Moja Japonia
Jadwiga Rodowicz
Myślę, że moja osobowość w pewnej
mierze kształtowała się pod wpływem Japonii, z którą zetknęłam się po raz pierwszy mając 18 lat. Ten kontakt zaczął się co prawda od fascynacji chińskim taoizmem, w którym człowiek, miotany jak pyłek kwiatu, otwiera się na naturę i jest widziany jako element tego wielkiego żyjącego tworu. Zaraz potem jednak poznałam haiku i wrażliwość twórców tej poezji skłoniła mnie ostatecznie do wyboru japonistyki. W trakcie studiów uległam też fascynacji osobowością Japończyków, którzy nas uczyli, moich lektorów: pana Yukio Kudô, pana Tsuneo Okazaki.
Zaraz po studiach wyjechałam na półtora roku do Japonii, potem bywałam tam wielokrotnie. Trzy lata temu wróciłam z Japonii po 5 latach pobytu. Japonia to trudny kraj w pierwszym kontakcie, którego kultura, obyczaje są pełne paradoksów. Japończycy potrafią być bardzo niedostępni, zimni i mało uprzejmi. Jednak kiedy przybysz przełamie pierwsze lody i nawiąże bliższe przyjaźnie, okażą się najwierniejszymi, najbardziej lojalnymi przyjaciółmi. Ludźmi, którzy jak mało kto potrafią dawać z siebie dużo więcej niż się oczekuje, w piękny, bezpośredni sposób.
Jest takie japońskie słowo omoiyari, oznacza „dbałość o innego”. Socjologowie czasem omawiają to w połączeniu z kategorią amae – rodzajem świadomie budowanej zależności od innych, która widoczna jest w wychowaniu Japończyków. Obie kategorie wyrastają jednak z ducha poszanowania społeczności, zespołu. Kiedy sama znalazłam się w układzie współzależności od innych: znajomych, przyjaciół, w całym tym systemie obligacji, powiązań, paradoksalnie doświadczyłam ulgi psychicznej i poczułam się bezpieczna. Ale zdaję sobie sprawę, że czasem taki „system” może mocno uwierać.
Moją nieustającą fascynacją jest ten aspekt kultury japońskiej, który polega na ciążeniu ku drugiej, „dzikiej” i świętej stronie rzeczywistości. Może najlepiej symbolizuje to stojąca wolno brama (torii), po której poznaje się świątynię shintô. Tej bramy nic nie otacza, można ją obejść naokoło, a jednak przechodzimy pod nią: to znak, że w rzeczywistości jest pewna luka, są wrota ku świętości. Japończycy potrafią je otwierać w zupełnie niezwykłych miejscach. Takie miejsce – może to być drzewo, kamień – tradycyjnie zaznacza się świętą plecioną grubą liną, shimenawa.
Z wszystkich miast, w których mieszkałam, najbardziej lubię Tokio, które jest ogromne, chaotyczne, zarazem piękne, brzydkie, nowoczesne i zrupieciałe, w którym życie toczy się o dowolnej porze dnia i nocy, a w pewnych miejscach po obudzeniu rano można usłyszeć koguta.
Japonia utrwaliła we mnie rodzaj szaleństwa, upewniła mnie, że coś z pamięci dzieciństwa znaleźć może wyraz i ucieleśnienie w obcej ziemi, jej narodzie i kulturze. Czasami słyszy się pytanie: dlaczego Japończycy nie przejdą na zachodni system pisania, nie zlikwidują „znaczków”, a ja pytam: dlaczego my wszyscy nie uczymy się tych „znaczków”? To byłoby dużo lepsze rozwiązanie, nareszcie uczciwie otwarlibyśmy się na coś.
JADWIGA RODOWICZ – japonistka, teatrolog, tłumacz, autorka książek „Pięć wcieleń kobiety w teatrze nô” (1993), „Aktor doskonały. Traktaty Zeamiego o sztuce nô” (2000), pracownik polskiego MSZ.
|