|
Jedwabne, Zagłada, pamięć
Łzy Żydów
KS. ADAM BONIECKI
Jedwabne. Chłodny dzień, 10 lipca 2001.
Dlaczego tu jesteśmy? Mówi rabin Jacob Baker, który tu się
urodził i stąd wyjechał do Ameryki przed rokiem 1939: „Nie
tylko dlatego, że – jak można by pomyśleć –
spalono tu żywcem całą społeczność. Myślę, że spowodowały
to łzy wypłakane przez Żydów i ludzi innego wyznania. To
zrobiło duże wrażenie w niebie”.
Rabin Baker (dawniej Jakub Piekarz) jest
stary, chodzi z trudem, a jego dobra twarz jest biała jak
papier. Jednak teraz, kiedy przemawia – długo, bez
kartki, na tle szarego nieba – bije od niego siła. Rabin
Baker mówi, że miłości bliźniego trzeba się uczyć i że
Jedwabne tej nauki będzie punktem wyjścia. „Amen”
– kończy. Niech się tak stanie.
Wczoraj, w pałacyku MSZ w Warszawie, mówili
potomkowie Żydów mieszkających wtedy w Jedwabnem. Przyjechali
na zaproszenie rządu z USA, Izraela, Meksyku i Argentyny. Po
spotkaniu z ministrem zeszli do dziennikarzy. Wybrali spośród
siebie kilku, którzy mówili w imieniu wszystkich. Zięć
rabina Bakera (który był zbyt zmęczony, by uczestniczyć w
spotkaniu), też rabin, mówi o Polsce, że „nie byłoby żydowskiej
historii bez Polski, bo przez ponad tysiąc lat Żydzi byli częścią
polskiej historii, a najwięksi rabini, mędrcy, cała nasza
kultura się wywodzi z tego terenu”. Mówi też, że „Jedwabne
jest owocem nienawiści zasianej przez Niemców. To nie jest
historia Polski, nie wy sialiście nienawiść, ale naziści”.
Ale dominował inny ton. Inni krewni ofiar mówili:
„Nie przyjechaliśmy do Polski szukać zemsty ani, jak niektórzy
sądzą, po odszkodowanie, ale by opłakać przodków i odmówić
za nich kadisz”. Mówili: „Nie potrzeba nam tej
ceremonii ani publicznego żalu. Jesteśmy, by powiedzieć, że
Polaków nie obchodzą ofiary. Powinni zająć się sobą, wstyd
i żal zachować dla siebie”. Mówili: „Niech wszechmogący
Jahwe postara się o przekazanie prawdy i o świątynię (w
Jedwabnem), by dusze pomordowanych mogły tam przebywać”.
Mówili: „Przyjechaliśmy mimo przykrych doświadczeń, takich
jak ekshumacja i obraźliwa dla Żydów pierwsza wersja napisu
na pomniku. Dobrze, że napis zmieniono, ale i on nie
odzwierciedla całej prawdy. Zostanie przez nas zaakceptowany,
gdy tę prawdę pokaże” . Mówili też o wielu Polakach,
którzy w Jedwabnem ratowali Żydów, dodając, że nie podają
ich imion, bo to mogłoby tych ludzi narazić na niebezpieczeństwo,
i życzyli takiej Polski, w której matka bez lęku będzie mogła
powiedzieć dziecku, że jest Żydem.
Mówili to z jakimś znużeniem, bez złości.
Druga generacja tych, którzy przeżyli Holocaust. Mówią to,
co opowiedzieli im rodzice i krewni; to, co tamci zapamiętali z
10 lipca 1941 r. Zapamiętali grozę, śmierć, krzyk dobywający
się ze stodoły i duszący zapach dymu; i to, że mordercami
byli Polacy. I to, że Polakom zawdzięczają ocalenie oraz że
na wybawców ściągnęło to zagrożenie. Taką żydowską
opowieść o Jedwabnem przechowała ich zbiorowa pamięć. Nasza
zbiorowa pamięć zachowała tych, co z narażeniem życia
ratowali.
Dlatego mówią: „Napis na pomniku nas nie
satysfakcjonuje, chcemy, by mówił pełną prawdę”.
Napis na pomniku brzmi: „Pamięci Żydów z Jedwabnego i
okolic, mężczyzn, kobiet, dzieci, współgospodarzy tej ziemi,
zamordowanych, żywcem spalonych w tym miejscu 10 lipca 1941
roku. Jedwabne, 10 lipca 2001 roku”. Napis wykonano w języku
polskim, hebrajskim i jidysz. Wyżej, po hebrajsku, modlitwa: „El
maale rahamim! Boże pełen miłosierdzia daj słuszny
odpoczynek na skrzydłach Twojej obecności duszom zamordowanych
w Jedwabnem, które poszły do swojego świata. Niech znajdą
odpoczynek w ogrodzie Edenu”. Kiedy IPN zakończy śledztwo,
napis będzie, być może, zmieniony.
Tymczasem śledztwo IPN trwa. Jednak „wiemy
o tej zbrodni tyle, choć ciągle nie wszystko... Wiemy
wystarczająco wiele, abyśmy mogli stanąć w prawdzie –
wobec bólu, krzyku i cierpienia tych, których tu zamordowano
przed obecnymi tu rodzinami ofiar... Zbrodniarze mieli poczucie
bezkarności, gdyż okupanci zachęcali do takich czynów. Wiemy
z pewnością, że wśród prześladowców i oprawców byli
Polacy. Nie możemy mieć wątpliwości... Ludzie ludziom, sąsiedzi
sąsiadom zgotowali ten los” – powiedział
Aleksander Kwaśniewski.
Prezydent waży każde słowo. Jako obywatel i
prezydent przeprasza „w imieniu swoim i tych Polaków, których
sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią”. Prosi o
przebaczenie cienie zmarłych i ich krewnych. Kończy odwołaniem
się do modlitwy polskich biskupów 27 maja w Warszawie: „Za
wszystkich żywiących niechęć i urazy wobec narodu żydowskiego,
aby przyjęli łaskę przemiany serc... Niech więc nastąpi ta
przemiana!”. I zapewnieniem: „Wypowiadamy słowa żalu i
goryczy... nie dlatego, że słucha nas świat” –
ale dlatego, „ponieważ najbardziej potrzebujemy ich sami...
by zło w dobro przemienić”.
Podwyższenie otoczone jest barierami i
kordonem policji. Mieszkańcy Jedwabnego, którzy chcieli podejść
bliżej, zostali zatrzymani. Potem część z nich weszła;
inni, zniechęceni, wrócili do domów. Kiedy umilkł marsz żałobny
Chopina, przybyłych powitał burmistrz Krzysztof Godlewski. Po
prezydencie przemawiał ambasador Izraela w Polsce Szewach
Weiss: „Ja, profesor Szewach Weiss, ambasador Izraela w
Polsce, miałem okazję spotkania w życiu również innych sąsiadów.
Dzięki nim ja i moja rodzina przeżyliśmy holokaust. Dzięki
nim mogę teraz stanąć przed wami. W swoim życiu poznałem
także inne stodoły, w których ukrywano Żydów. (...)
Przyjechałem tutaj jako przedstawiciel mojego państwa, w którym
żyją również ocaleni z zagłady, a którzy przeżyli wojnę
dzięki swoim polskim sąsiadom, ludziom szlachetnym i
wielkodusznym. (...) Jest wielu Polaków, którzy z wielką
determinacją i powodowani poczuciem sprawiedliwości dziejowej
badają to wstrząsające wydarzenie. Jestem przekonany, że po
zakończeniu śledztwa na pomniku pojawi się napis zawierający
prawdę historyczną, niezależnie od tego, jak straszna ona była,
i w ten sposób oddana zostanie ostateczna sprawiedliwość
ofiarom mordu. Z tego miejsca i w tej godzinie zwracam się do
wszystkich uczciwych i szlachetnych ludzi na całym świecie i w
Polsce, a w szczególności do młodego pokolenia i do mieszkańców
Jedwabnego: Połączcie siły i rozpocznijcie niestrudzoną walkę
z wszelkimi przejawami antysemityzmu, rasizmu, ksenofobii, zła
i przemocy. W ten sposób razem zbudujemy lepszy świat”.
Potem Weiss przemawia po hebrajsku. Powtarza
mniej więcej to samo, co mówił po polsku, lecz z naciskiem
rozwija wątek, czym dla Żydów jest Polska.
W milczącym pochodzie idziemy w stronę
cmentarza: ogrodzony granitowymi blokami, betonowy blok z macewą
ze spalonego drewna. Grupa młodych ludzi w jarmułkach ustawia
karton, na nim zbiorowa fotografia i lista nazwisk 40 Żydów z
niedalekiej Wizny oraz podpis, że zostali żywcem spaleni. I
jeszcze napis: „Polakom cześć, że pomagali i
ratowali”. Nieco dalej znajduje się stary żydowski
cmentarz: ogrodzono go siatką i wzdłuż niej posadzono krzewy
dzikich róż. Przy wejściu jasny obelisk w kształcie macewy z
napisem: „Cmentarz żydowski w Jedwabnem. Założony w XIX
wieku. Miejsce wiecznego spoczynku Żydów z Jedwabnego i
okolic. Groby Żydów zamordowanych 10 lipca 1941 roku (15 Tamuz
5701). Cześć ich pamięci”. Tu będziemy się na zakończenie
modlić.
Na trybunie prasowej pełno, ławki dla
zaproszonych też wypełnione. Trudno wymienić wszystkich:
prezydent, rodziny ofiar, minister Bartoszewski, szef Urzędu
ds. Kombatantów Jacek Taylor, sekretarz Rady Ochrony Pamięci
Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik, prezes IPN Leon Kieres,
wicemarszałkowie Sejmu, politycy (m.in. Tadeusz Mazowiecki,
Bronisław Geremek, Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz),
Rzecznik Praw Obywatelskich Andrzej Zoll, prezes Sądu Najwyższego
Lech Gardocki, autor książki „Sąsiedzi” Jan T. Gross,
Janusz Głowacki, Sława Przybylska i inni. Podzielona na
sektory przestrzeń wokół mauzoleum pustawa. Przygotowano
miejsca dla 5 tys. osób, było półtora tysiąca.
Przed zebranymi staje stareńki rabin Baker.
Gdzieś z pobliskiego głośnika dobiega skoczna melodyjka (na złość?),
która szybko milknie. Rabin mówi kilka zdań po polsku, potem
przechodzi na angielski. Jest pochmurno, zimno, przelatują fale
drobnego deszczu. Atmosfera całkiem inna niż na rynku: ta część
jest religijna, modlitewna. Baker mówi długo. Wspomnienia
przeplatają się z teologiczną refleksją. Rabin opowiada o męczenniku
rabim Hanino Ben Trabianie, który przed dwoma tysiącami lat
skazany na śmierć przez spalenie, został owinięty w zwój
Tory; zdążył jeszcze powiedzieć uczniom, że pali się tylko
pergamin, litery wzlatują w powietrze, a potem spływają na
ziemię tam, gdzie płonął człowiek.
Medytację kończy konkretna informacja: „Będziemy
potrzebować – mówi rabin – duchowych spadkobierców
tamtych męczenników. Dlatego planujemy stworzyć w Jerozolimie
instytucję, która będzie jednym z najświętszych miejsc
odwiedzanych przez turystów z całego świata. Tam będziemy
mieli potomków Jedwabnego z wielu miast Polski. Będą się
uczyć historii i będą prowadzić zapisy wszystkich tych pięknych
nazwisk męczenników i będą przyjeżdżać do Polski nie
tylko na wakacje, lecz będą prowadzić wykłady, że trzeba
kochać bliźniego, a nie nienawidzić. Nienawiść trzeba
zwalczyć. To jest przesłanie dla naszego kraju i całego świata
płynące z tej wspaniałej sprawy”. I na koniec błogosławieństwo:
„Niech Ojciec Niebieski błogosławi wszystkich, którzy tu
przybyli, i wszystkich, którzy są z nami sercem i duszą.
Niech będą zdrowi, niech im się dobrze wiedzie i niech zaznają
prawdziwego pokoju. Amen”.
Teraz już żadnych przemówień nie będzie.
Rozpoczyna się czas modlitwy. Przewodniczy rabin Warszawy i Łodzi
Michael Schudrich. On jest dyskretnym mistrzem ceremonii.
Rozpoczyna śpiew: „Isgadal weiskadasz szemej”. Niech będzie
wywyższone i poświęcone Imię Jego. Oby zstąpił z nieba
trwały pokój i życie długie na nas i cały Izrael. Psalmy.
Teksty hebrajskie, powtarzane po polsku: „Pan jest pasterzem
moim”, „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie”.
Nowojorski kantor Joseph Malovany – on jeden w rytualnym
stroju – rozpoczyna śpiew. Nawet nie znający
hebrajskiego rozumie żałobną skargę, chwilami przechodzącą
w dramatyczny szloch (potem Jerzy Kichler wyjaśnił mi, że
kantor trzykrotnie, w coraz innej tonacji, odśpiewał ten sam
tekst, który powstał w czasach wypraw krzyżowych; jest w nim
modlitwa za umęczonych oraz wezwanie Bożej pomsty).
Do mauzoleum podchodzą rabini i rodziny
pomordowanych: kadisz. Potem kładą przywiezione z Jerozolimy
kamyki i lampki, które gasi wiatr. Wieńce, niesione przez żołnierzy:
prezydent, ambasador, burmistrz i przewodniczący rady miasta w
imieniu Jedwabnego, Bartoszewski (jako przewodniczący Rady
Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i przewodniczący polskiego
stowarzyszenia Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata).
Po złożeniu wieńca prezydent opuszcza
zgromadzenie. Stajemy przed macewą u wejścia na teren starego
żydowskiego cmentarza: rabin Schudrich, bp Zdzisław Tranda z
Kościoła ewangelicko-reformowanego, ks. Marek Izdebski z tegoż
Kościoła, bp polowy Ryszard Borski z Kościoła
ewangelicko-augsburskiego, bp Edward Puslecki z Kościoła
ewangelicko-metodystycznego, w towarzystwie ks. Mariana
Santoskiego (ełckiego proboszcza z tegoż Kościoła),
dominikanin o. Willehad Paul Eckert (wysłannik na tę uroczystość
kard. Lehmanna, przewodniczącego Niemieckiego Episkopatu) i
piszący te słowa. Rabin odmawia modlitwę po hebrajsku. Potem
modlimy się wspólnie słowami psalmu 16: „Błogosławić będę
Pana, że dał mi radę. Nawet w nocy poucza serce moje... ciało
moje spoczywać będzie bezpiecznie... nie zostawisz duszy mojej
w otchłani”.
Koniec. Idziemy do samochodów. Ktoś pyta
mnie, czemu nie był reprezentowany Kościół katolicki. Był
– o udział w modlitwie na cmentarzu poprosił mnie bp
Stanisław Gądecki, przewodniczący Komisji Episkopatu ds.
Dialogu z Judaizmem. Wśród uczestników dostrzegłem ks.
Wojciecha Lemańskiego; potem dowiedziałem się, że był też
ks. Edward Nowak z delegacją swych parafian. Ktoś pyta, czemu
nie było żadnego biskupa. Odpowiadam, że nie wiem. Bo nie
wiem.
Idziemy przez puste uliczki Jedwabnego. Dla
mieszkańców na pewno nie był to łatwy dzień. Niech błogosławieństwo,
którego wzywał dla nich rabin Baker, spłynie w obfitości.
Nie wiem, czy przeprowadzono tu mądre rekolekcje, które na ten
trudny dzień przygotowały mieszkańców. Co czują, mogę się
domyślać, kiedy czytam, że ks. Edward Orłowski, proboszcz z
Jedwabnego, po niespodziewanej, miłej wizycie rabina Bakera z
wyraźną ulgą informował, że gość nie spytał go o
nieobecność na uroczystościach.
Poważne, modlitewne obchody dobiegły końca.
Pochmurne niebo. Czy 10 lipca 2001 roku coś zmieni? Zmieni, bo
wołanie z głębokości do Boga porusza niebiosa: „Izraelu,
oczekuj Pana. On sam odkupi Izraela od wszystkich win jego. Pan
jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie”. Pokój tobie
Jedwabne, pokój nam wszystkim.
Ks. Adam Boniecki
|