Moja Japonia
Andrzej Wajda
i Krystyna Zachwatowicz

Krystyna i Andrzej Wajdowie z Henrykiem
Lipszycem kwestują na stacji tokijskiego
metra na rzecz Centrum „Manggha”, 1992
Andrzej Wajda: Co jest najważniejsze w naszej japońskiej przygodzie, trwającej już piętnaście lat, od chwili gdy przyznano mi Nagrodę Kyôto, która dała początek pomysłowi zbudowania w Krakowie Centrum „Manggha”? To, że poznaliśmy ludzi – wspaniałych, niezwykłych, myślących tak samo jak my, chociaż żyjących w zupełnie innym świecie i wykształconych na zupełnie innych wzorach. Myślę przede wszystkim o tych kilku osobach, dzięki którym nasze Centrum w ogóle powstało.
Jakie to osoby? Pani Etsuko Takano, która była i jest głównym promotorem moich filmów w Japonii. Wielki architekt Arata Isozaki i jego żona Aiko Miyawaki – znakomita rzeźbiarka. Działacz związków zawodowych Akira Matsuzaki, który przypominał nam naszych wspaniałych działaczy „Solidarności” z 1980 roku. Wielki aktor Tamasaburô Bandô, z którym mieliśmy szczęście pracować nad „Nastazją”.
Gdyby nie nasi japońscy przyjaciele, nigdy nie znaleźlibyśmy się w domu Akiry Kurosawy. Dzięki nim poznaliśmy też księcia i księżną Takamado, którzy uroczyście otwierali Centrum „Manggha” razem z prezydentem Wałęsą. Mogliśmy odwiedzić ich dom, położony na terenie olbrzymiego parku cesarskiego w Tokio. Mieliśmy zaszczyt być przyjęci przez cesarza Japonii i jego małżonkę, gdy otrzymałem Praemium Imperiale. Wkroczyliśmy w nowy dla nas świat, który inaczej pozostałby dla nas niedostępny. A poznani w Japonii ludzie – i to jest dla mnie najbardziej niezwykłe – wyszli naprzeciw naszej przygodzie. Bo to, że my zachwycamy się sztuką japońską, łatwo można zrozumieć; ta sztuka budzi zachwyt na całym świecie. Polska stanowi przedmiot zainteresowania w znacznie mniejszym stopniu. Dlatego jest rzeczą fantastyczną, że nasi japońscy przyjaciele tak bardzo zainteresowali się nami, naszym krajem, naszym losem. Może dlatego, że zobaczyli, jak bardzo sztuka japońska jest nam bliska.
SEI – szczerość, prawda
Sztuka japońska stawia sobie za cel to, co niemożliwe. Naprawdę warte uwagi wydaje się tylko to, co jest właściwie nie do wykonania: miecz wykuty z nieprawdopodobnej liczby warstw metalu; obraz, który ma utrwalić chwilę – deszcz na moście, księżyc zachodzący za chmury, rozkwitającą gałązkę wiśni; architektura, która płynie jak woda. I technologia stanowi piękne uzupełnienie sztuki. Obie razem pokazują harmonię pomiędzy Japonią dawną i dzisiejszą. Chcieliśmy, by ta myśl uobecniła się w naszym Centrum, stąd jego nazwa: Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej.
Co nas w Japonii najbardziej ujęło, zwłaszcza podczas pracy w teatrze? Zawsze nam się podoba to, czego nam brak. W Polsce praca zespołowa jest udręką: albo wszyscy chcą rządzić, albo wszyscy się zniechęcają, trzeciej możliwości nie ma. Rzadko zdarza się nam zebrać ludzi do wspólnej sprawy, wspólnego działania. A w Japonii praca w zespole wydaje się czymś zupełnie naturalnym.
Krystyna Zachwatowicz: Akira Matsuzaki, szef związku zawodowego kolejarzy wschodniej Japonii – ofiarodawców miliona dolarów na budowę Centrum „Manggha”, co było gestem bardzo znaczącym, bo dzięki niemu w nasze przedsięwzięcie włączył się potem rząd japoński – powiedział, że przyłączył się do akcji zbiórki, ponieważ obejrzał film „Korczak” i przejął się tym, że ktoś się może tak bardzo poświęcić dla innych. I jeszcze jedna rzecz, o której Andrzejowi nie wypadało wspomnieć: Japończyków naprawdę poruszyła jego decyzja, by Nagrodę Kyôto w całości przekazać na przyszłe Centrum. Fakt, że ktoś z niebogatego, wtedy jeszcze komunistycznego kraju, kwotę dla jednego człowieka przecież niebagatelną przeznacza na to, by wznieść w Krakowie dom dla sztuki japońskiej.
Jest coś w Japończykach, co bardzo jest nam bliskie: kult bohaterstwa, na Zachodzie niezrozumiały. W Tokio mieszkaliśmy niedaleko cmentarza czterdziestu siedmiu samurajów, którzy w 1702 roku popełnili harakiri po tym, jak broniąc honoru swego pana pomścili jego śmierć. Co roku w rocznicę ich śmierci Japończycy odwiedzają ten cmentarz, zapalają kadzidełka. To są japońscy bohaterowie – przegrani, ale do końca wierni kodeksowi honorowemu. Może dlatego Japończycy tak dobrze odbierają filmy Andrzeja, filmy o naszych przegranych bohaterach i przegranych powstaniach. Może stąd popularność „Korczaka”, filmu o człowieku, który dla innych poświęcił życie i odniósł paradoksalne zwycięstwo w klęsce,
Andrzej wspomniał o pracy zespołowej: to ona sprawia, że na przykład w teatrze kabuki niemożliwe staje się możliwym, a postacie pojawiają się nagle i znikają. Pamiętam przedstawienie kabuki, gdzie aktor jako samuraj wskakuje na niewielki podest, spada do tyłu i zaraz wychodzi spod podestu – już jako lis, całkowicie przemieniony. Bo pod podestem siedzą cztery osoby, które w ciągu tych niewielu sekund zdejmują z niego zbroję samurajską i zmieniają mu kostium. Idealnie zgrany zespół ludzi, którzy umieją pracować razem.
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz: Minęło piętnaście lat, podczas których zbudowaliśmy Centrum i wielokrotnie odwiedzaliśmy Japonię. Czy jednak naprawdę poznaliśmy ten kraj? Po piętnastu latach nie możemy powiedzieć, że znamy naprawdę Japonię albo ją rozumiemy – ale na pewno Japonia to dla nas wielka miłość i fascynująca tajemnica. I tak już chyba pozostanie.
|