o tym ze skrępowaniem – nie wypada się przyznawać do bankructwa, kiedy z naprzeciwka nadciąga barbarzyńska kultura masowa – świat hamburgerów, coca coli, MTV, seriali, filmów grozy, bezmyślnych okrucieństw. Czy mając to przed oczami można głośno podzielić się zwątpieniem, na temat wielkości „Ulissesa”? Czuję już topór nad głową. Może łatwiej wskazać na teatr, który umiera z braku nowych tekstów, nowej myśli i staje się podobny do opery, która już przed stuleciem przeniosła się do muzeum.
Kiedy piszę „opera”, zaraz przychodzi mi na myśl rażący paradoks demokracji. Dowiedziałem się właśnie, że we Włoszech do każdego miejsca w operze dopłaca się kilkaset dolarów – widz pokrywa znikomy procent rzeczywistych kosztów. W Polsce, w każdym teatrze państwowym widz dostaje w prezencie dopłatę rzędu kilkudziesięciu złotych i – w zgodnej zmowie milczenia – nikt nie zapytuje podatnika, czy chce on rzeczywiście, by z jego kieszeni dopłacano do tych, którzy lubią korzystać ze sztuki wyższej. To samo rozumowanie w stosunku do telewizji staje się bardzo trudne. Chcemy, żeby telewizja publiczna oferowała sztukę wysoką, której płatnik abonamentu nie życzy sobie w programie. W tej konfrontacji głos ludu, czyli masy, wyraża się liczbami. Spada oglądalność programów, prezentujących muzykę, literaturę (szczególnie poezję), także teatr. Zjawisko to dosięga również filmu – przed dwudziestu laty Bergman czy Antonioni mógł być nadawany w czasie najwyższej oglądalności, dziś trafia do programów po północy. Głos ludzi zawodowo związanych z kulturą domaga się działań przeciw woli widza w imię wyższych wartości (mało kto mówi jakich!). Głos ten jest jednak coraz słabszy, bo coraz rzadziej jesteśmy zgodni co do tego, że wyższe wartości znajdują się w programie, który chcemy chronić. Jak udowodnić, że dodekafonia jest milowym kamieniem rozwoju muzyki a nie tylko błahym epizodem, interesującym specjalistów. Czemu służą różne instalacje czy „performance” w plastyce współczesnej i jakie wyższe wartości reprezentuje malarstwo, o którym zmowa przekupnych krytyków orzekła, że jest wybitne a nikt nie chce z nim obcować na co dzień? Oskarżenie o przekupność (może w końcu troszkę przesadzone) wysnuwam z faktu, że współczesny obraz służy jako lokata pieniędzy i często spoczywa w sejfie, a więc służy do operacji handlowych a nie dostarczaniu estetycznych wzruszeń.

Czy to koniec?
Czas więc powiedzieć: król jest nagi. Tak zwana „kultura wysoka” jest pozorem, gdyż w swojej masie stała się nagle jałowa. W swoich największych dokonaniach potrafiła zawrzeć niebosiężne wzloty ducha, ale dziś przestała się odnawiać – nowe dzieła, przyrządzone według tej samej receptury, są już pozbawione siły. Czy to koniec? Czy raczej „nihil novi sub sole” – przecież wszystkie style wyczerpały się kiedyś. Wszystkie dyscypliny obumierały i odżywały – istota poezji, muzyki, teatru czy plastyki pozostaje niezmieniona nawet wtedy, gdy zmieniają się okoliczności.
Myślę, że w tak przez nas pogardzanej kulturze masowej są wartości analogiczne do tych, których szukamy na próżno w skostniałych formach wyższej sztuki. „E.T.” czy „Park Jurajski” mówią w języku nowych mitów coś, co można porównać do dzieł wyższej kultury – tyle, że w wersji popularnej wartości są jakby rozwodnione – często pełne nieczystych domieszek, jak ludowy produkt potajemnej destylacji alkoholu. W filmach grozy znajdziemy metafizyczne tęsknoty i obawy, programy o przemocy często dotykają najgłębszych egzystencjalnych lęków prostego odbiorcy, w rockowej piosence żyje jakaś poezja. (Zgoda, że nie wyrafinowana, ale iluż wśród „wyższych” poetów jest pretensjonalnych kaligrafów!) W opakowaniu towaru czy na okładkach żurnali znajduje się plastyka naprawdę żywa, choć niewątpliwie zdziecinniała.

