Konflikt
na Bliskim Wschodzie
„TP” nr 5/2002, 3
lutego
Bliski Wschód: ku przepaści
WOJCIECH
PIĘCIAK
Na Bliskim Wschodzie od jesieni 2000 trwa wojna, niewypowiedziana i
dziwna. Dziwna, gdyż przecząca zasadzie, opisanej przez Clausewitza (tyleż cynicznie co prawdziwie), że konflikt zbrojny to przedłużenie polityki. Na Bliskim Wschodzie coraz trudniej o ten element racjonalności. Co zostaje, to nienawiść – i bezradność. Metody stosowane przez Palestyńczyków i Izrael odrywają się od celów politycznych, gdzie istotą doktryny bezpieczeństwa Izraela była zawsze obrona kraju i każdego Izraelczyka, Palestyńczycy zaś chcieli tworzyć dziś własne państwo. Metody obu stron celów tych nie przybliżają – przeciwnie.
Izrael do perfekcji opanował sztukę technicznego (militarno-wywiadowczego) kontrolowania Autonomii i reagowania na akty terroru – czasem przekraczając granicę obrony koniecznej i wchodząc na grunt
„terroru państwowego”. Tak można nazwać podkładanie przez izraelskich żołnierzy bomb-pułapek w miejscach publicznych (przy wkalkulowanym ryzyku niewinnych ofiar, np. dzieci), niszczenie prywatnych domów oraz cywilnej infrastruktury Autonomii, w tym szkół, dróg biegnących obok osiedli żydowskich, archiwum palestyńskiego radia i archiwum
„Orient House” w Jerozolimie (rekonstruowano tam kwestie własnościowe terenów okupowanych), czy wycięcie pół miliona świeżo posadzonych drzew i zdewastowanie lotniska w Gazie (drzewa i lotnisko współfinansowała UE). Bezpieczeństwa obywateli Izraela to nie polepsza. Odwrotnie: burzenie ludziom domów na zasadzie zbiorowej odpowiedzialności tylko dlatego, że ich sąsiad był terrorystą – jak w Rafah, gdzie Izraelczycy zniszczyli podstawy egzystencji 500 Palestyńczyków – to sposób na socjalizację kolejnego pokolenia terrorystów. I nawet jeśli pewnego dnia, może wkrótce, Izrael zniszczy Autonomię i zmusi Arafata do emigracji, nie usunie to zagrożenia terrorem. Ani nie rozwiąże problemu w postaci dziewięciu milionów ludzi – 3 mln Palestyńczyków i 6 mln Izraelczyków (z tendencją szybko rosnącą w pierwszym przypadku: 2/3 Palestyńczyków ma mniej niż 30 lat) – stłoczonych razem na obszarze wielkości jednej trzynastej Polski.
Także palestyński terror nie przybliża żadnego rozwiązania, lecz je oddala. Izrael ani nie chce, ani nie może ustąpić. A mordując Izraelczyków na bazarze czy w pizzerii, samobójcy-zamachowcy pośrednio godzą we władze Autonomii, przeciw którym kieruje się odwet Izraela, uzasadniany koniecznością samoobrony. Co jest prawdą jeśli nie wprost (choć ludzie Arafata stali też za zamachami), to w tym sensie, że lider Palestyńczyków, który dziś nie ma woli ani autorytetu, by zwalczać terror, w przeszłości zawsze traktował terrorystów instrumentalnie, a ich powiązania sięgają do jego otoczenia. Tymczasem
„druga infitada” uderza też w zwykłych Palestyńczyków: ich sytuacja gospodarcza jest coraz gorsza, właściwie na granicy katastrofy. Wymiana z Izraelem (handel i praca) zamarła, 65 proc. rodzin żyje poniżej granicy nędzy, straty palestyńskiej gospodarki sięgają 70-90 proc., a bezrobocie 60 proc., powszechna jest korupcja. Arafatowi to jakby nie przeszkadzało. Terrorystom też nie, bo łatwiej rekrutować nowych samobójców. A tych będzie więcej: szef wywiadu wojskowego Izraela prognozuje, że kraj czeka kolejna fala terroru, jakiej jeszcze nie doświadczył.
Izraelski dziennik „Haarec” pisał w minionym tygodniu: „Władze Izraela i Palestyńczyków są tak zafiksowane, że nie mogą się porozumieć i nie dążą już najwyraźniej do rozwiązania politycznego. Oba rządy, ślepe i zamknięte na argumenty, prowadzą swoje narody ku katastrofie”. Istotnie, najgorsze jest tu poczucie fatalizmu: najwyraźniej nie ma takiej siły – w Izraelu, Autonomii ani poza regionem – która mogłaby zmienić bieg rzeczy.
|