Jedwabne, Zagłada, pamięć

 



 

  Strażnik naszych grobów

 

   JĘDRZEJ MORAWIECKI




Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: „Pomnik to nie książka telefoniczna. Nie da się na nim napisać historii od A do Z. Nie można się poprzez pomnik mścić. Nie można nim tłumić konfliktu. Niektórzy próbują wejść na cokół, stanąć przy postumencie. Inni na monumentach zarabiają, tworzą pomnikową szarą strefę. To tępię bezwzględnie. I staram się pamiętać, że stawianie pomnika wymaga wrażliwości, pokory. Do pomnika trzeba dojrzeć”.

 

 

1. WARSZAWA

Andrzej Przewoźnik. Rocznik 1963. W Krakowie od trzeciego dnia życia; tu się wychował, kończył studia, tu chciał zostać. Plan był prosty: doktorat i praca w archiwach. Przewoźnik: „Niestety, wyszło inaczej. Ugrzęzłem w administracji. Mieszkam w Warszawie”. 
Siedzi za biurkiem w budynku naprzeciw Komitetu Badań Naukowych. Ściąga marynarkę, zamyka drzwi. Odbiera telefony. Jest zmęczony.

Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Po technikum geologicznym, gdzie zdobył pierwszy zawód (technik-wiertnik), poszedł na historię na UJ: „Już w technikum były konkursy historyczne, podczas przygotowań poznałem mnóstwo akowców, którzy »pracowali« nad takimi gówniarzami jak ja. Tak zaraziłem się wiedzą. Kiedy miałem niecałe 18 lat, napisałem pierwszy w życiu artykuł, który opublikował »Dziennik Polski« – rzecz dotyczyła AK. A potem poszedłem na UJ. Dostałem się z odwołania – »niedobre pochodzenie«”. 
Studiował historię, trochę konspirował, przez mieszkanie szła bibuła. Dotąd nie wie, z kim był strukturalnie związany. On przede wszystkim studiował: „To był najlepszy okres: siedziałem w archiwach, jeździłem po kraju, rozmawiałem z ludźmi”. 
Nie miał stypendium socjalnego, dorabiał prowadząc historyczny klub dyskusyjny przy krakowskim PAX-ie. Przygotowywał pracę magisterską o bazie łącznikowo-wywiadowczej Komendy Głównej AK na Węgrzech. „Tak poznałem bohaterów podziemia, zetknąłem się z Nowakiem-Jeziorańskim. Studiowałem biografie, one mówią więcej niż dokumenty. Mało mamy publikacji historycznych, które pokazują wojnę poprzez ludzkie postawy. A szkoda”. 
Wyjechał do Londynu na stypendium Fundacji AK. I znów archiwum: „Przygotowywałem się do pracy naukowej, ale po 1989 r. wszystko strzeliło. Przyszedł znajomy: »Słuchaj, wojewoda kompletuje urząd«. To była ostatnia rzecz, o jakiej myślałem. Ale zaczął się okres burzy i naporu. Przychodzili młodzi, którzy budowali nową strukturę. Zostałem jednym z nich. Wszedłem w to też z powodów finansowych. Pensje na uczelni były głodowe, nie miałem etatu. Musiałem utrzymać rodzinę, urodziła się córka. Poszedłem do administracji. Nigdy nie myślałem, że utknę w niej do dziś”. 
Najpierw był krakowski urząd wojewódzki. Organizacja zjazdów, mediacja. „Zrozumiałem, że to nie jest administracyjne »załatwianie«, że trzeba podchodzić nie jak biurokrata. Przychodzili ludzie starsi, którzy nie rozwiązali problemów przez 50 lat”.
Przewoźnik opowiada o głodówce legionistów, próbujących odzyskać Dom im. Piłsudskiego na krakowskich Oleandrach. O tym, jak obserwował z urzędu strajki górników, hutników: „Nie przypuszczałem, że rząd solidarnościowy spotka się ze strajkami. Patrzyłem: ci, którzy wynieśli polityków – protestują przeciw nim”. 
Minęły dwa lata. Wtedy „stało się coś, czego się obawiałem. Ktoś postanowił mnie wciągnąć do Warszawy. Nie chciałem opuszczać Krakowa. Ale dałem słowo. Nieodwołalna decyzja. Przyszedłem i zostałem”. 
Wrzesień 1992. Andrzej Przewoźnik zamieszkał w Warszawie, objął funkcję sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: „Znalazłem się w próżni. Bezradny jak dziecko, wyrwany ze środowiska. Do tej pory się do Warszawy nie przyzwyczaiłem. Jak mówimy między krakusami – jesteśmy tu na wygnaniu”. 
Dużo jeździ, w terenie bywa po 10 dni w miesiącu. Wstaje o wpół do piątej. Pół godziny dla siebie, potem dwie godziny pracy historycznej. O siódmej przygotowanie do pracy. O ósmej wychodzi. Kończy o 18-19.00, często dłużej. 