sześć tysięcy języków
Praktyczny wniosek z tych rozważań przymierzę do sytuacji, w której uczestniczyłem przed kilkunastoma dniami, w Brukseli, biorąc udział w panelu, w trakcie którego komisarz Unii Europejskiej odpowiedzialny za walkę z monopolizacją rynku wypowiedział się przeciw tzw. „kwotom narodowym”, czyli prawu, które narzuca pewien procent programów narodowych w telewizjach. Kwoty te są kością niezgody między różnymi częściami Europy – broni ich Francja, nie chcą Anglicy i Niemcy, pozostali ulegają coraz mocniej wpływom lobby wielkich emitentów, którzy chcą żeby całą produkcję audiowizualną (czyli tę dzisiejszą „najważniejszą ze sztuk”) traktować po prostu jako towar i dopuścić wolną konkurencję. W obronie kwot narodowych podnosi się argument, że bronią wartości, zawartych w kulturze lokalnej, lokalnym języku i obyczaju. Ale cóż to jest wartość? Jest na świecie sześć tysięcy języków. Czy to dobrze, czy źle? Czy każdy język jest dobry, czy też są języki, w których się zawarła wyższa kultura i inne, które są prymitywne? Czy warto je rozwijać, czyli dopłacać do ich użytkowników (tak, jak się ciągle dopłaca do użytkowników opery)? A czemu nie dopłacać do rowerów? Przecież rower to też element kultury (wprawdzie nie artystycznej)... 
Zagubiony w tym gąszczu problemów, komisarz Unii plątał się jak sztubak przy tablicy. Zawiodło przywoływanie wszystkich ideałów, nie pomogło odwoływanie się do demokracji, bo z przeciwnej strony padły słowa „kultura wysoka” i „wartości” (ale jakie i wedle czyjego rozpoznania?). Kiedy dyskusja dobrnęła do żałosnego zakończenia, ktoś objaśnił mnie, że komisarz jest prawicowcem czy liberałem, więc nie może się znać na kulturze. Myślę, że to wyjaśnienie trafnie uzupełnia obraz: żadna z podstawowych orientacji politycznych w Europie nie ma dziś wyraźnych poglądów na kulturę a załamanie koncepcji przyszło wraz z fenomenem umasowienia konsumpcji dóbr kultury.

Rób, jak uważasz
Z mojej niefachowej perspektywy, przyczyny tego stanu rzeczy upatrywałbym w zamęcie koncepcji, dotyczących drugiego człowieka, w antropologicznej dziurze, w której zagubił się bliźni. Czy wobec „współkonsumenta” obowiązują jakieś powinności? Czy istnieje współodpowiedzialność czy też zasada, że klient zawsze ma rację? Wydaje mi się, że podobny kryzys można dostrzec także w wychowaniu – ludzie często nie wierzą w ważność wyznawanych ideałów więc mówią dzieciom: „Rób, jak uważasz, bo ja nie wiem”. Czy nie podobnie dzieje się w kulturze? Czy twórcy nie mówią dzisiaj: „Wybierajcie, co chcecie, bo nie wiemy, co jest dobre” – czyli w jakim przejawie sztuki jest zaklęta mądrość o życiu i śmierci, o dramacie naszej egzystencji? Kodyfikacją tej niewiedzy jest bełkot postmodernizmu: uznanie relatywizmu za prawdę o treściach kultury, a więc zaprzeczenie, że takie wartości, jak mądrość, prawda czy piękno mają w niej zastosowanie.
Cały ten zamęt pojawił się w chwili, kiedy stało się jasne, że będziemy żyli w społeczeństwie wielkich liczb, czyli w masie. W przeciwieństwie do nowych społeczeństw napływowych w obu Amerykach czy w Australii, społeczeństwa na starym kontynencie były tak zżyte z myślą, że w kulturze o wszystkim przesądza elita, że nie spostrzegły, kiedy elity straciły swe znaczenie – czy widz operowy, do którego musimy dopłacać po kilkaset dolarów, by mógł oglądnąć moją ukochaną „Traviatę”, jest rzeczywiście elitą? Czy też przed jego gustem mam postawić gusty masowego widza, które – z rozgrzeszeniem Morina – wolno mi było dotąd lekceważyć? Demokracja nie lubi uprzywilejowanych. Mój nieszczęsny komisarz Unii Europejskiej powoływał się na demokrację, wołając: „Dlaczego Niemcy mają być zmuszani do oglądania niemieckich filmów w telewizji skoro wolą amerykańskie? Czy rząd ma prawo narzucać im adaptacje Kleista czy Schillera, to przecież jest niedemokratyczne?” Na to ktoś z sali zapytał, nie bez racji, czy komisarz chce w ten sposób podważyć demokratyczność wyborów do Bundestagu? Przecież ludzie wiedzieli, na kogo i na co głosują. Czyli godzili się z faktem, że demokratycznie wyłoniona władza coś im narzuci i na coś nie pozwoli. Powstał zamęt i przypomniałem sobie inną z moich dyskusji z komisarzami Europy, która dotyczyła ochrony praw autorskich. Istota tej obrony streszcza się w przykazaniu „Nie kradnij”. Zapytałem, czy przykazania Mojżeszowe są u podstaw wspólnej Europy i usłyszałem, że mogą one być tylko podstawą judeochrześcijaństwa a Unia jest laicka, więc nie jest to żadne odwołanie. Zostałem bezradny – w laickim wymiarze można rzec tylko „nie kradnij, bo cię okradną”, co do praw autorskich ma się nijak, jako że ten, kto mnie okrada z tego, co pięknie nazwano przedmiotami własności intelektualnej, ten sam nie ma nic do stracenia i dlatego może kraść bezkarnie. (Skądinąd wiem, że jeżeli kradnie, to częściej to, co Spielbergowe niż to, co moje!)

W donośnym zamęcie różnych dyskusji przyszło mi do głowy, że ci wszyscy wysocy urzędnicy mają do swej dyspozycji biura obsługi prawnej i radzą się ich w każdej sprawie. Może warto by było pozbyć się paru prawników i wziąć na to miejsce paru filozofów? Może wtedy powróciłby jakiś porządek w rozmowie? Etaty w Unii są wysokie, ale skąd wziąć dzisiaj w miarę kompetentnych filozofów? Boję się, że póki się nie znajdą, mówiąc o kulturze będziemy skazani na (jak uczestnicy obrad w Davos) na język toporny, nieścisły, po prostu prostacki.













 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl