Konflikt
na Bliskim Wschodzie
„TP” nr 16/2002, 21
kwietnia
Jedna twarz terroryzmu
SERGIUSZ
KOWALSKI
Mając w pamięci pozytywną reakcję opinii medialnej Polski i całego zachodniego świata na zbrojną interwencję USA w Afganistanie, nie rozumiem odmiennego podejścia do identycznej interwencji Izraela.
Nie jestem, przyznam, zwolennikiem premiera Szarona, ani – jeśli o to chodzi – prezydenta Busha. Nie głosowałbym na żadnego z nich, gdybym był izraelskim czy amerykańskim obywatelem, zresztą z podobnych powodów – nie lubię entuzjastów czołgów i rakiet, ani zafascynowanych militarną sprawnością macho w czarnych okularach rodem z kina kopanego, ani zadowolonych z siebie, tłustych (jak Szaron) i szczupłych (jak Bush) konserwatystów klepiących patriotyczne komunały o wolności, demokracji i narodzie. Wolę beznadziejną wiarę w człowieka, w szansę zbudowania świata bez absurdalnej przemocy i równie absurdalnych poświęceń. I co z tego?
Kiedy po 11 września cywilizowany świat ruszał na wojnę z islamskim terroryzmem, miałem mieszane uczucia. Wyobraziłem sobie, że jestem Amerykaninem takim, jakim bym był – jednym z milionów niedawnych wyborców oburzonych, że rządzi nami, hmm, mało oczytany polityk, który dostał w dodatku mniej głosów od swojego konkurenta. Zarazem, jak większość podobnie myślących, w obliczu bezprzykładnej napaści – patrzę na osuwające się wieże WTC grzebiące tysiące niewinnych ofiar – stanąłbym murem za swoim prezydentem i z ciężkim sercem przystał na atak naszych oddziałów na afgańskie bazy al Kaidy i ben Ladena. Stłumiłbym wątpliwości (giną przypadkowi ludzie, nasi sojusznicy to, jak niegdyś w Kosowie, dość wątpliwi demokraci itp.), a wspomagałby mnie w tym niemal jednobrzmiący chór światowej opinii publicznej. Nie będąc amerykańskim, tylko polskim obywatelem, doznałem tych samych, ambiwalentnych uczuć – moją wiarę, że winniśmy czynnie przeciwstawić się złu, ostudzał niesmak na widok entuzjazmu spuszczonych ze smyczy militarystów radujących się, że w atmosferze patriotycznego przyzwolenia będą wreszcie mogli wypróbować swoje śmiercionośne zabawki.
Jednak mało kto (poza Susan Sontag w Ameryce, a w Polsce Jerzym Jedlickim) zgłaszał w tej kwestii poważniejsze wątpliwości. W polskich mediach dominował rytualny entuzjazm nowo przyjętych do NATO idealistów. Nie twierdzę, że nie należało interweniować w Afganistanie. Ale nie rozumiem towarzyszącej temu euforii, podobnej zawodowemu zachwytowi chirurga, który może wreszcie chwycić za upragniony skalpel.
Mając w pamięci pozytywną reakcję opinii medialnej Polski i zachodniego świata na zbrojną interwencję USA w Afganistanie nie rozumiem odmiennego podejścia do identycznej interwencji Izraela, dążącego do tych samych, co Amerykanie celów – wyśledzenia i zniszczenia źródeł terroryzmu. Po 11 września wszystkie kanały polskiej telewizji nadawały niezliczone reportaże i wywiady. Pamiętam rozmowę z pewnym Izraelczykiem, który powiedział: „teraz wreszcie rozumiecie, z czym my żyjemy na co dzień”. Zabrzmiało to jak czystej wody cynizm wobec grozy walących się wież i ludzi skaczących z okien, by uniknąć jeszcze straszniejszej śmierci w płomieniach.
Jednak warto zrozumieć stanowisko mieszkańców Jerozolimy, Haify i Tel Awiwu – w ich kraju tragedia na miarę WTC trwa, rozłożona na raty, od lat. Jak w Ameryce, ofiarami są niewinni ludzie – dzieci wychodzące ze szkoły, młodzież bawiąca się po zakończonym święcie i przypadkowi przechodnie. Zabijających ich terrorystów fetują tłumy zachwyconych Palestyńczyków, a rodzice nadzianych plastikiem i kilogramami gwoździ samobójców żałują przed kamerą, że nie mieli więcej tak dzielnych synów. Jestem jak najdalszy od potępienia hurtem ogółu Palestyńczyków, muzułmanów i Arabów. Co więcej, popieram – podobnie jak blisko połowa izraelskiego społeczeństwa – ich dążenie do własnego państwa. Ale nikt nie wmówi mi, że możliwe są jakiekolwiek pokojowe rokowania z Hamasem, Dżihadem czy Brygadami Męczenników al Aksa. Świat po prostu nie rozumie, o czym mówi – to przecież tak, jakby po 11 września wzywać Busha do zaniechania eskalacji przemocy i wszczęcia pokojowych rokowań z Osamą ben Ladenem. Warto przypomnieć, że swego czasu to Jaser Arafat odrzucił – bo bał się Dżihadu et consortes – niespotykaną ofertę Ehuda Baraka, który w lipcu 2000 r. doprowadził rozmowy pokojowe dalej niż jakikolwiek izraelski przywódca. Wtedy, w Camp David, po raz pierwszy Izraelczycy i Palestyńczycy podjęli rozmowy o tym, co dzieli ich najbardziej – prawie powrotu 3,7 mln palestyńskich uchodźców i podziale Jerozolimy.
