|
Dobro piękno, rynek
Duchowy lumpenproletariat
Andrzej Stasiuk
Przeczytałem „Krzyż Pański z Kościołem” Karlheinza Deschnera. Mam słabość do eleganckich książek w twardej oprawie, których obwoluty wypełnione są pochwałami. Zwłaszcza pochwałami sygnowanymi przez samych profesorów, gdy tymczasem autor jest prostym doktorem.
„Najwybitniejszy krytyk zachodniego chrześcijaństwa i Kościoła rzymskokatolickiego, jakiego wydał wiek XX.” „Najwybitniejszy w tym stuleciu krytyk Kościoła.” „Współczesny Wolter (...) studiował prawo, teologię, filozofię, literaturoznawstwo i historię (...) odbył dwa i pół tysiąca wykładów (...) jest autorem powieści, pamfletów, aforyzmów, rozpraw krytyczno-literackich, historycznych, filozoficznych (...) pracuje do ponad stu godzin
tygodniowo.”
I rzeczywiście – po przeczytaniu kilkudziesięciu stron chciałoby się powiedzieć: no tak, to widać, widać pracowitość, widać nawet nie sto, widać nawet dwieście, a może i trzysta. I niewiele ponadto. Jeśli autor jest Wolterem, to jednak nie tyle współczesnym, co wciąż osiemnastowiecznym. Z czasem, ze świadomością jego upływu, jest chyba trochę tak, jak z rozumem: jedni go mają, a inni nie. Jedni usiłują coś pojąć ze zmiennej, umykającej rzeczywistości, inni uważają, że wystarczy dość głośno krzyczeć, aby rzeczywistość przystanęła i nadstawiła ucha.
Mówiąc najkrócej, książka Deschnera jest antologią cytatów przeplatanych komentarzami. Cytaty opisują mniej lub bardziej znane fakty z historii europejskiego chrześcijaństwa i historii Kościoła. Fakty dotyczą skandali seksualnych oraz zdarzeń i zjawisk, które autorowi wydają się skandalami. Większość źródeł, zwłaszcza tych dotyczących dziejów dawniejszych, to źródła kościelne, a więc pisma duchownych, kazania, listy itp. Jeśli idzie o współczesność, autor cytuje głównie doniesienia prasowe. Prze-dmiotem krytyki jest rygoryzm moralny, odstępstwa od rygoryzmu, asceza, łamanie ascezy, homoseksualizm duchownych, heteroseksualizm duchownych, celibat duchownych, mistyka, klasztory żeńskie i męskie, prostytucja, potępienie prostytucji – właściwie wszystko to, co Deschnerowi z seksualizmem się kojarzy, a kojarzy mu się właściwie wszystko.
Jeśli chodzi o metodę krytyczną, jaką reprezentuje autor, to polega ona na używaniu starych i sprawdzonych pojęć i nieco nowszych terminów. Ciemnota, głupota i zabobon występują pod nazwami stłumienia, frustracji, kompleksu itp.
Stylistyka przypomina rewolucyjne wystąpienia na wiecu – co jest w pełni zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że autor „w ciągu czterdziestu lat spotkał się z półmilionową rzeszą słuchaczy”.
Książka ładnie wygląda na półce, nadaje się na prezent, np. dla radykalnego szesnastolatka-anarchisty, żeby miał argumenty w dyskusjach z reakcyjnymi rodzicami.
Współczesność jest tym starsza, im odleglejszych szuka dla siebie uzasadnień. W dziewiętnastym wieku, na początku dwudziestego, uzasadnienia leżały w przyszłości, w nieprecyzyjnej wprawdzie, lecz na tyle bliskiej, że będącej w stanie zmobilizować i wykorzystać kolosalne zapasy energii. Świat ledwo to wytrzymał. Nic dziwnego, że postarzał się tak, jak ludzie potrafią się zestarzeć w ciągu jednej nocy, gdy dotknie ich nieszczęście: świt zastaje ich posiwiałych. Przyszłość okazała się zdradą i fantomem, historia, która miała nas wywieść z ziemi niechcianej do ziemi obiecanej, okazała się oszustwem. Wystrychnięci na dudka przez nadzieję, wystawieni do wiatru przez wspomnienia... Cóż właściwie wtedy pozostaje prócz teraźniejszości, w której życie i śmierć stają się nagie i oczywiste. Ale człowiek nie może utracić pamięci. Co najwyżej, może podjąć próbę negacji historii, może podać w wątpliwość słuszność drogi, która doprowadziła go do miejsca, w którym się znajduje. Książka Deschnera jest dobrą ilustracją takiej próby, jest fragmentem ciekawego zjawiska właściwego współczesnej kulturze.
„Fundamentalne znaczenie seksu wyraża się w wierzeniach wszystkich ludów i pierwotnie było to zawsze znaczenie pozytywne.” (Pomińmy jawną brednię tego „znaczenia pozytywnego” – wystarczy przeczytać parę książek napisanych „po Wolterze”, by stwierdzić, że autor pisze raczej o swoich wierzeniach niż o wierzeniach „ludów”.) O co innego tutaj idzie. Mianowicie o to, że owe „wszystkie ludy” trzeba odczytać jako społeczeństwa, leżące poza zasięgiem historii. „Pierwotność” dla antyhistorycznego myślenia jest zawsze pozytywna. To wycofanie się do początku czasu przypomina rozpamiętywanie dzieciństwa w chwilach, gdy dorosłość da nam w kość. Tyle tylko, że z podróży sentymentalnej wracamy do normalnego życia i nie próbujemy seplenić ani siusiać w majtki. Ideologiczna podróż do źródeł czasu jest zawsze wyprawą po łupy, które niezależnie od tego jak byłyby anachroniczne, nieprzydatne, obce czy niezrozumiałe, próbuje się potem wykorzystać. Jeśli nie ma dla nich zastosowania w aktualnej rzeczywistości, to znak, że rzeczywistość jest szalona. Konkwistadorzy z Peru wykazali więcej umiaru: zrabowane skarby przetapiali po prostu na sztabki i monety.
Josif Brodski w „Ucieczce z Bizancjum” przywołuje postać „duchowego lumpa znudzonego jogą, buddyzmem czy Mao, ryjącego teraz w głębiach sufizmu, sunnizmu, tajnego islamu szyickiego etc.” A parę lat później mówi, że „chciałby wydać w odcinkach dzieła kilku autorów, na przykład Marcela Prousta, tak żeby całe społeczeństwo mogło je przeczytać.” Wybrałem te dwie wypowiedzi Josifa Brodskiego, bo pierwsza z nich dobrze stawia diagnozę i w jakiś sposób odkrywa jednostkę chorobową, a druga ukazuje bezradność medycyny.
Duchowy lump – pełen irytacji, lekceważenia i pogardy epitet – nie odnosi się jedynie do hipisowatych turystów podróżujących do Indii, Nepalu czy Konstantynopola. Chodzi tu o coś więcej, o jakiś rodzaj nowej duchowej formacji – o duchowy lumpenproletariat. W pewnym sensie wszyscy do niego należymy. Linearny, historyczny czas okazał się żywiołem równie groźnym i nieprzewidywalnym jak mroczna i zwierzęca przeszłość, z której miał nas wyprowadzić. To, co ma nadejść, kontynuacja historii, napawa nas lękiem, uczuciem raczej zwierzęcym, stojącym na antypodach ludzkiego uczucia nadziei. Lump żyje teraźniejszością. Zajmuje go przetrwanie i zaspokojenie. Świat nie jest jego miejscem ani własnością, więc może go eksploatować zgodnie z zasadą „grab zagrabione”, bo jednocześnie czuje się z czegoś wydziedziczony. Doświadcza poczucia, że został zdradzony, że coś mu jednak zabrano. Miejsce, które wyznaczała cywilizacja, kultura i religia, okazało się pułapką. Jedyną nieskorumpowaną formą bytu pozostała natura.
Wschód, sufizm, odległe kultury, prymitywne ludy, tantra, joga, Indianie z Meksyku, Indianie z prerii, nauki ezoteryczne, katarzy, kabała, szamanizm, czary – to wszystko i sto jeszcze innych rzeczy staje się przedmiotem osobliwego kultu. W pojęciu zdradzonych i wydziedziczonych wszystkie te zjawiska posiadają walor prawdy i niewinności. Przynależą w jakiś sposób do świata natury chociażby przez fakt, że historia ich nie dotknęła, odrzuciła je lub wręcz podeptała. Przegrana albo istnienie poza europejskim i chrześcijańskim kręgiem cywilizacyjnym są dowodem prawdziwości. Powiedzenie, że nieobecni nie mają racji, zostaje odwrócone o 180 stopni.
To wyprawa po niewinność. Towarzyszy jej wiara, że wszystko w dziejach mogło potoczyć się inaczej, że w którymś momencie dokonano kolosalnego oszustwa. Dla jednych, jak Deschner, tym oszustwem była decyzja Konstantyna. Dla innych, spędzających wakacje w indiańskich tipi, zdradzieckimi duchami są zjawy Kolumba i generała Custera. Jeszcze inni walczą z zachodnim demonem złożoności, analizy i komplikacji i szukają wytchnienia w cieniu skrzydeł anioła Wschodu, który potrafi pogodzić wszystkie przeciwieństwa, stosując w dodatku oczyszczającą sumienie białego drapieżcy wegetariańską dietę. Ale jak wszystkie wyprawy po niewinność, tak i ta naznaczona jest naiwnością. Kolchida dzisiejszych Argonautów istnieje tylko w ich wyobraźni. Stworzona jest z lęków, uraz i tęsknot.
Obserwując kształt tej szczęśliwej wyspy, chociaż należałoby mówić raczej o archipelagu, możemy sporządzić mapę frustracji współczesnego człowieka. Jej naturalny charakter jest jedynie postulatem; jej flora i fauna jest kulturalna. O tyle, o ile kultura jest matką ideologii. Ta krytyka ma w sobie coś z odwróconego manicheizmu. Dla manichejczyków, dla gnostyków materia, natura i cielesność były postaciami absolutnego zła. Ziemia, ciało i kosmos więziły ducha. Dzisiejsza gnoza mówi coś przeciwnego. Jej obsesyjnym odniesieniem jest natura i wszystko to, co dane w instynktownym, antyintelektualnym doświadczeniu. Duch, jeśli istnieje, to zamieszkuje w odległych, zapomnianych i przez to nieskalanych rejonach pierwotnej jedności. Duchowość nie jest ludzką właściwością, lecz właściwością kosmosu, ożywionej i nieożywionej materii. Filozofia new age mówi o tym wprost. Duch przenika wszechświat i utrzymuje go w harmonii. Jeśli człowiek posiadał jakąś duchowość, to zgubił ją w procesie emancypacji, który z aktualnej perspektywy przypomina raczej upadek niż wyzwolenie. Trzeba zakwestionować swoją kondycję, zanegować historię, by odnaleźć miejsce w uniwersum.
Ale jak to zazwyczaj w ideologicznych propozycjach bywa, odpowiedzi na pytania zadane „tu” leżą „gdzie indziej”. Dyskurs okazuje się niemożliwy albo bardzo trudny. W końcu biali ludzie wymyślili filozofię na własne usprawiedliwienie, wymyślili diabła szczegółu i rozróżnienia. Duch nie przemawia skompromitowanym językiem.
Istnienie w kulturze wymaga wysiłku. Mit istnienia naturalnego obiecuje wyzwolenie. Cóż przyjemniejszego niż wędrówka w lesie możliwości i propozycji. Współczesny świat przypomina ogród Edenu, w którym rosną wyłącznie drzewa wiadomości. Można spożywać ich owoce i nie grozi już żadna kara. Raj informacji i przekazów sprawia, że stajemy się podobni do plemienia zbieracko-łowieckiego. Rozmaitość i obfitość diety sprawia, że nie musimy zakładać stałych osiedli, nie musimy zajmować się kulturą, które to słowo pierwotnie oznaczało uprawę. Na każde pytanie możemy uzyskać zadowalającą odpowiedź. Ilość odpowiedzi przewyższa nawet ilość pytań, dlatego możemy być pewni zaspokojenia.
Uderzający jest pragmatyzm „naturalnego” modelu istnienia. W istocie ma on więcej wspólnego z techniką niż dziedziną duchowości. Schizofrenia bytu opiera się zawsze na poczuciu, że jesteśmy komuś lub czemuś coś winni, że nie wypełniamy takich czy innych wymagań bądź założeń. Można podejrzewać, że to napięcie stanowi istotę człowieczeństwa. W końcu prawdziwi święci nigdy nie byli zadowoleni ze swojej świętości, tak jak prawdziwi zbrodniarze nigdy nie mogą sobie darować nieuwagi, która ściągnęła na nich karę. Tymczasem zwrot ku naturalności, ku temu, co przed- lub pozahistoryczne przypomina łagodną formę prania mózgu, umysłową przepierkę: trzeba tylko usunąć z obrazu rzeczywistości ciemne plamy, a pierwotna harmonia natychmiast powróci.
Nadciągająca era będzie prawdopodobnie erą niewinności. Będziemy wykonywali pramagiczne zabiegi wokół odwiecznego ducha, przepajającego materię świata, wszechświata i naszych ciał. Skoro jesteśmy tylko fragmentem kosmosu, wystarczy poznać jego zagubione i zapomniane prawa.
Niedawno pewien pan w radiu tłumaczył, że energia płynie z lewej do prawej półkuli mózgu (a może odwrotnie, nie zapamiętałem) i wystarczy przyłożyć prawą dłoń do potylicy a lewą do czoła (bądź odwrotnie) i wszelki ból ustąpi. Towarzysząca mu pani zgodziła się z tym skwapliwie i napomknęła coś o przemyśle farmaceutycznym, „chemii” i trucicielach. Pani prowadząca program z entuzjazmem poddała się eksperymentowi nałożenia rąk.
Mam kolegę, który od roku pije swój mocz i twierdzi, że jest to lekarstwo na wszystkie choroby, przywraca mu bowiem harmonię w organizmie. Podejrzewa również, że mocz mógłby pomóc w walce z wirusem HIV, tylko że naukowcy, przemysł farmaceutyczny itd...
