Jedwabne, Zagłada, pamięć

 

  

 

Autor książki „Sąsiedzi” odpowiada krytykom

 Poduszka pani Marx

 

  JAN TOMASZ GROSS

 

  

 

Znakomity badacz epoki Holokaustu Saul Friedlander kończąc pierwszy tom studium pt. „Żydzi i nazistowskie Niemcy”, opisuje dość chyba typową tego dnia w Niemczech scenkę rodzajową. Nazajutrz po „Kryształowej Nocy” 9 listopada 1938, kiedy to władze państwowe zainspirowały pogromy antyżydowskie w całym kraju (nazwa „Kryształowa Noc” stąd się bierze, że ulice miast niemieckich pełne były następnego dnia potłuczonego szkła z tysięcy rozbitych witryn sklepowych), na ryneczku mozelskiego miasteczka Wittlich, obok ciężarówki, na której wraz z pół tuzinem pobitych mężczyzn stał jej mąż, rzeźnik Marx, zrozpaczona kobieta zawodziła histerycznie, wyciągając ręce ku twarzom sąsiadów obserwujących całą scenę zza zamkniętych okien otaczających domów. „Dlaczego nas tak męczycie? Co myśmy wam kiedykolwiek zrobili złego?” – wołała.

Jej krzyki odezwały się niespodziewanym echem przeszło pół wieku później, w Hamburgu, gdy po odczycie Friedlandera podszedł do niego młody człowiek przekazując pozdrowienia od swojej babki, mieszkanki Wittlich. W odpowiedzi na zdziwione spojrzenie prelegenta, o kogo chodzi, młodzieniec wyjaśnił, że jego babka była przed wojną sąsiadką pani Marx. Podobnie jak wielu innych mieszkańców, weszła wówczas w posiadanie „mienia pożydowskiego” i traf chciał, że ma u siebie poduszkę pani Marx. Trzyma ją teraz na dnie szafy, pełna wyrzutów sumienia, i nie wie, co ma z nią zrobić.

Przypomniałem sobie poduszkę pani Marx czytając ubiegłej wiosny artykuł Jerzego Roberta Nowaka na łamach „Naszego Dziennika” (14 maja 2000). Dowiedziałem się z niego, że opisanie przeze mnie ludobójstwa w Jedwabnem ma na celu uzasadnienie żydowskich starań o odszkodowania za straty poniesione w czasie wojny. Nie zdziwił mnie ten argument, bo w środowisku ideowo bliskim publicyście „Naszego Dziennika” skojarzenie Żydów i pieniędzy jest zupełnie powszechnym odruchem. Jakiś czas później w wielkonakładowych pismach w Polsce zaczęły się pojawiać zaniepokojone głosy, co też to będzie, kiedy „Sąsiedzi” ukażą się drukiem w języku angielskim. Dlaczego dominującą troską naukowca odpowiedzialnego za resort edukacji w Instytucie Pamięci Narodowej (idzie o edukowanie polskiego społeczeństwa na temat własnej historii) jest robienie dobrego wrażenia za granicą – zastanawiałem się po przeczytaniu artykułu Pawła Machcewicza w „Rzeczpospolitej” (11 grudnia 2000). Ale kiedy historyczny przywódca Unii Pracy Ryszard Bugaj zareagował na wieść o tragedii jedwabieńskich Żydów w podobny sposób co publicysta „Naszego Dziennika”, zaś prezes kolegium IPN Sławomir Radoń podzielił się podobnymi do Machcewicza przemyśleniami z czytelnikami „Gazety Wyborczej” (20-21 stycznia 2001), uznałem, że mamy do czynienia z gruntownym pomieszaniem pojęć. Podobny wniosek, myślę, wysnuł z tych lektur Jan Nowak-Jeziorański, pisząc artykuł „Potrzeba zadośćuczynienia” („Rzeczpospolita”, 26 stycznia 2001) zaniepokojony, że „debata (wokół sprawy Jedwabnego) zaczyna zmierzać w fałszywym kierunku”. Spróbuję więc i ja kilka wątków przeplatających się w rozważaniach w/w autorów uporządkować, aby się stało bardziej klarowne, do jakich zagadnień związanych z kwestią tzw. Mienia pożydowskiego i obrazu Polski za granicą, wypadnie nam się w związku z Jedwabnem ustosunkować.

Zacznijmy od stwierdzenia, że to nie „Sąsiedzi” stwarzają nam dzisiaj kłopot, o którym piszą Bugaj, Jerzy Robert Nowak czy Machcewicz, tylko ludobójstwo popełnione w Jedwabnem. Czytając ich wypowiedzi można by pomyśleć, że borykamy się nie z konsekwencjami czynów popełnionych pół wieku temu, ale tekstów, które je opisują. Z konsekwencjami tamtych czynów będziemy sobie mogli poradzić tylko poprzez głęboką refleksję nad własną historią. Pełne niepokoju komentarze prasowe na nutę: „co też inni o nas powiedzą” są tu raczej nie na miejscu: dają co najwyżej kolejne świadectwo wyalienowania tożsamości zbiorowej Polaków z powodu zafałszowania stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny.

Piszę „kolejne”, bo nie pierwszy raz reagują w ten sposób zatroskani patrioci na prześladowania Żydów w Polsce. „Bardzo często powtarzali mówcy polscy na zgromadzeniach protestacyjnych po pogromie kieleckim pytanie – pisała syjonistyczna „Opinia” 25 lipca 1946 – co sobie o nas zagranica pomyśli?” Jakże chciałoby się usłyszeć proste, a tak miłe dla naszego ucha: „Co sobie o nas nasi współobywatele Żydzi pomyślą?” Rzecz w tym, że fundamentu wolnej i twórczej egzystencji zbiorowej nie zbudujemy śledząc nerwowo odbicie własnego oblicza w oczach innych. Co najwyżej pozbawimy się w ten sposób autentyczności, cedując niejako na obcych – i dlaczego akurat na nieżyczliwie do Polski nastawione środowiska żydowskie Ameryki? – moc określenia tego, kim właściwie jesteśmy. To przecież własnym wysiłkiem musimy swoją trudną historię pogodzić z obrazem samych siebie. Musimy zrozumieć biografię zbiorową, która nas łączy poprzez pokolenia. Bo nie to, co inni o nas mówią, tylko to, jak sami konfrontujemy się z własną przeszłością, jest naprawdę istotne, a szacunek u innych zdobędziemy i tak dopiero wtedy, kiedy przestaniemy się bać własnej historii. Trudna to droga i czasochłonna, ale innej nie ma.

Zaś publicystów bijących na alarm, że Żydzi podają „Polskę”, jak powiada Bugaj, do sądu, wypada zapytać, dlaczego ludzie nie mieliby rozstrzygać swoich problemów spornych przed sądem? Czy nie o taką Polskę właśnie walczyliśmy i nie o tak uregulowany porządek międzynarodowy? Czy nie dojadła nam samowola kacyków partyjnych lub prawo pięści, gwarantujące zwycięstwo silniejszego? Alternatywą są rządy prawa i rozstrzyganie sporów przed niezawisłym sądem, wedle ustalonych, zrozumiałych i ogólnie przyjętych zasad. Rozwiązanie zapewne niedoskonałe, ale lepszego jak dotąd nie wynaleziono.

Toteż uspokójmy się. Nie ma nic zdrożnego w tym, że ludzie konflikty między sobą załatwiają przy pomocy prawników. Marzył nam się przecież świat, w którym bylibyśmy we władzy niezawisłych sądów, a nie dyspozycyjnej policji politycznej. I drogą wielu wyrzeczeń wielu dzielnych ludzi, oraz cudownych zbiegów okoliczności, udało nam się to osiągnąć. Częścią tej nowej, radosnej, rzeczywistości, jest że możemy dochodzić swoich racji i zabiegać o wyrównanie krzywd, które do niedawna zmuszeni byliśmy znosić w milczeniu. A że dzisiejsze prawa ze swej natury stosują się do wszystkich, nie dyskryminując ludzi ani z powodu wyznania, ani pochodzenia społecznego, więc i Żyd może zabiegać przed sądem o restytucję majątku, na równi z każdym innym kamienicznikiem czy eks-ziemianinem.

Poza tym warto zwrócić uwagę, że to nie „Żydzi” „nas” biorą do sądu, tylko jacyś konkretni Żydzi wytaczają sprawy o konkretną własność konkretnym podmiotom prawnym – osobom albo instytucjom. A tam, gdzie w grę wchodzą rewindykacje natury ogólnej – na przykład kwestia własności żydowskich gmin wyznaniowych – też świetnie wiemy o co chodzi, i też jest to sprawa bardzo konkretna, która ma swoją analogię, na przykład w rewindykacjach Kościoła katolickiego. W obu przypadkach kwestie ogólnoprawne dotyczą ustaw i praktyk wywłaszczeniowych przyjętych w Polsce Ludowej przez komunistów, którzy – jak wiemy – mieli swoisty stosunek do własności prywatnej. I rozwiązań wprowadzonych przez komunistów w tej dziedzinie życia społecznego z pewnością ani narodowi patrioci spod szyldu „Naszego Dziennika”, ani nawet politycy Unii Pracy nie zamierzają do końca bronić.

Zwróćmy też uwagę, że rewindykacje Żydów wobec „Polski” – by użyć emocjonalnie naładowanego sformułowania pojawiającego się w gazetach – nie mają żadnej analogii w roszczeniach, które swego czasu zgłaszało państwo Izrael czy instytucje żydowskie wobec Niemiec. A to z tej przyczyny, że polskie państwo nigdy nie było inicjatorem mordowania i grabienia Żydów. Pisał o tym niedawno we „Wprost” w kilku zwięzłych zdaniach Jacek Kurczewski. Mordowanie i grabienie Żydów przez polskich sąsiadów w czasie okupacji było działaniem spontanicznym, z inicjatywy indywidualnej, niekiedy co najwyżej koordynowanym, jak w Jedwabnem, przez władze lokalne ustanowione pod auspicjami nazistów.

Kłopot w tym, że zabór żydowskiej własności był na tyle rozpowszechniony („Na miasto wyległy wszelkie szumowiny – by zacytować dla przykładu znakomitego pamiętnikarza okresu okupacji, doktora Zygmunta Klukowskiego ze Szczebrzeszyna – zjechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku. Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle”), iż skala rewindykacji jest potencjalnie ogromna. Po prostu stajemy dzisiaj twarzą w twarz z jednym ze skutków powszechnej demoralizacji w czasie okupacji i nie ma sensu obwiniać Żydów za rezultat takiego, a nie innego postępowania antysemitów.

Pół wieku po zakończeniu wojny przyszła już pora pozbyć się różnych uwierających nas przedmiotów, których właścicielami zostaliśmy za sprawą tragicznych okoliczności historycznych, często w sposób nie dający powodów do dumy. To nie były dobra niczyje i musimy być gotowi je oddać. Wiele z tego majątku wykorzystaliśmy już i zużyli, a po większość tego, co pozostało w naszych rękach, i tak już się nikt nie zgłosi. Ale bez jawnej woli zadośćuczynienia ciężar tych zawłaszczonych dóbr – nawet w wymiarze puchowej poduszki – będzie nie do uniesienia. Bowiem, mówiąc wprost, mamy tu do czynienia z problemem etycznym, a nie buchalteryjnym.

