Moja Japonia
Lech Wałęsa

Tomizuka Mitsuo z centrali związkowej Sôhyô podczas zjazdu „Solidarności” we wrześniu 1981;
obok stoją Henryk Lipszyc i Lech Wałęsa
Polityka to sztuka dyplomacji. W czasach
walki o wolność zwyczajni robotnicy musieli być dyplomatami, taktykami, lawirować między skutecznością a ostrożnością. Wystarczy przypomnieć sytuację geopolityczną oraz układy militarne w latach 80. Nasz cel – odzyskanie wolności i pełni praw obywatelskich na drodze pokojowej – wydawał się nieprawdopodobny.
W czasie sierpniowych dni na gdańskich stoczniowców nakierowane były kamery telewizyjne i mikrofony z całego świata. Zachód potrzebował znaku i odpowiedzi: „co dalej, co planujemy?”. Musiał to być znak czytelny i jednoznaczny. Czuliśmy presję i odpowiedzialność za więcej niż tylko nasz gdański kawałek świata.
Nie mogłem użyć przykładu państwa będącego w opozycji do bloku państw komunistycznych, powiedzieć, że chcemy w Polsce zbudować drugie Niemcy Zachodnie czy Francję. Potrzeba było przykładu odległego, wzorcowego, ale jednocześnie neutralnego politycznie. Mimo że nigdy nie byłem w Japonii, rzuciłem: „zbudujemy w Polsce drugą Japonię!”. W tym krótkim haśle powiedzieliśmy wyraźnie, że chcemy wolności, że zbudujemy inny system, ale było to powiedziane dyplomatycznie, bez jątrzenia. Użycie tej metafory miało pokazać wyznawaną przez nas – stoczniowców, górników i wszystkich ludzi opozycji – filozofię walki. Walki mądrej, bez przelewu krwi.
Niedługo potem było mi dane odwiedzić Japonię i wówczas utwierdziłem się w tym, co ogłosiłem wcześniej. Widziałem japońską solidność, rzetelność, pracowitość. Widziałem dyscyplinę i skuteczność, wypływające z wolnej woli, chęci pracy dla budowy kraju i własnego bogactwa, oparte na demokratycznych zasadach ustrojowych. Widziałem dobre drogi, podziwiałem gospodarkę, obserwowałem sprawnie funkcjonujący system polityczny, umocowany na umiłowaniu dla tradycji i szacunku dla monarchii, a jednocześnie z silnym rysem nowoczesności. Takiej rzeczywistości życzyłem sobie w Polsce. W takim kraju chciałem żyć, ale chciałem, by ten kraj leżał między Odrą i Bugiem.
To smutne, że marzenia nie realizują się w pełni. Mojemu pokoleniu i tak jednak przytrafiło się wiele: otworzyliśmy naszym marzeniom drogę do ziszczenia się. Ciągle tą drogą podążamy, choć Japończycy powiedzieliby pewnie, że i tak za mało pracujemy, brakuje nam dyscypliny, nie jesteśmy wystarczająco solidni. My odpowiadamy, że mamy swoją ułańską fantazję i spryt. To prawda, ale bierzmy też czasem przykład z innych wzorców. Ten japoński – jak dziś widzę, a przed laty jedynie przewidywałem – wcale nie jest zły...
Kto wie, może przyjdzie jeszcze czas dostatku i lepszej codzienności w Polsce; może nastanie w naszym kraju „druga Japonia”? W 1980 roku nie sądziłem, że hasło rzucone na potrzeby chwili – tyleż celne, co przypadkowe – pozostanie aktualne tak długo...
|