Jest specjalistą od pomników. Na korytarzu przed gabinetem wiszą zawiadomienia o przetargach na cmentarze w Kazachstanie i Uzbekistanie, w Polsce, oferty firm budowlanych. To strona formalno-prawna. Po drugiej stronie, w gabinecie, no i w terenie, pomnik nabiera innego wymiaru. Bo monument musi być zbudowany na ludzkiej wrażliwości, gruncie społecznych uwarunkowań. Nie może wbijać się klinem. 
Mówi: „Pracuję jako sprzątaczka po PRL. Weźmy choćby kwestię rozbiórki: zbudowano wiele pomników z fałszywymi napisami. Były monumenty stawiane przeciw społecznościom lokalnym, np. wdzięczności armii sowieckiej. Czasem przy rozbiórce takiego pomnika okazywało się, że zbudowany jest z płyt z cmentarza żydowskiego. 
Zajęliśmy się sferą skomplikowaną. Zły bagaż stosunków z Niemcami, Żydami, Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami jest ogromny. Ale proszę: jeszcze parę lat temu ileż było konfliktów z Rosjanami. A teraz wymieniane są tablice »Niezwyciężona, bohaterska wyzwolicielka«. Na ich miejsce pojawia się: »Tu spoczywają żołnierze Armii Czerwonej, którzy walczyli na tej ziemi«”.
O pomnikowej ,,szarej strefie” powie: „Monumenty to rzecz wzniosła. Ale są i rzeczy szare. Funkcjonują organizacje, które żyją z monumentów. Zawiązują dziwne komitety, organizują dziwne zbiórki. Wyciągają ogromne pieniądze z budżetu państwa... O tym się nie mówi, ale tak jest. Myślę jednak, że w ciągu paru lat mojej działalności nie wszedłem z nimi w żaden układ, nie udzielałem wsparcia złym przedsięwzięciom. Miałem z tym styczność już w Krakowie. W Warszawie byłem zaskoczony nie tyle charakterem, co skalą zjawiska. Takie życie. Pomnikami zajmują się ludzie porządni i nie – jak wszędzie”.
Zanim pomnik budzący emocje zostanie postawiony, trzeba zbadać środowisko, nastroje. Jeździć w teren. Dyskutować. Często konieczne są wieloletnie badania: „To nie może być tak, że na nagrobku wypisuje się różne racje polityczne i punkty widzenia. Oczywiście, trzeba brać pod uwagę wrażliwość jednej, drugiej strony. Ale pomnik nagrobny nie może być miejscem, w którym ryje się postanowienie sądu. To pomyłka. A mieliśmy szereg takich przypadków – akowcy, winowcy chcieli wypisywać oskarżenia konkretnych osób. Cmentarz nie jest miejscem do załatwiania takich spraw. Są książki, publikacje, dyskusje. A tu jest grób, upamiętnienie ofiar”.


