|
Dobro piękno, rynek
Sztuka i prestiż
Z Andrzejem Starmachem rozmawia Zbigniew Baran
ZBIGNIEW BARAN: –
Jesteś uznanym fachmanem od pośrednictwa i sprzedaży dzieł sztuki, masz prestiżową galerię. Jak oceniasz rynek sztuki w Polsce?
ANDRZEJ STARMACH: – Zaczęło się coś na nim dziać niecałe dziesięć lat temu. Zaszły wtedy w Polsce pozytywne zmiany w kierunku gospodarki wolnorynkowej a rynek sztuki jest organicznie związany z systemem ekonomicznym. Oczywiście daleko nam jeszcze do norm światowych, do zakodowanego tam od dawna przeświadczenia, że sztuka jest specyficznym towarem.
Wartości sztuki są wartościami kreowanymi, których nie da się ani zmierzyć, ani zważyć. Na cenę, jaką uzyskuje dzieło sztuki, składa się wiele elementów. Bez dynamicznego układu, który stymulują marszand, krytyk i w końcu nabywca, rynku sztuki po prostu nie ma. Światowy handel sztuką odbywa się głównie na aukcjach, które są publiczne i kreowane tam ceny idą w świat. Z codziennych popołudniówek można się dowiedzieć, jaką cenę uzyskał ostatnio w Nowym Jorku obraz Picassa czy Jaspera Johnsa. U nas wypracowano niezłe wzorce w handlu starą sztuką. Przede wszystkim działają w Warszawie trzy, cztery profesjonalne domy aukcyjne, które dość systematycznie organizują aukcje.
– Ale twoją domeną jest sztuka nowoczesna...
– ... gdzie ciągle brak aukcji z prawdziwego zdarzenia. Angażuję się w aukcje charytatywne, które jednak – powiedzmy to szczerze – przekłamują rynek. Przyświeca im cel, który z pragmatycznym interesem nie ma wiele wspólnego.
– Czy rzeczywiście? Otrzymujesz przecież bezpłatną reklamę, Twoi artyści wchodzą w publiczny obieg.
– Zgoda. Nieraz padają wysokie ceny, które mnie satysfakcjonują, ale są też wpadki, kiedy uznani artyści
„idą” za śmieszne sumy i mogą mieć do mnie słuszne pretensje, że ich wciągnąłem w tę całą kabałę. Czasami nie wiem, w jakiej roli występuję. Raz prezes majętnej instytucji państwowej postawił mi zdumiewający warunek:
„Pomogę tym nieszczęsnym dzieciom, ale obrazy, które mi Pan sugeruje, znikną potem z moich oczu. Zrobi Pan z nimi, co chce...”
– Należysz do środowiska marszandów sztuki. Czy jest to nowocześnie kształtująca się grupa interesów, czy też swoista dżungla?
– W sprawach zasadniczych dla środowiska występujemy na zewnątrz murem, ale to nie musi wcale oznaczać, że panują wśród nas idylliczne stosunki. Wydaje mi się, że mamy wspólne cele i usiłujemy dbać o markę tej profesji, nie będąc zrzeszeni instytucjonalnie. Ja sam współpracuję z kilkoma galeriami, które też u mnie kupują. Obraz sprzedany inemu marszandowi musi być tańszy, ale zyskuję na tym, że moi artyści trafiają do odbiorców, do których sam nie mam dostępu. Dobre doświadczenia handlowe mam m.in. z galerią
„Gest” Sławomira Bossa w Łodzi, a w organizowaniu aukcji z krakowską galerią
„Zderzak” Marty Tarabuły.
– Jaki jest przekrój twoich klientów?
– Kiedy w latach 80. wchodziłem w ten interes, większość klientów stanowili cudzoziemcy. Relacja złotówki do
„twardej waluty” była taka, że obraz opłacało się sprzedać za 100 dolarów. Obecnie sytuacja jest diametralnie inna. Zagraniczny klient, który decyduje się na zakup obrazu, musi być do niego w pełni (z powodów estetycznych, rynkowych itd.) przekonany. Przedtem mógł kupić z kaprysu, bo chciał mieć coś z Polski, a sklepowe półki były wtedy – jak wiadomo – ogołocone. Dlatego moimi obecnymi kupcami są przede wszystkim Polacy.
Istnieje zasada, że kupującemu nie zagląda się do kieszeni. Dla marszanda – jak dla adwokata – każdy jest klientem. Z moich obserwacji wynika, że są to ludzie – jak to określam – żyjący z dochodów, a nie z pensji: biznesmeni, przedstawiciele dobrze płatnych wolnych zawodów. Ktoś z nich usłyszał, że jest to niezła lokata kapitału na przyszłość i dlatego kupują. Zazwyczaj brakuje im jednak wyrobienia i trudno ich namówić do kolekcjonowania
„z kluczem”, a przecież tylko takie zakupy są sensowne.
– Raz trafiłem do krakowskiej kancelarii notarialnej, gdzie wiszą obrazy z Twojej kolekcji. Wyczuwalna jest estetyczna jednorodność – przeważa geometryczna abstrakcja.
– To wyjątek, który potwierdza regułę. Tę kancelarię wspólnie zajmują adwokat i notariusz, obaj z tej samej uczelni, posiadający zbliżony status majątkowy. Adwokat uznał, że kancelarii przydałyby się korespondujące ze sobą obrazy, notariusz zaś nie dał na to przedsięwzięcie ani grosza i nie przekonują go argumenty, że te obrazy w jakimś sensie podnoszą prestiż kancelarii, przyciągają wybranych klientów.
– W bogatych krajach sztuka jest elementem gry ekonomicznej: wzmacnia reklamę firmy, podnosi jej image. Wymowny jest slogan, który wylansował koncern Philip Morris:
„potrzeba sztuki, by firma stała się wielka”.
– Wyjąłeś mi te słowa z ust. Kiedy rodził się w bólach nasz rodzimy kapitalizm, zdawało mi się, że po rozwinięciu się sieci prywatnych banków, firm handlowych, towarzystw ubezpieczeniowych nastąpi – wzorem krajów cywilizowanych – finansowe zainteresowanie i nobilitacja sztuki nowoczesnej. Jesteśmy bliżej świata, ale nie w tej dziedzinie! W krajach wysoko rozwiniętych zakupy sztuki współczesnej w osiemdziesięciu procentach dokonywane są przez wielkie korporacje i firmy prywatne, w dziesięciu przez projektantów wnętrz, reszta klientów to nabywcy indywidualni. U nas jest zupełnie odwrotnie. Firmy prywatne i instytucje państwowe dokonują zaledwie dziesięciu procent transakcji – nabywcy prywatni zaś nie są w stanie wytworzyć na rynku koniunktury. Nieodzowne jest zweryfikowanie systemu finansowego – wprowadzenie korzystnych odpisów podatkowych, nie wyczerpuje to jednak zagadnienia. W Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie konsorcja handlowe inwestują w sztukę nowoczesną, gdyż jest to kapitał, który znakomicie procentuje. Wartość zakupionych kolekcji wzrasta nieraz szybciej niż innych lokat.
– Kolekcja niemieckiego koncernu Thyssena, Länderbanku (obecnie Bank Austria), Ludwiga w Kolonii...
– Tak, to znane kolekcje europejskie. Największymi rekinami na tym rynku są jednak Amerykanie i Japończycy. Kolekcje firm takich, jak Philip Morris, City Bank w Stanach czy Nomura Bank w Japonii. Jakie notowania na rynku ma obraz, wiszący nad biurkiem prezesa ma znaczenie, gdyż odzwierciedla to faktyczną pozycję firmy. Dlatego też wielkie korporacje zatrudniają konsultantów od handlu i kolekcjonowania sztuki. Współdziałają oni ściśle z dekoratorami wnętrz, których orientacja – zwłaszcza w sztuce nowoczesnej – musi być również świetna. W Niemczech jest przepis prawny, mówiący że w projekcie każdego budowanego wieżowca należy uwzględnić siedem procent środków finansowych, przeznaczone na wyposażenie wnętrz. Stąd te wielkie obiekty w holach, obrazy na ścianach, finezyjne konstrukcje rzeźb, które muszą być zharmonizowane z kubaturą budynku, na przykład podkreślać jego lekkość i przejrzystość. Dlatego jest zapotrzebowanie na ludzi związanych ze sztuką, których w sposób naturalny wprzęga się w system ekonomiczny.
– Na czym polega fenomen tzw. „sztuki abstrakcyjnej”, w której od dziesięcioleci niezmiennie lubuje się światowy biznes?
– Pozaestetyczna ekspresja abstrakcji jest, jak wiadomo, zminimalizowana. Funkcja tej sztuki sprowadza się głównie do stworzenia określonego nastroju. Sztuka figuratywna natomiast zbyt silnie przykuwa wzrok oglądającego, skłania go do pytań, a szefowie wielkich korporacji nie mogą sobie pozwolić na rozkojarzenie klienta. W grę wchodzi również religia – zachodniej sztuki figuratywnej nie uznają na przykład ortodoksyjni Żydzi i Arabowie, stanowiący ważną część klienteli. Nie ma więc mowy, by w gabinecie szefa wisiały wielkie realistyczne akty czy obrazy batalistyczne.
Polski biznes jest klasą nową, nieustabilizowaną, i trudno mu przezwyciężyć dziewiczą chorobę nowobogactwa. Nasi bossowie, który oglądali serial
„Dynastia”, nie zauważyli, że w gabinetach jego bohaterów, oprócz luksusowych mebli i marmurowych kominków, zawsze wisiał jakiś niezły obraz. Kominek, kiedy go zdemontujesz, nic nie jest warty. To tylko gruz. Podobnie rzecz się ma z gigantycznymi biurkami, za którymi przepadają nasi prezesi. Po zakupie wartość takiego mebla spada o 30 procent, zaś cena dobrego obrazu wzrasta. Zdarzają się na szczęście i pozytywne przykłady, jak pani prezes Bochniarz z firmy Nicom, która odważnie inwestuje w sztukę. Należy więc cierpliwie czekać za zmiany mentalności tej klasy, które – daj Bóg – nastąpią.
– Od siedmiu lat posiadasz własną stajnię, do której należą przede wszystkim artyści z
„Grupy Krakowskiej”. W twoich wyborach nie zauważyłem większych zmian. Konkurencja zarzuca ci brak ryzyka...
– Ryzyko podjąłem siedem lat temu i od tego czasu dbam, abyśmy ja i moi artyści mieli się dobrze. Jeszcze gdy studiowałem historię sztuki, zacząłem interesować się tymi artystami i za pierwsze, zarobione na saksach, pieniądze kupowałem ich obrazy. Wiedziałem, że będę ich lansował i sprzedawał. Szczęśliwy traf chciał, że mojej przyszłej żonie podobało się to samo – i otworzyliśmy, w jej rodzinnej kamienicy przy krakowskim rynku, galerię. Z tą sztuką się utożsamiamy, obrazy tych samych artystów mamy w galerii i w domu.
– Z Twoim nazwiskiem powszechnie kojarzony jest Jerzy Nowosielski, na którego obrazy masz handlowy glejt. Jak go zdobyłeś?
– Jako prawosławny mędrzec, Nowosielski ma do pieniędzy stosunek filozoficzny, nie lubi pozbywać się swoich obrazów – to jakaś immanentna część jego świata. Moim osiągnięciem jest, że ceny jego obrazów idą coraz wyżej, osiągnęły pułap 50 – 200 milionów starych złotych, prezentuję go za granicą, zabiegam o reklamę. Zdobyłem jego zaufanie. W ogóle artyści to wybredne zwierzęta, które nie zawsze da się obłaskawić pieniędzmi. Trzeba umieć ich poznać i zrozumieć.
– Co pewien czas wzbogacasz swoją kolekcję zakupami za granicą. Na ile to się opłaca? Czy Twoje zdobycze świadczą, że sztuka polska nie jest tam w cenie?
– Od kiedy wprowadzono VAT i podatek graniczny od dzieł sztuki – przestało się to opłacać. Warto jednak penetrować tamtejszy rynek i zbierać informacje, gdyż wiele dobrych obrazów wywieziono z Polski – głównie w latach 70. – za marne sumy. Spadkobiercy tych obrazów na ogół nie orientują się, co znaczą nazwiska: Tarasin, Tchórzewski, a nawet Kantor. Rzeczywiście sztuka polska w świecie nie jest w cenie, ale jej wartości rynkowej nie podbiją za nas inni. Jeżeli w Hôtel Drouot w Paryżu jest aukcja jakiejś kolekcji malarstwa angielskiego, natychmiast przyjeżdżają marszandzi z Londynu i to kupują. Taka jest prawidłowość: sztuka angielska musi być najdroższa w Anglii. Z żyjących artystów polskich na rynku liczą się właściwie tylko dwa nazwiska: Magdalena Abakanowicz i Roman Opałko.
– Na koniec pobawmy się w futurologię. Czy przewidujesz, że kiedykolwiek uda Ci się na aukcji przebić Malczewskiego i Wojtkiewicza Twoim Nowosielskim czy Kantorem?
– Musi to nastąpić, nie tylko z tego powodu, że w wyniku ciągłych licytacji wyczerpią się dobre obrazy Brandta czy Malczewskiego. Znamienne są też zmiany na rynku sztuki dawniejszej. Jeżeli dziesięć lat temu na szczycie było malarstwo Kossaków, teraz przebili się Wierusz Kowalski i Gierymscy. Ceny Makowskiego i Ślewińskiego osiągają daleko wyższy pułap niż tak zwana sztuka batalistyczna. Stąd wniosek, że jestem na dobrej linii – kroczę, a nie cofam się.
|