Konflikt
na Bliskim Wschodzie
„TP” nr 15/2002, 14
kwietnia
Z pustego i Powell nie naleje
MAREK
ZAJĄC
„Wreszcie!” – świat odetchnął z ulgą, gdy Stany Zjednoczone podjęły się
mediacji w bliskowschodnim konflikcie. Trudno jednak liczyć na cud, czytaj: trwały pokój. Premier Izraela Ariel Szaron ignoruje wezwania prezydenta Busha do
„niezwłocznego” wycofania wojsk z terytorium palestyńskiego – i z zadowoleniem może spoglądać na rosnące wykresy popularności swojego rządu. Poza tym Szaron wreszcie toczy wojnę – czyli robi to, co umie najlepiej i co uważa za najskuteczniejsze w polityce narzędzie (zwłaszcza wobec Palestyny). Lider Palestyńczyków Jaser Arafat zaciera ręce, bo bombardowana i pacyfikowana Autonomia triumfuje w wojnie o współczucie, a nawet sympatię światowej społeczności.
A Stany Zjednoczone i siła ich nacisku – dyplomatycznego, gospodarczego, militarnego? Waszyngton na razie szuka
„złotego środka” między lojalnością wobec Izraela a potrzebami wojny z terroryzmem. Amerykanom zależy, by państwa arabskie nadal popierały antyterrorystyczną kampanię, a w razie ataku na Irak pozostały neutralne albo ograniczyły się do gniewnych not dyplomatycznych. Wysłannik prezydenta Busha na Bliski Wschód, Colin Powell będzie więc raczej łagodzić nastroje niż zmuszać do szukania trudnych, ale trwałych kompromisów. Co więcej, Waszyngton nie jest dziś w stanie zaproponować planu pokojowego na miarę tak złożonego konfliktu, bo nawet w Białym Domu i Kongresie trudno o zgodę co do rozwiązania izraelsko-palestyńskiego sporu. Można oczywiście próbować powrócić do starych projektów, ale propozycje z Camp David z 2000 r. i tak odrzucą Palestyńczycy, a na plan saudyjskiego księcia Abdallaha nie zgodzi się, przynajmniej na razie, Izrael. W tej sytuacji plan minimum dla Powella to doprowadzenie do zawieszenia broni. Plan maksimum: zmuszenie stron konfliktu do powrotu do negocjacji. O cudach w Ziemi Świętej można na razie zapomnieć.
|