Moja Japonia
Mikołaj Melanowicz
Mam przed sobą słownik „Kenkyusha’s
New Dictionary of the Japanese Language”, wydany w Tokio w 1952 roku, liczący ponad 1700 stron biblijnego papieru. I niech on będzie bohaterem wypowiedzi o początkach moich związków z Japonią.
Ten słownik języka japońskiego, zawierający lapidarne wyjaśnienia haseł również w języku angielskim, wprowadził mnie w tajniki języka i kultury japońskiej. Na wewnętrznej okładce zachowała się data i nazwisko nieznajomego Japończyka, który znalazł mój adres w jednym z międzynarodowych biuletynów korespondencyjnych (pen-pal), które przed półwieczem pozwalały przekraczac granice i nawiązywać kontakty z osobami nawet z tych krajów, z którymi Polska nie miała stosunków dyplomatycznych. Odcięci od świata, mieliśmy więc swoje sposoby na zdobycie kontaktu z kolegami z odległych krajów, oddzielonych od siebie kordonami – zdawałoby się – nie do przebycia. Młodość i wyobraźnia potrafiły czynic cuda.
„Pen-palowcy” najczęściej wymieniali znaczki i pocztówki. Ja napisałem, że szukam słownika języka japońskiego. I otrzymałem go z dedykacją: „Shin’ai naru Melanowicz-kun ni haruka naru kuni nihon no ichiyujin yori okuru – Saito Toshio 1956 nen 8 gatsu mikka”, czyli: „Toshio Saito, jeden z przyjaciół z dalekiego kraju Japonii przesyła drogiemu koledze Melanowiczowi, 3 sierpnia 1956 roku”.
Tak się zaczęły kształtować moje stosunki polsko-japońskie po wielkiej wojnie, a może raczej to już wtedy rodziła się Moja Japonia. Wcześniej, ucząc się w Liceum Pedagogicznym w Lubomierzu, zwanym przez dyrektora Kazimierza Kopcia „Kuźnicą Lubomierską”, zdecydowałem się na studia orientalistyczne, aby uczyć się chińskiego i japońskiego. Później, będąc już studentem Uniwersytetu Warszawskiego, podczas Światowego Festiwalu Młodzieży obejrzałem japońskie tańce, słuchałem japońskich pieśni, z których najgłośniej rozbrzmiewała „Gembaku yurusumaji” (Nigdy więcej bomby atomowej). Spotkałem więc Japończyków i zdecydowałem się wybrać specjalizację japońską.
Jednak w połowie lat 50. Japonia była krajem równie odległym jak dzisiaj Księżyc. Modne były Chiny, więc tym bardziej wszyscy się dziwili mojemu wyborowi. Nikt wówczas nie dawał mi nadziei na wyjazd do Japonii, podczas gdy do Chin studenci wyjeżdżali na praktyki i na wieloletnie studia. A ja miałem swój świat marzeń, w którym japońska poezja kierowała moimi życiowymi decyzjami. Odtąd nie rozstawałem się ze słownikiem od Nieznajomego z Japonii, nawet podczas szkolenia wojskowego. Zwykle, stojąc w drugim szeregu, z kieszeni munduru wyjmowałem na moment karteczki ze słówkami i zapamiętywałem je, słuchając jednocześnie wykładu oficera...
Również w czasie pisania pracy magisterskiej miałem szczęście: kilka książek na temat życia i twórczości poety Kenjiego Miyazawy otrzymałem od bezinteresownych japońskich przyjaciół. Gdy dziś wspominam te pierwsze podarunki od Japończyków, mam wrażenie, że kryło się w nich – a zwłaszcza w owym pierwszym słowniku – przesłanie siły wręcz magicznej, dzięki której ani język japoński nie był trudny, ani wkuwanie słówek nie nudziło studenta.
Mam teraz wrażenie, że podczas pierwszego pobytu w Japonii w latach 1964–1966, gdy już o tym słowniku zapomniałem, nie miałem trudności w porozumieniu z Japończykami. Co więcej, często byłem zachęcany przez nauczycieli japońskich do przemawiania – przy różnych towarzyskich okazjach – w imieniu studentów zagranicznych na Uniwersytecie Waseda. Jeśli poprawnego, literackiego języka nauczyłem się już wtedy, to stało się to głównie dlatego, że uczyłem się, zapamiętując wzorcowe frazy ze słownika opracowanego pod redakcją Rintaro Fukuhary i Tokuheia Yamagishiego, wydanego przez znane dziś wszystkim studentom japonistyki wydawnictwo Kenkyusha.
Dziś główne ośrodki studiów nad językiem i kulturą Japonii w Krakowie, Poznaniu i Warszawie otrzymują podręczniki i dzieła naukowe dzięki Fundacji Japońskiej i innym japońskim organizacjom, choć w dalszym ciągu nie brak prywatnych gestów sympatii, z jaką odnoszą się Japończycy wobec uczących się ich języka i kultury. Jednak przed kilkudziesięcioma laty w Polsce polegaliśmy przede wszystkim na osobach prywatnych, a mówiąc prościej, na bezinteresownych gestach Japończyków. I tym wszystkim, którzy ofiarowywali nam książki lub zapraszali na wycieczki po urokliwych zakątkach Japonii, składam podziękowanie na ręce ofiarodawcy mojego pierwszego słownika języka japońskiego.
MIKOŁAJ MELANOWICZ (ur. 1935) – japonista, profesor i kierownik japonistyki na Uniwersytecie Warszawskim i Jagiellońskim. Tłumacz wielu utworów współczesnej literatury japońskiej, m.in. dzieł Akutagawy Ryűnosuke, Natsume Sôsekiego, Tanizakiego Jun’ichirô, noblistów Kawabaty Yasunari i ôe Kenzaburô, Abe Kôbô, Endô Shűsaku. Autor trzytomowej „Literatury japońskiej” (PWN, 1994, 1996). W 1997 r. otrzymał Order Świętego Skarbu – najwyższe japońskie odznaczenie przyznawane cudzoziemcom.
|