Owszem, w tej wojnie zginęło znacznie więcej przypadkowych Palestyńczyków niż przypadkowych Żydów – lecz znów: co miałoby z tego wynikać? Trafnie spuentował sytuację sławny izraelski pisarz Amos Oz, zauważając, że Palestyńczycy toczą z Izraelem dwie wojny: „Jedną z nich wypowiedział naród palestyński w imię wyzwolenia się spod okupacji i prawa do niepodległości. Każdy przyzwoity człowiek powinien poprzeć tę sprawę. Drugą wypowiedział fanatyczny islam, od Iranu do Gazy, od Libanu do Ramallah, by zniszczyć Izrael i wypędzić Żydów z ich ziemi. Do tej sprawy każdy przyzwoity człowiek powinien poczuć odrazę”. Pisał dalej Oz: „Jaser Arafat i jego ludzie prowadzą obydwie wojny naraz, udając, że to jedna i ta sama wojna”. Co do pierwszej, pisarz wierzy w szanse jej zakończenia przez rokowania. Co do drugiej jest sceptyczny – jak każdy rozsądny obserwator sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Komentarze polskiej telewizji są poniekąd zrozumiałe, wzorowane na BBC i CNN. Jednak w przypadku „Faktów” TVN zwraca uwagę rażąca dysproporcja między retoryką studia, a relacjami jego własnych korespondentów. Z jednej strony słyszymy o „uciekinierach”, którzy „schronili się” w Bazylice Narodzenia Pańskiego, z drugiej o „uzbrojonych Palestyńczykach”, którzy „wdarli się wyłamując drzwi” do świętego sanktuarium. Takich dramatycznych nieporozumień jest więcej. Prowadzący „Fakty” Tomasz Lis pyta nowojorskiego korespondenta, dlaczego, jeśli ktoś w USA nie popiera dziś w stu procentach Izraela, to jest uznawany za zwolennika terroryzmu. Ten odpowiada, że to nie jest dokładnie tak. Swego czasu wykpiwano Władysława Gomułkę, który powiedział: „To pytanie jest kłamliwe”. Podobno kłamliwa może być tylko odpowiedź. Otóż nie. Kłamliwe bywa też pytanie, np.: „Jak często bije pan żonę”. Lis dopytuje dalej, rozkładając odpowiednio pozawerbalne akcenty: „Czy Amerykanie sprzyjają Izraelowi dlatego, że jest on ich strategicznym partnerem na Bliskim Wschodzie, czy też z tej racji, że mają w pamięci zamach na WTC?”. Słyszymy natychmiastową odpowiedź korespondenta: „Raczej to drugie”. I tak dalej.
Nie mam wątpliwości, że izraelski rajd w poszukiwaniu terrorystów na palestyńskie miasta i osiedla jest drogą donikąd. Co więcej, jestem pewien, że pogorszy on – już pogorszył – międzynarodowe notowania Izraela. Zarazem pytam: dlaczego Stany Zjednoczone, zwane już w opracowaniach politologów „hegemonem”, mogą wyprawiać się zbrojnie do Afganistanu w poszukiwaniu terrorystów z al Kaidy, a Izrael ma przyglądać się biernie kolejnym terrorystycznym zamachom na własnym terytorium? Co do konieczności przeciwstawienia się brygadom samobójców zgadzają się – i w USA, i w Izraelu – zarówno zwolennicy, jak przeciwnicy obecnego rządu. Jednak od Izraela świat domaga się – inaczej niż w przypadku USA – negocjacji z terrorystami.
Może tak trzeba dla dobra ludzkości. Zresztą, hegemonowi wolno stanowić własne prawa, na przykład karę śmierci, za której stosowanie wyklucza się państwa z europejskich gremiów. Niech więc hegemon podejmie decyzje na Bliskim Wschodzie. Niech Izraelczycy zdymisjonują Szarona i podejmą pertraktacje. Niech będzie pokój, który nie ma szans, lecz pozostaje naszą jedyną nadzieją.
Autor jest socjologiem, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Opublikował m.in. „Krytykę solidarnościowego rozumu”.
|