Kiedy zaczynał pracę, urzędnicy przychodzili i mówili: „petent to”, „petent tamto”. Przewoźnik: „Zebrałem ich i powiedziałem: »Proszę państwa, trzeba zmienić postawę«. Starałem się stworzyć instytucję, do której ludzie zechcą przychodzić. Teraz sam zaczynam narzekać, nie pozwalają nam pracować, każdy chce się wygadać. W takiej pracy musisz wybrać: albo wykonujesz ją dobrze, to znaczy otwierasz się na ludzi, albo wykonujesz ją sumiennie, ale mechanicznie, bez wrażliwości. Środowiska, z którymi się spotykam, to grupy specyficzne, delikatne. Ludzie, z którymi w PRL-u nie prowadzono dyskusji. Te środowiska nawet przez ostatnie 12 lat nie zostały właściwie docenione. Ci ludzie wnoszą ze sobą do urzędu problemy nie załatwione przez kilkadziesiąt lat. 
Poruszam się po polu emocji. A więc moja »pomnikowa« praca wymaga przede wszystkim wrażliwości. Po drugie, pokory. Po trzecie, otwartości. Każda sprawa ma swą otoczkę, miękkie punkty, których trzeba dotykać ostrożnie. Owszem, czasem muszę grać rolę ważniaka z Warszawy, działać zdecydowanie. Była dyskusja w Przemyślu, przyjechali Ukraińcy i »patrioci« Polacy, gęstwa stereotypów. Musiałem to przeciąć, dyskutować się nie dało”. 
Andrzej Przewoźnik powtarza, że mimo 12 lat Polski niepodległej pozostał szereg problemów przeszłości, które leżą, pęcznieją, co pewien czas wybuchają. Że przygotowanie pola pod pomnik to ciągłe uczenie się, wiedza z wielu dziedzin, wykraczających poza historię czy administrację: „To jest tak, jakbyśmy poruszali się po polu minowym. Jeden niewypał ma większą siłę rażenia, inny mniejszą. Całe szczęście niewiele eksploduje. Mina, która wybuchła, to na przykład Cmentarz Orląt we Lwowie”. 

 