W księgarni, do której chodzę, jest oddzielny stół, na którym leżą książki poświęcone „samopomocy”. Od prostych dolegliwości aż do wydawnictw doradzających, jak żyć w zgodzie z rodzajem ludzkim i własnym sumieniem. Jak widać, kultura masowa bardzo szybko wyciąga praktyczne wnioski z teoretycznych propozycji filozofów: ledwo kilkadziesiąt lat temu egzystencjalizm uzmysłowił nam osamotnienie jednostki w świecie, a już mamy podręczniki, które pozwalają przetrwać w tych wybitnie niesprzyjających warunkach.
... wydać Prousta w odcinkach, tak żeby całe społeczeństwo mogło go przeczytać. Jest mi trudno wyobrazić sobie całe społeczeństwo, czytające Prousta. Trudno wyobrazić sobie całe społeczeństwo, czytające w ogóle cokolwiek prócz gazet. Szlachetność tej wizji dorównuje tylko jej anachroniczności. Kultura nigdy nie była w swej istocie demokratyczna, ale to nie znaczy, że miałaby dzięki temu być zabezpieczona przed zakusami demokracji. Jej arystokratyzm i hierarchiczność przemija wraz z powszechnym dostępem do informacji, wraz z nieograniczonym dostępem do kulturowego dziedzictwa. Powszechne prawo wyborcze w polityce pociąga za sobą powszechne prawo wyboru lektury – niechby i najbzdurniejszej. W przemijającym modelu kultury na egzystencję poza historią mogli pozwolić sobie szaleńcy i dzieci. Trzeba przyznać, że był to żywot dosyć komfortowy. Wariatom świadomość została odebrana, dzieci jeszcze jej nie otrzymały. Człowiek współczesny ma przewagę w tej dziedzinie: może swoją świadomość w niemal dowolny sposób zaprojektować. Robi to bez pomocy elit, które jeszcze do niedawna mogły w mniejszy czy większy sposób wpływać na kształt kultury – chociażby przez to, że były wyłącznymi posiadaczami umiejętności czytania i pisania, czyli właścicielami języka. I co za tym idzie właścicielami tradycji, która miała strukturę pionową jak feudalne państwo. Niezależnie od tego, co o tym byśmy sobie prywatnie myśleli, dla przytłaczającej większości był to model opresyjny chociaż bezpieczny.
„Korzenie rosyjskiego millenaryzmu niewiele w istocie różnią się od jego początków w innych krajach. Tego rodzaju sprawy mają zawsze związek z przewidywaniem nadchodzącego zagrożenia w łonie takiej czy innej społeczności religijnej (...) oraz z ograniczoną w tej społeczności umiejętnością czytania i pisania. Nieliczni czytający i jeszcze mniej liczni piśmienni zwykle kierują wszystkim, z reguły podsuwając alternatywną interpretację Piśma Świętego”. To znowu Josif Brodski, tym razem z eseju „Katastrofy w powietrzu”. Lakoniczna precyzja tego opisu końca czasu sprawia, że chciałoby się zastosować go w skali uniwersalnej.
Znowu kończy się jakiś wiek, znowu czas niepostrzeżenie porzuca swoją linearną postać i zwija się na podobieństwo węża zupełnie tak, jakby prosta i napięta forma zmęczyła go, jakby chciał odpocząć. Czym różni się millennium od tych wszystkich minionych? Przede wszystkim chyba tym, że nie wierzymy w definitywny koniec świata. Ten brak wiary napełnia nas poczuciem pewnej rezygnacji: świat wprawdzie będzie istniał, ale grozi mu śmierć z nudy, śmierć z powtarzalności.
Ale jest też inna różnica, będąca zarazem podobieństwem, czyli właśnie powtórzeniem. Alternatywnej interpretacji nie podlega dziś Pismo Święte. Podlega jej całe dziedzictwo kultury i cywilizacji, ba, całego gatunku. Herezja staje się czymś tak banalnym i powszechnym, że zaczyna przypominać niegdysiejszą ortodoksję. Nie dotyczy to wyłącznie religii, dotyczy sposobu istnienia człowieka w świecie, jego ontologicznego statusu. Ograniczona umiejętność czytania i pisania przekłada się dzisiaj na powierzchowność właściwą synkretyzmowi. Na naukę pisma własnej kultury potrzeba czasu i umieramy z poczuciem, że niewiele zrozumieliśmy. Pragmatyzm współczesności nie ma ochoty na płacenie takiej ceny. Wyrusza dalej i „gdzie indziej”, tam, gdzie odpowiedzi są dane i gotowe. W końcu to analfabetyzm pozwala nam żywić nadzieję, że prawda została gdzieś zapisana.
|