Konflikt
na Bliskim Wschodzie
„TP” nr 18/2002, 5
maja
Nie potrafię
JÓZEFA
HENNELOWA
Staram się nie
opuszczać „Pytań” Krzysztofa Skowrońskiego w
wieczornym „Pulsie”, ale dzisiaj, 25 kwietnia, w połowie
programu sięgnęłam po wyłącznik. Nie potrafiłam dłużej
ani słuchać, ani patrzeć. Rozmówcą redaktora był młody
Izraelczyk, który w jednym z marcowych zamachów palestyńskich
stracił kilka osób z najbliższej rodziny, a trzydzieścioro z
tejże rodziny zostało rannych. Opowiadał o tym (z pomocą tłumaczki)
bardzo spokojnie i wyglądał też najnormalniej w świecie, a
jednak, kiedy doszło do pytania, jak zareagował na pierwsze
telefoniczne wieści (mieszka w Warszawie), poczułam, że mam
dosyć. Że nie mam prawa ani asystować jego zwierzeniom, ani
godzić się, żeby dziennikarz prowadzący rozmowę dążył do
jakichś swoich spodziewanych wniosków, ani nawet nie mam prawa
zaspokajać własnej potrzeby dowiedzenia się jeszcze czegoś,
bo i to staje się jakimś nadużyciem. Czy dla jakiegokolwiek
celu wolno zgodzić się na wiwisekcję?
Z mieszanymi uczuciami oglądałam też zdjęciowy serwis z
manifestacji, którą w Warszawie w ubiegłą niedzielę
zorganizowała Amnesty International, ustawiając szeregi ludzi
splatających dłonie pomiędzy ambasadą Izraela a
przedstawicielstwem Palestyny. Coś to miało dobrego oznaczać
i pewnie tym dobrem kierowali się uczestnicy, z których kilku
o znanych nazwiskach media oczywiście wymieniły, a nawet
kazano niektórym mówić do kamery. A mnie wydało się nie
tylko smutnie łatwe, ale dziecinne i naiwne. To przecież
nikogo nie kosztowało nic a nic. Czyniąc takie spektakularne
gesty nic nikomu przebaczać nie trzeba i nawet niekoniecznie
uruchamiać trzeba wyobraźnię. Można to zrobić także wśród
setek słów niesprawiedliwych, wśród łatwego oburzenia, wśród
morałów prawionych na wyprzódki pod adresem tych, których
uznało się za winowajców, w dziwnym przeświadczeniu, że my
wręcz predestynowani jesteśmy na międzynarodowy trybunał sędziowski,
a rozwiązanie tragedii proste jak przykazania dekalogu.
Komentatorzy, którzy z trudem ukrywali oburzenie, że oto
przedstawiciel Palestyny wziął udział w manifestacji, ale z
ambasady Izraela nie było nikogo, zdawali się nie rozumieć,
że postawą jedynie uczciwą było dla obu stron: nie udawać,
że już nie trwa wojna na śmierć i życie, skoro trwa, a łatwe
gesty czynione tak daleko od niej służyć mogą co najwyżej
dla budowania czyjegoś dobrego samopoczucia
To zastanawiające, dlaczego w Polsce wyroiło się tylu sędziów,
tylu mędrców, tylu pośredników, dlaczego kto żyw poczuł się
u nas znawcą i ekspertem, moralistą i kaznodzieją, skąd
bierze się to, że każdy zabierający głos wszystko wie na
pewno, wszystko osądza,własne doświadczenia, nawet
najmizerniejsze i z zupełnie innego świata, czyni miarą
rzeczy, a równocześnie usprawiedliwia najbardziej nawet natrętne
asystowanie tragedii. Parę tygodni temu Magazyn
„Rzeczpospolitej” zamieścił fotoreportaż z
Ramallah (wcześniej również zareklamowany w Pulsie). Było
tam przerażające zdjęcie sprofanowanych zwłok niewątpliwie
torturowanego mężczyzny, ofiary linczu. Autorka podpisu pod
tym zdjęciem, reporterka z Ramallah, ani jednym słowem nie
przekazała jakiegokolwiek wstrząsu, przerażenia, oceny. Jakby
nie był to sygnał koszmarnego dzisiaj, tylko prehistoria
sprzed potopu. To wyglądało tak, jakby za wszelką cenę
trzeba było utrzymać solidarność z jedną tylko stroną
konfliktu. Z tych samych względów od trzech tygodni nie sposób
znaleźć w opinii katolickiego świata choćby jednego słowa
protestu przeciw zajęciu Bazyliki Narodzenia przez uzbrojonych
ludzi, zdecydowanych nie poddać się za nic. To wtedy przecież
zaczęła się profanacja sacrum, której końca nie widać do
chwili, gdy to piszę...
|