2. JEDWABNE

Przewoźnik: „Jedwabne jest miną, która nie wybuchła, ale jest trudna do rozbrojenia. Pamiętam swój pierwszy przyjazd do tej miejscowości. Wszyscy byli najeżeni, że ważniak z Warszawy chce im wydawać polecenia. Dopiero później zaczęła się dyskusja. Nie jest do końca dobrze, ale lody puszczają. Pozostało jednak poczucie, że Jedwabne pozostawiono samemu sobie, najeżdżają je tylko media, historycy, publicyści, politycy, wszyscy wypowiadają się atakując to miejsce. To, czego mi brakuje w dyskusji wokół Jedwabnego, to racjonalne i wstrzemięźliwe podejście. Brakuje pokory. Bo łatwo się feruje wyroki, których później nie da się odkręcić. A historia jest skomplikowana, nie czarno-biała. Wojna to czas wyborów, często dramatycznych. 
Wiele osób, które wypowiadają się na temat Jedwabnego, abstrahuje od faktów historycznych, które wbrew pozorom są możliwe do ustalenia. Mówię choćby o sprawie kontekstu historycznego, okupacji hitlerowskiej, mechanizmów, którymi się ta okupacja rządziła. Jeżeli w napisie inskrypcyjnym miało być zdanie o rozpalonym przez niemiecki nazizm grzechu nienawiści, to nie neguje to, że nienawiść była wcześniej. Ale nawet w okresie, kiedy weszli Sowieci i działy się rzeczy dramatyczne, nie doszło do mordów. A tu nagle trzy tygodnie od wejścia Niemców wymordowano kilkaset osób. Coś musiało zafunkcjonować, ktoś stworzył taką atmosferę. Jak to się stało, że na przestrzeni kilku tygodni w różnych miejscowościach doszło do podobnych wydarzeń? Na zasadzie jednego scenariusza? Musimy tu rozróżnić dwie płaszczyzny. Pierwsza: moralna, bezdyskusyjna. Druga: historyczna, fakty. I nie można wychodzić z założenia, że jeśli fakty są takie, to tym gorzej dla faktów. A odnoszę wrażenie, że większość polemistów ma od początku gotowe recepty. Otóż nie! Nie da się tego do końca wyjaśnić. Do każdego faktu trzeba podchodzić z szacunkiem, a nie nim żonglować. Tu jest miejsce na rzetelną, suchą analizę faktów. Nie można grać ofiarami, bo ci ludzie nie będą się już bronić. I kiedy czytam dziś, że wszyscy wymordowani to Żydzi współpracujący z Sowietami, zadaję pytanie: kilkuletnie dzieci też współpracowały? 
Kolejna rzecz: pomnik, który stał do tej pory, był zakłamany – to bezdyskusyjne. Ale stanowił wyraz pamięci o tym, co się tam stało. Musimy pamiętać, że mieszkańcy Jedwabnego, młodzież ze szkół, przez lata przychodziła w to miejsce, zapalała znicze, składała kwiaty. Niewątpliwie nie mieli wiedzy, którą my mamy teraz. To było bardziej nieświadome, ale miało miejsce.
Kolejne nadużycie medialne: my w Jedwabnem nie budujemy pomnika. Wszyscy o tym zapominają. My budujemy cmentarz, na którym spoczywają szczątki ofiar zbrodni.
Sfera pamięci jest ciągle przez państwo niedoceniania. A sprawa Jedwabnego pokazuje, jakie emocje wywołują tematy, które dawno powinny przebrzmieć, gdyby po wojnie można było o nich mówić. Mimo wielu prób nie udało się uchwalić rzetelnej ustawy, która regulowałaby kwestie utrzymania cmentarzy, pomników, relacji samorząd–państwo, która umożliwiałaby ingerowanie państwa w negatywne procesy. 
To zastanawiające, że u nas przez 12 lat wolnej Polski nie było dyskusji na temat przeszłości, jak powinniśmy w dzisiejszym, co by nie mówić – zmaterializowanym świecie – podchodzić do historii, jakie wnioski wyciągać na przyszłość. Pamiętam dyskusję nad ustawą o ochronie terenów byłych hitlerowskich obozów zagłady. Każdy kłócił się, jak szeroka będzie strefa i czy pozostanie krzyż papieski. Ale nikt nie dotknął meritum sprawy – jaką rolę powinny te miejsca pełnić dziś, w przyszłości. Nie da się uciec od przeszłości, nawet jeśli wybierze się przyszłość. Wskazują na to aktualne wydarzenia. Powinno się te rzeczy społecznie przedyskutować, postawić problemy, które im szybciej będą rozwiązane, tym lepiej – by uniknąć polaryzacji środowisk. Państwo powinno mieć instrumenty, by rozstrzygać spory społeczności lokalnych. A teraz takimi do końca nie dysponuje”. 
Przewoźnik kończy. Żegna się. Za drzwiami delegacja Jedwabnego. Będą mówić o uroczystościach. I o tekście na nagrobnym monumencie. Za oknem późny wieczór.


  3. KRAKÓW

„To normalne – jak się pracuje na okrągło, to się choruje. Zniknąłem na kilka dni, właśnie przez kłopoty ze zdrowiem” – wzdycha Przewoźnik. 
Krakowski ogródek kawiarniany, ryczy harmonia. Przewoźnik opowiada, że chciałby dostać dwumiesięczny urlop i zaszyć się w archiwum – bez poczucia czasu, bez ograniczeń obcować z dokumentem. Ale teraz musi poświęcić czas rodzinie, dziecku. A o takim urlopie nie ma co marzyć. 
Cały dzień chodził po antykwariatach, kupił piętnaście książek, ciągle gromadzi materiały: „Mam rozgrzebaną książkę »Kraków na przełomie wojny i pokoju«. Rzecz ma mówić o ostatnim miesiącu okupacji wojsk niemieckich, wejściu Sowietów, początkach aparatu bezpieczeństwa, rozbiciu podziemia. Zbierałem to dobrych parę lat, pewnie jeszcze rok-dwa nad tym popracuję. W Warszawie tych rzeczy nie dostanę”.
Później wspomina. Znów o technikum, akowcach, o pierwszych książkach: „Kamienie na szaniec” Kamińskiego, Baczyński... Potem biografie, rozmowy: „Nie raz o tym myślałem. W życiu jedno wydarzenie może skierować człowieka na zupełnie inne tory. Gdybym był wciągnięty do ZSMP – na pewno dziś inaczej bym oceniał wydarzenia historyczne. Ale miałem szczęście, że trafiłem na ludzi, którzy przeszli najgorsze, pokazali inne wartości, wskazali, że była inna Polska, że są ludzie, którzy w momentach przełomowych zachowują się przyzwoicie. Nic więcej”. 
Znów mówi o pracy, o tym, że w Warszawie nauczył się ostrożności w kontaktach z mediami, zrozumiał, co to przecieki, nauczył się działać ze świadomością wyższej racji, państwowego interesu. Nie nauczył się tylko w stolicy mieszkać: „Nie mam tam punktu zaczepienia. To miasto nie ma duszy. Jako gówniarz łaziłem po Krakowie, po kościołach, cmentarzach. Zahaczyłem Skrzyneckiego, innych... To w środku pozostaje. Mam 38 lat. Chcę kiedyś wrócić do Krakowa. Chociaż wtedy będzie to pewnie zupełnie inne miasto”.
Ma dziś jeszcze kilka spotkań, ale mniej oficjalnych. Przemówienie na Festiwalu Kultury Żydowskiej dopiero jutro. „Ale i tak wziąłem ze sobą papiery z Jedwabnego” – przyznaje – „To piekielnie trudne sprawy”. I odpukuje w wiklinowy stolik. 
Odchodzi w stronę Rynku, znika w antykwariacie. Wcześniej mówił: „Trudno przykładać do tamtych czasów współczesne standardy demokratyczne. Wojna przyniosła nowe technologie, techniki masowej zagłady. To był szok. Poza tym państwa przedwojenne nie były demokratyczne. Niech mi ktoś pokaże choć jeden kraj w Europie, w którym nie było nacjonalistycznych ruchów. Nie czarujmy się – w Polsce działo się to samo. Tylko że po wojnie nie mieliśmy możliwości swobodnej dyskusji, stereotypy okresu przedwojennego zostały zakonserwowane i teraz wychodzą. Sporo czasu minie, zanim się to przewali, zanim zbuduje się prawdziwa prawica, lewica. Zresztą...”
Przewoźnik ukłonił się znajomym, przywitał z dawnym wykładowcą. 
Wraca do rozmowy: „Jeszcze niedawno mówiono, że takie rzeczy jak II wojna nie mogą się powtórzyć. A co było na Bałkanach? Człowiek jest urządzeniem zdolnym do wszystkiego, mimo doświadczeń i przestróg. Jaką mamy pewność, że w którymś momencie nie wybuchnie coś w środku Europy? Nie mam takiej pewności. Bo w przeciwieństwie do wielu, widziałem historię. Trzeba zobaczyć te setki ludzi zabitych strzałem w tył głowy, ze związanymi z tyłu rękami. W Charkowie długo się zastanawialiśmy: jak to się stało, że niektórzy oficerowie nie mają w czaszce śladu po strzale? Po miesiącu antropolog wydedukował: był taki fachowiec z NKWD, który strzelał w drugi krąg szyjny i pocisk wylatywał przez oczodół, nie zostawiając śladu.
I dalej: ,,Skoro są ludzie, którzy potrafią takich rzeczy dokonać – to dowód , że w człowieku tkwi straszliwe zło, że czasem trudno je kontrolować. Jaką mamy pewność, że to się znów u nas nie zdarzy? Nie ma dobrej metody, lekarstwa. To jest ustawiczna praca, edukacja. To, co robię teraz – trzeba robić zawsze. I dlatego zawsze będziemy potrzebni”. 

 

Jędrzej Morawiecki

 

 

 

 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl