|
Jedwabne, Zagłada, pamięć
Raport o
Jedwabnem: krok ku innej historii
Ustalenia śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie
Jedwabnego nie zaskakują. Nie zaskakuje również, że nie
udało się wyjaśnić wszystkich detali tego mordu – minęło
wszak tyle lat. Nie zaskakuje, że nieprzekonani pozostali nie
przekonanymi (przykładowo: „Nasz Dziennik” skwitował
pracę IPN tytułem „Niepoważne śledztwo” i
zasugerował, że służy ono kolejnej „nagonce na Polaków”).
Nie zaskakuje, że pojawiły się żądania doprecyzowania treści
napisu na pomniku zamordowanych, choć niektórzy twierdzą, że
w imię wrażliwości i taktyki nie powinny być one zgłoszone
tak szybko po szoku, jakim dla niektórych Polaków mogło być
ustalenie, że to ich rodacy – a nie nazistowscy okupanci
– odegrali decydującą rolę w pogromie.
Bo sprawa Jedwabnego jest dla Polaków wstrząsem – nie
tylko ze względu na swą drastyczność, ale i dlatego, że była
ciosem w lansowaną przez lata idealistyczną wizję narodowych
dziejów. Narodowa historiografia, szkoła, media, Kościół,
przekazy rodzinne – wszystkie te źródła kultywowania
społecznej pamięci długo unikały (poza nielicznymi wyjątkami)
podejmowania trudnych tematów w rodzaju skali kolaboracji z władzami
zaborczymi i okupacyjnymi, napięć katolicko-żydowskich,
zakresu oporu i uczestnictwa w PRL itp. Przyczyny tej tendencji
były różne – za komunizmu, na przykład, znaczenie miały
zarówno cenzura i brak źródeł, jak przekonanie o konieczności
wzmacniania „narodowej substancji” w obliczu presji
systemu. Tyle że skutkiem okazała się wypaczona świadomość
historyczna większości społeczeństwa.
Niektórzy – także poważni – historycy i publicyści
dalej chcą jednak mówić o historii Polski wyłącznie przez
pryzmat Westerplatte, a nie Jedwabnego (by odwołać się do
haseł dyskusji prowadzonej przed paru miesiącami w
„Rzeczpospolitej”) albo – by wziąć inny
przykład – opozycyjnego kombatanctwa, a nie wszystkich
wymiarów PRL-owskiej rzeczywistości. Tymczasem szczęśliwie
cenzury już nie ma, a archiwa zostały już w sporej mierze
otwarte. Pomysł tuszowania ciemnych stron historii ze względu
na niedojrzałość społeczeństwa – bo i taki argument
się pojawił – może mieć tylko jeden skutek: kolejne
gwałtownie obalone mity i tym boleśniejsze mentalne wstrząsy.
Tymczasem – czego dowodzi napisany precyzyjnym prawniczym
językiem i wyprany z emocji raport prok. Ignatiewa z pionu śledczego
IPN – nawet o tak bolesnych sprawach, jak udział Polaków
w pogromach, da się mówić w sposób rzeczowy, uwzględniający
proporcje i prezentujący całą złożoność narodowych dziejów.
Krzysztof Burnetko
|