Pieniędzmi nie da się zastąpić skruchy. Nie można kupić zadośćuczynienia. Nie miejmy złudzeń – rachunek, który nam wystawiła historia i który będziemy musieli uiścić z tytułu demoralizacji pokolenia naszych przodków (tych, którzy brali udział w zbrodni ludobójstwa na różne sposoby, choćby tylko drwiąc sobie i zacierając z zadowolenia ręce na widok koszmaru ludzkiego cierpienia wołającego o pomstę do nieba), przyjdzie nam spłacać zgoła nie pieniędzmi. Będziemy musieli naprzód pogrążyć się w żałobie i zapłakać nad okrutnym losem naszych żydowskich współobywateli.

Idzie mi o to, że uporanie się ze spuścizną drugiej wojny światowej w materii stosunków polsko-żydowskich wymaga od nas przede wszystkim ewolucji duchowej, a nie nowego wpisu w księgach wieczystych. Tabliczka mnożenia wiele nam tu nie pomoże, będziemy musieli raczej sięgnąć po tablice z dziesięciorgiem przykazań. Aby się godnie zmierzyć z przeszłością, trzeba będzie uwewnętrznić ogrom ówczesnej tragedii naszych żydowskich współobywateli. To tylko brak współczucia i żałoby po wymordowanych czyni „rewindykacje” żydowskie, w których spadkobiercy ofiar domagają się zwrotu zrabowanej własności, tak nieznośnymi i irytującymi – ta „biedna Polska”, o której pisze Bugaj, wystawiona na pastwę żydowskich adwokatów z Nowego Jorku. Rodzice nasi i dziadkowe nie są tutaj bez winy. Proszę sobie tylko przypomnieć, czy przekazali nam o Żydach przede wszystkim smutek i współczujący namysł nad ich tragicznym losem, czy też może jakąś inną o Żydach wiedzę i w stosunku do nich uczucia.

Jestem zupełnie pewien, że ci, którym wreszcie popłyną łzy nad okupacyjnym losem żydowskich współobywateli, za przykładem wspomnianej wcześniej mieszkanki Wittlich, bez najmniejszego trudu rozstaną się z „poduszką pani Marx”. A jeśli głos serca nam nie podpowie, jak się należy zachować w tej sytuacji, to wskaże nam drogę chłodna analiza. Wybór, przed którym stoimy – czy opowiedzieć się po stronie spadkobierców polskich obywateli, którzy weszli w posiadanie mienia za sprawą grabieży, a nierzadko i mordu prawowitych właścicieli, czy też raczej po stronie spadkobierców tych (dodajmy, również polskich obywateli), których ograbiono i wymordowano – nie jest trudny.

Oczywiście to, co będą o „nas” mówić w świecie, ma dla Polski wielkie znaczenie. I choć nie można cofnąć się w czasie ani odmienić biegu wydarzeń sprzed 60 lat, to mamy przecież zasadniczy wpływ na to, jaki pogląd wyrobią sobie ludzie o Polsce w perspektywie jedwabieńskiej zbrodni. A osądzą polskie społeczeństwo za to, jak zareaguje na nowo nabytą wiedzę o tym ludobójstwie. Choć zabrzmi to paradoksalnie, Jedwabne daje nam szanse odzyskania wiarygodności w materii polsko-żydowskich stosunków, pod warunkiem że przyjmiemy wiedzę o tej tragedii z pokorą i poczuciem odpowiedzialności.

Rok niemal upłynie między datą polskiego i amerykańskiego wydania „Sąsiadów” – od maja 2000 do kwietnia 2001. To bardzo ważny rok, bo pozwala nam sprawę Jedwabnego wspólnie przemyśleć, zmierzyć się z nią w publicznej dyskusji i do pewnego stopnia oswoić. Warto wiedzieć, że zawdzięczamy ten rok namysłu potomkom i niedobitkom Żydów jedwabieńskich, którzy zrozumieli, że już dziś jest to przede wszystkim fragment tragicznej polskiej historii i mój argument, że książka powinna się najprzód ukazać w Polsce, uznali za przekonujący. A przecież ich ból i rozpacz z powodu milczenia wokół tej całej sprawy przez dziesięciolecia łatwo jest sobie wyobrazić nam, którzy nie mogliśmy prawdy o Katyniu głośno opowiedzieć i zainteresować nią świata! Pamiętajmy, że dla Żydów anonimowość śmierci milionów ich współbraci jest jednym z najbardziej dotkliwych przekleństw Holokaustu, zaś tu chodziło o osoby moim rozmówcom najbliższe. I ani adwokat nowojorski Ty Rogers, który opiekuje się stroną internetową ziomkostwa jedwabieńskich Żydów, ani rabin Baker (tak naprawdę – Piekarz), wydawca książki pamiątkowej o Jedwabnem – obaj od lat zabiegający o to, aby upublicznić wiedzę o koszmarnym losie ich bliskich – nie nasłali na mnie dziennikarzy ani nie nalegali, abym „Sąsiadów” wydał jak najprędzej po angielsku.

Czyśmy ten rok dobrze wykorzystali – nie mnie oceniać. Jeszcze zresztą nie minął, a dyskusja trwa i będzie kontynuowana. Niezmiernie krzepiąca była natychmiastowa reakcja dziennikarzy na wiadomość o ludobójstwie w Jedwabnem – mam na myśli przede wszystkim wspaniałe reportaże „Rzeczpospolitej” i „Gazety Pomorskiej” – a potem otwarcie wielogłosowe, poważne, debaty na łamach „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” i „Wprost”. Kiedy w Stanach Zjednoczonych i w Izraelu mówiłem na spotkaniach publicznych, że w Polsce się od tej sprawy nie ucieka, a wręcz przeciwnie – w prasie wielkonakładowej pisze o niej bez puszczania dymnej zasłony, zebrani przyjmowali to najprzód z niedowierzaniem, a potem z wielkim szacunkiem i ulgą. I dlatego chciałbym wyrazić nadzieję, że w dyskusji o Jedwabnem usłyszymy też wkrótce głosy autorytetów kościelnych. Zresztą nie tylko słowa Kościoła w tej sprawie są ważne, ale także i czyny, choćby najmniejsze, choćby symboliczne. Czy nie można by, dajmy na to, którejś niedzieli ogłosić w diecezji łomżyńskiej zbiórki na tace z przeznaczeniem na uporządkowanie żydowskiego cmentarza w Jedwabnem i nowy pomnik zamordowanych? Wymowa takiego gestu dla świata i dla polskiego społeczeństwa byłaby ogromna. A pomijając już wszystko inne, jacyś duszpasterze powinni zapewnić pomoc i opiekę dzisiejszej, Bogu ducha winnej, ludności miasteczka Jedwabne. Bo niestety nie wygląda na to – jak wskazuje choćby reportaż we „Wprost” z 23 stycznia – żeby miejscowy ksiądz miał być w tej sprawie pomocny.

Patrząc z perspektywy nowego milenium na ubiegły wiek nie dziwi nas już zupełnie, że sąsiedzi mordują się nawzajem. Wiemy świetnie, że nikt nie ma monopolu na okrucieństwo, bo lista społeczności, którym w jakichś okolicznościach puściły hamulce moralne, jest bardzo długa. I nie wedle czynów popełnionych przez (niektórych spośród) naszych dziadów w chwili zatracenia będziemy osądzani, tylko wedle tego, czyśmy ich morderczy obłęd potrafili dostrzec, nazwać i wykorzystać dla duchowej przemiany. Ludobójstwo w Jedwabnem to wyzwanie dla nas na dziś, a nie po prostu zaszłość, która nam nagle spada na głowę. Możemy w tej sprawie zrobić bardzo wiele. I od nas zależy, czy uniesiemy ten ciężar odzyskując przy okazji zaufanie do siebie i wiarygodność „w oczach Zachodu”, czy też pogrążymy się w obronnym geście zacukania, głęboko przeświadczeni, że wszyscy i tak są przeciwko nam.

 

Jan Tomasz Gross

 

 

 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl