Tennô-to Nihon-to ware-ware, czyli...


Cesarz, Japonia i my

Z Henrykiem Lipszycem, japonistą, byłym ambasadorem RP w Tokio, rozmawia Mateusz Flak



MATEUSZ FLAK: – Ktoś, kto nie interesuje się Japonią, zapytany o cesarza tego kraju powie: „Hirohito... wojna... kiedyś bóg, a teraz...?”. No właśnie, kto właściwie do nas przyjeżdża?
HENRYK LIPSZYC: – 9 lipca rozpoczyna oficjalną wizytę w Polsce para cesarska Japonii: cesarz Akihito z małżonką Michiko. Ściśle mówiąc tennô-heika, bo tak brzmi oficjalny japoński tytuł Jego Cesarskiej Mości, budzi inne skojarzenia niż termin „cesarz”, który wywodzi się z tradycji europejskiej i kojarzy się nam z Rzymem i Habsburgami. Tennô to dosłownie „niebiański władca, suweren”, zaś heika jest grzecznościowym tytułem odpowiadającym „Jego”, „Jej” lub „Ich Mościom”. Cesarz Akihito jest zgodnie z legendą 125. władcą nieprzerwanej linii dynastycznej, która panuje w Japonii od czasów mitologicznych aż do dziś. 
Obecny cesarz jest synem Hirohito, a raczej, jak powinniśmy zwyczajem japońskim powiedzieć, cesarza Shôwa. Lata panowania kolejnych cesarzy wyznaczają tradycyjny sposób datowania i periodyzacji historii, tzw. nengô, który funkcjonuje tam równolegle z naszym zachodnim liczeniem czasu. Zmarłemu cesarzowi nadaje się imię ery, w której rządził, zaś intronizacja jego następcy rozpoczyna kolejną erę o innej już nazwie, którą ustalają doradcy. Po śmierci cesarza Hirohito nadano mu zatem imię Shôwa od nazwy ery jego panowania (1926–1989), a intronizacja obecnego cesarza dała początek erze Heisei („rządy pokoju”), w której 14. roku teraz się znajdujemy. Japończycy nie wymieniają nawet imienia Akihito, bo w ich odczuciu brzmiałoby to trochę obrazoburczo. O żyjącym cesarzu mówi się po prostu tennô-heika, lub w skrócie i z odrobiną familiarności heika. 




Rei – etykieta, ukłon



Boscy przodkowie

Powiedział Pan, że obecny cesarz jest 125. władcą pochodzącym z cesarskiej linii dynastycznej. Skąd to tak dokładnie wiadomo?
– To raczej mit, który nie znajduje potwierdzenia w badaniach historycznych. Ale mit jest niewyczerpanym źródłem wiedzy o umysłowości, strukturze społecznej, świecie i postrzeganiu siebie przez tych, którzy te mity tworzyli i którym były one potrzebne. Takim formującym elementem świadomości japońskiej był kompleks rodzimych wierzeń i obrzędów zwany dziś shintô, którego ważnym elementem był obraz powstania Japonii i założenia dynastii. 
Skąd pochodzi wspomniana liczba i komu zawdzięczamy tabele chronologiczne wymieniające 125 władców? Praźródłem pisanym są tu dwie najstarsze zachowane kroniki japońskie. Pierwsza, „Kojiki”, czyli „Księga dawnych wydarzeń”, jak przetłumaczył na język polski ten tytuł i całą księgę profesor Wiesław Kotański, pochodzi z 712 r. i zapisana jest chińskimi ideogramami traktowanymi fonetycznie lub semantycznie, czytanymi po japońsku. Druga, „Nihonshoki” (albo „Nihongi”), czyli „Kronika japońska”, spisana została w 720 r. w języku chińskim. „Kojiki” dają bardzo wyczerpujący i na swój mitologiczny sposób logiczny opis wydarzeń od „poczęcia” Japonii przez parę demiurgów: „Izanagi i Izanami stali na Unoszącym się Moście Niebios. Izanagi zanurzył włócznię w falach oceanu, a kiedy ją uniósł, z włóczni spłynęła kropla, która zakrzepła na wodzie i stała się wyspą”. Rozpoznajemy w tym akcie odległe podobieństwo do Genesis: tu też z niczego powstaje coś, z chaosu wyłania się kształt, powstają pierwsze byty. Później pojawia się bogini słońca Amaterasu, której wnuk Ninigi, obdarzony cesarskimi atrybutami – mieczem, zwierciadłem i klejnotami – schodzi na świętą ziemię i podporządkowuje ją sobie. Jego prawnuk Jimmu w marszu z południa Japonii na północny wschód ujarzmia lokalnych władców, przyrodę i – jak podają kroniki – 11 lutego 660 r. p.n.e. zostaje pierwszym cesarzem. Do dziś 11 lutego świętuje się w Japonii jako dzień założenia państwa. 
Słysząc tę fantastyczną historię bezwiednie się uśmiechamy – ale przecież w Unebiyamie koło Nary w środkowej Japonii istnieje mauzoleum Jimmu, dokąd co roku ściągają tłumy z całego kraju... Jak na mit odpowiada historia? Czy udało się ustalić, w jaki sposób powstały naród i państwo japońskie? Kto był pierwszym historycznym cesarzem?
– To temat-morze, któremu poświęcono tomy rozpraw. Wiedza o początkach japońskiej państwowości opiera się w dużym stopniu na dokumentach chińskich. To właśnie u kronikarzy z kontynentu znajdujemy – przy okazji opisów dziejów własnego państwa, królestwa, cesarstwa – pierwsze wzmianki o ludzie zwanym z japońska Wa, który miał zamieszkiwać kraj za morzem na wschód od Chin. Te zapiski miały dla kronikarzy znaczenie raczej marginalne, ale badaczom początków japońskiej państwowości dają ważny opis obyczajów i organizacji życia na archipelagu. Badania historyków, archeologów i filologów pozwalają sądzić, że zorganizowana państwowość na wyspach japońskich powstała w III-IV wieku naszej ery – co pozostaje w ewidentnej sprzeczności z „Kojiki”, „Nihongi” i kronikami przedhistorycznymi. Na czele zbiorowości stają przywódcy wyłonieni spośród władców plemiennych. W okresie Yamato (V–VII wiek), za panowania cesarzowej Suiko (593-628) podporządkowano centralnej władzy wciąż jeszcze silne ugrupowania rodowe. Wtedy też pojawia się tytuł tennô. W kronice z czasów chińskiej dynastii T’ang (618-905) odnotowano, że mniej więcej w tym samym czasie dwór japoński zwrócił się z żądaniem, aby Chiny przestały określać ich kraj mianem Wa i zastąpiły je nazwą Nihon (albo Nippon), co przekłada się jako „Kraj Wschodzącego Słońca”. Można zatem uznać, że IV wiek n.e. to okres panowania pierwszych historycznych cesarzy. Ciągłość rodu cesarskiego jest udowodniona przynajmniej od połowy wieku VI; jeśli przyjąć nawet tylko tę datę, to japońska dynastia jest najstarsza na świecie. 
Do dziś jednak nie rozstrzygnięto, kogo uznać za pierwszego historycznego cesarza, jakie było pochodzenie nie tylko dynastii, ale i grupy etnicznej, którą dziś uważamy za naród japoński. Dwie główne teorie mówią o źródle kontynentalnym lub morskim – w tej drugiej ludy z mórz południowych miały osiedlić się na wyspach japońskich. Żadna z tych wersji nie zyskała zdecydowanego poparcia ani nie została całkowicie odrzucona. W 1948 r. Egami Namio ogłosił teorię o ludzie pochodzenia tunguskiego, który miał najechać Japonię i wpłynąć na przyspieszony rozwój kultury i organizacji państwowej. Spór o pochodzenie Japończyków i ich dynastii na pewno będzie jeszcze trwać. 
Mit o boskim pochodzeniu cesarstwa jest mitologią oficjalną, dworską, powstałą przez odpowiednią selekcję i wygładzenie mitów pierwotnych. Ich najstarsza warstwa wywodzi się ze wspomnianego już shintô. Czym jest owa religia spotykana tylko w Japonii? 
– Shintô – dosłownie „droga bogów” – jest zespołem rodzimych praktyk i wierzeń, zawierających pewną wizję świata, kosmosu, stworzenia, które składają się na podstawę świadomości społecznej – tej mitologicznej, sakralnej – i które do dzisiaj, w formie już mniej zinstytucjonalizowanej, kultywuje się jako jedną z dwóch głównych religii w Japonii obok buddyzmu. Shintô ma wiele cech wspólnych z praktykami innych ludów, np. syberyjskich. Znajdziemy w nim praktyki szamańskie, animizm, kult przyrody – obiektem sakralnym może być góra, woda, bóstwem – zmarły przodek. 
Ważną rolę w tej religii odgrywa rytuał oczyszczenia, czystość jest tu wartością estetyczną i etyczną. Ślady tego rytuału odnajdujemy np. w posypywaniu solą miejsca, na którym walczą zapaśnicy sumo, czy progu domu, do którego wracamy po zetknięciu się z czymś nieczystym, np. z pogrzebem. To dlatego w czasie pogrzebu, zresztą odprawianego zazwyczaj wedle obrządku buddyjskiego, otrzymujemy w prezencie od gospodarzy domu żałobnego torebeczkę z solą. Zapasy sumo zaś traktowane były pierwotnie jako ofiara na cześć bóstw, dlatego miejsce jej składania także musi być poddane oczyszczeniu. 
We współczesnej Japonii wiara i obrzęd są stale obecne, i to nie tylko przy chramach czy świątyniach albo podczas świąt. Czasami spotkamy je w miejscach zupełnie zaskakujących: przy wysokościowcu, na moście, niedaleko stacji metra, na dachu, w prywatnym mieszkaniu. Czy będą to obiekty buddyjskie, chrześcijańskie czy szintoistyczne, to już inna sprawa. 

Wojownicy i esteci
W 794 r. cesarz Kammu przenosi stolicę z Nary do Heian (dzisiejsze Kioto), by uwolnić się od wpływów i knowań hierarchów buddyjskich oraz dworskiej arystokracji. Na niewiele się to jednak zdaje, bo realne rządy przejmują kręgi arystokratyczne. Jak do tego doszło? 
– Po epoce Nara cesarstwo, a zwłaszcza kultura dworska, wchodzi w okres rozkwitu, ale towarzyszy temu wzrost wpływów rodów dynastycznych. Ich przedstawiciele rządzą już to jako regenci zastępujący młodocianego cesarza, już to jako kanclerze, urzędnicy, którzy za przyzwoleniem władcy za niego tę rolę wykonują. Zaczyna się proces, który doprowadzi do swoistego uwiądu władzy cesarskiej. Powstaje szczególny model hierarchii władzy, w którym osoba najwyższa w tej piramidzie ma minimalny zakres faktycznego działania. Cesarz daje się ubezwłasnowolnić, a później wszyscy uznają taki stan za właściwy i nikt nie śmie zwracać się do cesarza o coś więcej niż o ceremonialny gest aprobaty. 
Od początku IX w. przez ponad 300 lat trwa pokój, kwitnie kultura. Heian-kyô, cesarska Stolica Pokoju i Spokoju była wedle znawców jednym z najwspanialszych centrów kulturalnych średniowiecznego świata. Czym zasłużyła sobie na to określenie? 
– Wszystkim. To fenomen niebywałej erupcji geniuszu japońskiego w kulturze materialnej, architekturze, ceramice, tkactwie artystycznym, poezji; powstają podwaliny japońskiej literatury. Kulminacja dworskiej kultury Heian jest zarazem jednym z punktów kulminacyjnych wzlotów ducha ludzkości! Jeśli Donald Keene, wybitny znawca i badacz japońskiej kultury, nie zawahał się przyrównać powstałej w XI wieku „Genji-monogatari”, „Opowieści o Księciu Promienistym” do „W poszukiwaniu utraconego czasu” Prousta, jeśli inni uznali damę dworu Murasaki Shikibu, autorkę „Opowieści...”, za twórczynię pierwszej w dziejach powieści psychologicznej, jeżeli do dzisiaj w skarbcach kultury i sztuki oglądamy z najwyższym podziwem pamiątki z tej epoki, zwiedzamy zabytki architektury świątynnej i pałacowej, to o czymś to świadczy. Ręce wprost same unoszą się w zachwycie... To jeden z cudów świata i chwała jego twórcom oraz tym, których trosce zawdzięczamy, że ocalał. 
Jakie wartości niosła ta sztuka? Czy miała głębsze cele, ukryte sensy?
– Na czas Heian przypada kulminacja określonej kultury – nie jest to kultura wieśniaka, rzemieślnika czy rybaka, to niewątpliwie kultura dworska, arystokratyczna. Jednocześnie tworzy ona podstawy kanonu estetycznego, któremu duch japoński hołdować będzie przez wiele pokoleń. Nawet jeżeli jej, jakby powiedzieli marksiści, „podłoże klasowe”, już dawno przeszło do historii. 
Wartości składające się na ten kanon to kult piękna, niedopowiedzenie, aluzyjność, czułość, tęsknota za drugim człowiekiem, przyrodą, cały niezwykle wyrafinowany i subtelnymi środkami wyrażony rozbudowany system układów międzyludzkich – zalotów, miłości, wzorce zachowań erotycznych, przywiązanie do rytuału. A z drugiej strony otwartość na piękno tego, co małe, nietrwałe, ulotne, radość płynąca z odczuwania piękna połączona z trudnym do opisania uczuciem nostalgicznego smutku. To wszystko stało się później własnością już nie tylko arystokratów i dam dworu, ale także owych rybaków, rzemieślników, kupców, wojowników. A nawet dzisiejszych urzędników, którzy może nawet nie wiedzą, do kogo nawiązują, posługując się cytatami czy maksymami z okresu, o którym mówimy. 
Od połowy XII w. trwają krwawe walki między dwoma głównymi rodami, w XV w. wybucha wojna domowa, kraj rozpada się na szereg księstw. Władzę pełnią kolejni szogunowie, klasą o największym znaczeniu są samurajowie – wojownicy na służbie lokalnych książąt, kierujący się kodeksem bushidô. Mimo to w kolejnych okresach: Kamakurze (1192-1333) i Muromachi (1336-1573), kultura dalej się rozwija, wzbogaca o nowe gatunki i formy... 
– Nie jest to aż tak dziwne. W niespokojnym europejskim średniowieczu też rozwijało się malarstwo, rzeźba, architektura. Japonia miała element dodatkowy: buddyzm. Wśród wielu zjaponizowanych form buddyzmu pojawia się wtedy nowa szkoła, która zjednuje sobie rzesze zwolenników, zwłaszcza wśród (paradoksalnie, a może nie) wojowników – zen. Zen okazuje się niezmiernie żyzną glebą duchową dla artystów: malarzy, tancerzy, poetów, kaligrafów, twórców ceremonii herbacianej, ogrodów i przede wszystkim teatru nô, który jest kolejną kulminacją tej sztuki (za chwilę okaże się, że w historii japońskiej estetyki mamy wyłącznie „kulminacje”). Teatr nô to przykład teatru totalnego, teatru obrzędu, rytuału, muzyki, poezji i widowiska, które może również stać się doświadczeniem metafizycznym. 
To jeden z paradoksów japońskiej kultury: kraj jest rozrywany waśniami rodowymi, poszarpany na udzielne księstewka, wyniszczony i głodny, tymczasem szogunowie stają się mecenasami wyrafinowanej sztuki, jakże odległej od ponurej rzeczywistości za ogrodzeniami pałaców. 
Amerykańska antropolożka Ruth Benedict w pracy „Chryzantema i miecz” zauważyła, że Japończycy są estetami, kontemplują przyrodę, oddają się tak wysublimowanym zajęciom jak ikebana czy konkursy poetyckie, wydają się spokojni, uprzejmi, lojalni, nieśmiali, a jednocześnie cechuje ich wojowniczość, agresywność, a nawet skłonność do okrucieństwa, zdrady... Jak zrozumieć tak zaskakujące połączenie?






AI – miłość



– Nie mam na to jasnej odpowiedzi. Co zaś się tyczy tej pozornej sprzeczności... Ruth Benedict była wybitnym antropologiem kultury, wykonała ogromną, do dziś cenioną pracę badawczą, którą oparła na wywiadach z jeńcami japońskimi, na ich dziennikach, oraz propagandowych filmach japońskich z czasów wojny na Pacyfiku. Na tej podstawie sformułowała tezy o wstydzie, winie itd., ale... o ile wiem, w Japonii nigdy nie była, japońskiego nie znała, a przez to jej obraz Japończyka był pozbawiony kontekstu. Z całym szacunkiem dla tego prekursora badań antropologicznych nad japońskim społeczeństwem, żałuję, że Ruth Benedict nie konfrontowała swoich badań z obserwacją Japończyków poddanych presji w różnych momentach historycznych. Być może jej wnioski nie byłyby tak bardzo radykalne, czarno-białe. Bo tak wszystko wydaje się nazbyt proste: mamy ikebanę, ceremonię herbaty, subtelne malarstwo tuszowe, a z drugiej strony Japończyka, który ścina mieczem przeciwnika razem z koniem. I dziwimy się, jak to możliwe, że ten sam człowiek, który zachwyca się ulotnością piękna kwitnącej wiśni, robi później różne brzydkie rzeczy? 
Rozmawiamy o kulturze wyrosłej z tradycji, w której było miejsce i na bu (sztuka wojenna, waleczność), i na bun (sztuka literacka, erudycja); na najbardziej wyrafinowaną poezję czy kaligrafię i na wojownika, który władał mieczem jak nikt inny. To był ideał: dopiero ten, kto posiadł obie sztuki w najwyższym stopniu, zasługiwał na miano prawdziwego literata i prawdziwego wojownika. 
Inna obserwacja, może też subiektywna: wrażliwość estetyczna sąsiaduje w kulturze japońskiej z wątkami, które my w Europie pomijamy zazwyczaj milczeniem – widoczna na każdym kroku pornografia, skatologia, brak pruderii w mówieniu o fizjologii, chorobach, śmierci. 
– To kolejny japoński fenomen: dwu-, a nawet trójtorowość kultury, w której wyrafinowane dzieła koegzystują z rubasznością, przyziemnością. Te dwa strumienie płyną równolegle i przyjmują różne formy w zależności od epoki – czy to jest Heian, czy początek XXI wieku z wszystkimi gadżetami kultury masowej. 
Z jednej strony wysmakowana estetyka, w której dama pisząc list do kochanka zrasza papier delikatnymi perfumami, których odcień powinien przypomnieć mu zdarzenie sprzed... siedemnastu lat. Ten, co oczywiste, rozpoznaje zapach, a jeśli nie, to znak, że jest gburem i nie zasługuje na to, by po raz drugi do niego pisać. 
Z drugiej zaś strony jest nurt, którego początki można znaleźć już... w „Kojiki”. No bo jakie były początki teatru? Każdy podręcznik historii teatru japońskiego zaczyna się od opisu występu wesołej bogini Amenouzume, która na odwróconej do góry dnem beczce podryguje obnażona do pasa, stwarzając w ten sposób pretekst do wywabienia bogini słońca Amaterasu, która schowała się w pieczarze. Tę boginkę do dzisiaj uważa się za protoplastkę japońskiego teatru, a zrobiła coś, co można by nazwać małym porno-show... Tak jak rechotali oglądający ją bogowie, tak samo rechoczą dziś robotnicy portowi czy urzędnicy, którzy idą po pracy do jednego z tysięcy klubów czy nocnych lokali i oglądają erotyczne występy albo opowiadają sobie po dwóch piwach dosadne dowcipy. 
Cudzoziemców przekonanych, że w Japonii na każdym kroku spotkają piękno i wyrafinowanie, zdumiewają przykłady kiczu i taniochy w najgorszym wydaniu. Moi wychowankowie, którzy wyjeżdżają na stypendium, mają później pretensje, że opowiadałem im bajki o cudownej wrażliwości estetycznej Japończyków, a tymczasem proszę: potworne melodie w kawiarniach, kiczowaty wystrój wnętrz, co to ma w ogóle być i gdzie jest właściwie ta prawdziwa Japonia? A może jej już nie ma? Otóż jest! Trzeba tylko umieć jej szukać.

Zamknięcie... („feudałowie”)
W 1600 r. z walk o panowanie nad krajem zwycięsko wychodzi Tokugawa Ieyasu. Zostaje szogunem, przenosi stolicę do Edo (dzisiejsze Tokio), porządkuje państwo. Rola cesarza pozostaje zredukowana. Nastaje pokój, ale za jaką cenę?
– Nie był to spokój cmentarny, kraj się rozwija, zostaje precyzyjnie, według wojskowego drylu zorganizowany. Państwo funkcjonuje tak sprawnie, że poza nielicznymi buntami trwa on przez ok. 220-230 lat w sposób niemal niezakłócony. 
Za jaką cenę? Przede wszystkim za cenę izolacji wprowadzonej w 1639 r., zamknięcia się – dosłownie i w przenośni – na wyspach. Aż do 1854 r., do czasu podpisania wymuszonego traktatu z USA, Japonia utrzymuje jedynie ograniczony handel z Chinami i Holandią. Negatywne skutki izolacji staną się z czasem widoczne, ale w pierwszej połowie epoki Edo mało kto zdaje sobie z nich sprawę. 
Czy izolację wywołał strach przed coraz popularniejszym chrześcijaństwem, obawa szogunatu przed kontaktami prowincji z ludźmi Zachodu?
– Obawiano się, że nadmierne ułatwianie przybyszom handlu i szerzenia swoich idei i obyczajów może zagrozić władzy, która dążyła przede wszystkim do uśmierzenia najmniejszych nawet zalążków odmienności, innego myślenia o organizacji państwa. Wydawano więc edykty zakazujące zawijania obcych statków, szerzenia chrześcijaństwa. 
Był to niezwykle sprawny organizm państwowy. Za jego ideologiczny fundament posłużyły rozwiązania rodem z Chin, a konkretnie system neo-konfucjański, dlatego jego urządzenie musiało się odbywać – jak pan powiedział – kosztem czegoś. Kosztem wyrzeczeń, cierpień, nie dających się rozwiązać dylematów natury społecznej, politycznej, uczuciowej, a nawet rodzinnej. Powstał bowiem świat oparty na wywodzących się z konfucjanizmu relacjach regulujących ludzkie zachowanie np. w parach „poddany – pan”, „syn – ojciec”, „żona – mąż”, „młodszy brat – starszy brat”. Społeczeństwo przyjmuje kształt rodziny, w której wszyscy mają wyznaczone miejsce i rolę do spełnienia.. Każdy komuś jest winien wierność, lojalność, posłuszeństwo i każdy zobowiązany jest troszczyć się i poczuwać do odpowiedzialności za pozostałych. Najwyższy suweren – czy to tennô, czy władca wojskowy – jest odpowiedzialny za wszystko i za wszystkich; jest gwarantem ładu, bezpieczeństwa, dostatku i sprawiedliwości. Zakłócenie porządku jest niewybaczalną zbrodnią. Wypadnięcie jednego ogniwa grozić może bowiem zawaleniem całej misternej konstrukcji. 
Jak wiele z tych feudalno-patriarchalnych obyczajów w relacjach międzyludzkich przetrwało do chwili obecnej?
– Człowiek z Zachodu, który zaczyna pracę w firmie japońskiej, zostaje członkiem zespołu naukowego na uniwersytecie albo drużyny sportowej, może zakosztować konfucjanizmu „na co dzień”. Przekona się na przykład, że w firmie rolą pryncypała jest dbanie o to, by wszyscy, od wiceprezesów po hostessy i gońców, czuli się docenionymi członkami rodziny, jaką jest ich firma. Z kolei pracownik jest winien panu prezesowi czy honorowemu przewodniczącemu cześć i szacunek – taki, jakim darzono w przeszłości wodzów i zwierzchników. Nie przyjmuje to nadmiernie przesadnych form; rodzinny charakter stosunków dopuszcza poufałość, a nawet jej sprzyja. Dobry szef poklepie po plecach, zaprosi na piwo, zapyta o żonę i dziecko zdające na studia. Oczywiście odpowiedź pracownika musi być grzeczna, zgodna z kanonami keigo, czyli rozbudowanych w języku japońskim form grzecznościowych. Wobec osób trzecich o swoim szefie mówi się jednak już w tonie familiarnym, per „nasz stary”. 
Układy konfucjańskie są obecnie konfrontowane z rodzimymi bądź importowanymi modelami nowoczesnego zarządzania i komunikacji społecznej. Japończycy godzili te różne modele i przynajmniej do momentu zahamowania boomu gospodarczego można było odnieść wrażenie, że takie połączenie się sprawdza. Dziś okazuje się, że nie wszystko działało niezawodnie. Dlatego firmy ściągają za ciężkie pieniądze menadżerów z zagranicy, by tradycyjny mechanizm przestawić na nowe tory.

...i otwarcie („imitatorzy”)
W XIX wieku Japonia wchodzi w okres Meiji – czas wielkich przeobrażeń. Jak do nich doszło?
– Poprzedni, oparty na konfucjanizmie system zużył się. Obok spauperyzowanej, choć cieszącej się nadal autorytetem klasy wojskowych pojawiają się prężni, coraz zamożniejsi, ale nadal pozbawieni praw mieszczanie, kupcy, rzemieślnicy. Dochodzi do tarć, nad którymi władzy wojskowej nie udaje się zapanować. Coraz częstsze są przypadki nieposłuszeństwa. Nawet uprzywilejowana warstwa samurajska z bezczynności i frustracji zaczyna – o zgrozo! – zazdrościć mieszczanom i kupcom ich doczesnych uciech, których kodeks rycerski nie tolerował. Wizyty samurajów w dzielnicach kurtyzan albo ich żon czy córek w mieszczańskim teatrze kabuki stają się tematem plotek i opowieści rysunkowych, w których zubożali wojownicy zastawiają w lombardzie swoje miecze, by się zabawić. 
Na to nakładają się polityczne konflikty wewnętrzne oraz coraz bardziej natarczywe sygnały wysyłane przez świat, zwłaszcza Stany Zjednoczone, domagające się nawiązania kontaktów handlowych. Wszystko razem spowoduje na poły wymuszone, a na poły dobrowolne otwarcie zamkniętego państwa i szybki, ale nie bezbolesny powrót Japonii do grona społeczności międzynarodowej. 
Dochodzi do likwidacji szogunatu, władzę obejmuje cesarz Meiji i podległy mu rząd. Następuje modernizacja, kraj do tej pory feudalny i agrarny w kilkadziesiąt lat zmienia się w potęgę przemysłową. Jak to możliwe? 
– Japonia mimo izolacji i zapóźnienia cywilizacyjnego była nie najgorzej przygotowana na przyjęcie nowego: wykształcone społeczeństwo, sprawna organizacja życia publicznego. Innowacyjność i przedsiębiorczość mieszkańców wielkich aglomeracji położyły podwaliny pod szybki rozwój gospodarczy. Wiele znanych dziś domów handlowych i firm przemysłowych na terenie Osaki czy Kioto rozpoczęło działalność jeszcze w okresie izolacji. Kiedy dołączyły do tego nadzwyczajna chłonność, wręcz gorliwość, z jakimi przyjmowano instytucje i rozwiązania z zewnątrz, modernizacja nabrała ogromnego przyśpieszenia. Objęła wszelkie obszary życia, włącznie z modą i nawykami kulinarnymi. Anegdotyczne stało się zachęcanie np. do spożywania wołowiny, naśladowanie zachodniej mody i wzorców zachowań towarzyskich.
Dowodów na skłonność Japończyków do zapożyczeń jest wiele. Najpierw ogromny wpływ Chin, z kulminacją w VII-VIII wieku. Przejęcie pisma, religii buddyjskiej... 
...rzemiosła, druku, kultury materialnej, techniki, herbaty. Przez Chiny i Koreę docierały także wpływy spoza obszaru Państwa Środka. Jedwab, ceramika, stroje, style w budownictwie trafiały do Japonii nawet z Azji Środkowej. Zamiast o wpływach czy zapożyczeniach, trafniej byłoby mówić o kolejnych falach wpływów obcych cywilizacji, które do Japonii docierały i nadal docierają. 
W XVI wieku Japonię ogarnia szał na punkcie europejskiej mody, podobnie dzieje się w erze Meiji oraz w czasach już zupełnie współczesnych. Stąd obiegowa opinia, że Japończycy to tylko zręczni imitatorzy czy adaptatorzy cudzych wynalazków... 

– Na sztuce adaptowania i innowacyjności oparta jest dzisiejsza japońska kultura, technologia, a także myślenie o świecie. Japonia stworzyła wzorzec rozwoju, w którym jest miejsce i na uczenie się od innych, i na przejmowanie tego, co najlepsze. Ale „najlepsze” z japońskiego punktu widzenia; dające się zaszczepić na gruncie rodzimej tradycji i przyzwyczajeń. Tak było z europejskim malarstwem, z którego czerpano tylko niektóre wątki, czy chociażby z buddyzmem. Buddyzm japoński nie jest przecież buddyzmem tybetańskim, chińskim ani indyjskim, mimo że takie miał korzenie. 
W przyjmowaniu cudzych rozwiązań był zawsze pewien margines swobody. W epoce Meiji, kiedy rzeczywiście czerpano pełnymi garściami ze zdobyczy Zachodu, też nie sięgano po całą literaturę angielską czy cały teatr francuski. W naszej kulturze, kiedy pewien mechanizm przestaje odpowiadać wymogom współczesności, przychodzi rewolucja: przyjmujemy nowe rozwiązania i odrzucamy stare. W Japonii zmiana zużytego czy nietwórczego wzorca odbywa się nie przez jego odrzucenie, ale wzbogacenie, zreformowanie, z zachowaniem tego, co może przydać się w przyszłości. 
Jeżeli zatem Japończycy przejmowali system prawny, organizację wojska, szkolnictwa, bankowość, parlament, muzykę europejską, powieść mieszczańską, włączali je w istniejący kontekst cywilizacyjny. Kiedy po raz pierwszy wystawiano w Japonii „Hamleta”, to sposób gry i inscenizacji zawierał rozwiązania rodem z teatru kabuki. I nie chodziło o eksperyment; po prostu nie wiedziano jeszcze, jak sobie z nowym rodzajem sztuki poradzić, adaptowano go do nawyków znanych i sprawdzonych. 
A jak to adaptowanie wygląda obecnie? Nie ma takiej mody, choćby najdziwniejszej, która by nie znalazła wcześniej czy później swojej drogi do Japonii. 
– Tak, ale to wszystko – sztuki z Broadwayu, Paryża, Londynu, muzyka, pop-art – przechodzi przez odpowiedni filtr. Japończycy wchłaniają, przetrawiają i na końcu wybierają to, co wydaje się im wartościowe, płodne i co daje się jakoś twórczo pogodzić z tym, co w ich tradycji ważne i co im się podoba. Te dwie rzeczy wcale nie są przeciwstawne: często młody chłopak, który chodzi z nastroszonym, pofarbowanym na blond „irokezem” na mecze piłki nożnej lub tańczy street-dance w młodzieżowej dzielnicy Harajuku, po kilku latach odkrywa dla siebie aikidô albo zaczyna brać lekcje nô, bo taką ma fantazję. Japończyk w swoim życiu przechodzi czasem zdumiewającą ewolucję: najpierw zachłystuje się Zachodem, Europą, Nowym Jorkiem, traktując to, co własne, jako nic nie warte. Po kilku latach spotykamy go i dowiadujemy się, że właśnie odkrył wśród swoich przodków sławnego garncarza albo płatnerza, więc stał się znawcą i kolekcjonerem ceramiki czy mieczy. „A teraz nie mogę z tobą dłużej rozmawiać, bo właśnie idę na lekcję kaligrafii” – mówi na pożegnanie.

Czarne dni („nacjonaliści”)
Nowa konstytucja z 1889 r. czyni osobę cesarza podstawą państwowości, ale szybko okazuje się, że karty znowu rozdaje kto inny: biurokratyczna administracja i oligarchia. Czy to właśnie one skierowały naród na drogę nacjonalizmu?
– Już w XVIII w. Motoori Norinaga, jeden z twórców ruchu na rzecz tzw. studiów narodowych kokugaku, nawołuje do powrotu do wartości „czysto japońskich”, „nieskażonych” oddziaływaniem buddyzmu i konfucjanizmu. W następnym wieku inni myśliciele „narodowej szkoły badawczej” głoszą nacechowane ksenofobią poglądy o jedynej w swym rodzaju japońskiej strukturze państwowej kokutai. Niebawem zdobędzie popularność hasło sonnô-joi: „czcić cesarza, ujarzmić barbarzyńców”, które odegra istotną rolę w obaleniu szogunatu. Zawierając ideę zjednoczenia sił pod wodzą cesarza, postulowało niejako oddelegowanie części jego władzy: „poskramianie barbarzyńcy” nie jest przecież zadaniem ojca narodu, lecz powołanych do tego urzędów czy organizacji. Cesarz pozostaje kumo-no ue-no sonzai, czyli „bytem ponad chmurami”; tak rodzi się kult jego osoby. Ale jednocześnie traci on grunt pod nogami i staje się symbolem firmującym posunięcia oligarchów.
W 1874 r. wojska Japonii lądują na Tajwanie, rok później wkraczają do Korei. Zdaniem historyków chodziło o odciągnięcie uwagi społeczeństwa od faktu, że rządzą ciągle ci sami, że szykanowana jest opozycja. Czy za polityką ekspansji i szerzenia etnocentryzmu nie stała jednak chęć obrony japońskich wartości przed chaosem ideowym z Zachodu? 
– To możliwe – czas myślowego zawirowania, jakim był okres Meiji, nie ma chyba sobie równych nie tylko w dziejach Japonii. Wypracowany przez ponad dwieście lat system gospodarczy i polityczny zderza się ze światem, z którym prawie nie miał łączności. Na tle dramatów, pośród buntów i aktów heroizmu, rozpoczęto wielką pracę organiczną i oświeceniową, by społeczeństwo mogło znieść te napięcia i przejść w sposób ewolucyjny, nie rewolucyjny ku nowemu ładowi. Powstaje paternalistyczny, na poły konfucjański, na poły szintoistyczny model państwa i narodu skupionego wokół cesarza. Shintô podniesiono do rangi religii państwowej. Rodzi się tennoizm, kult cesarza. „Kojiki” i „Nihongi” stają się fundamentem japońskiej historiografii oraz moralnym punktem odniesienia. Do szkół i koszar trafia „Reskrypt cesarski o wychowaniu”, gdzie w kilkuset patetycznych słowach sformułowano nowy system wychowawczy: Japończycy są obywatelami boskiego cesarstwa, władca i poddani stanowią jedno ciało, zatem każdy obywatel obdarzony jest boską naturą. Dzień szkolny zaczyna się od oddania pokłonu majestatowi cesarskiemu zamkniętemu symbolicznie w ołtarzyku na dziedzińcu szkolnym, i od recytacji fragmentu reskryptu. Tak kształtowano młode charaktery aż do zakończenia II wojny. 
Wygrana wojna z Chinami, Rosją, aneksja Korei... Te osiągnięcia militarne budują świadomość narodową, wzbudzają dumę, a nawet pychę. Jak silne były te nastroje? 
– Dotyczyły chyba tylko niektórych warstw społeczeństwa – przede wszystkim polityczno-wojskowych. Na ich użytek pracowały zastępy ideologów, dziennikarzy, cenzorów, wychowawców. Przeciętnego inteligenta, mieszczanina, handlowca nikt nie pytał, czy zgadza się z nową ideologią. 
Od zakończenia II wojny światowej społeczeństwo japońskie przeszło tak gruntowną demokratyzację, że na podobne działania jest już uodpornione. Jednak na przełomie XIX i XX w. nie potrafiło się im przeciwstawić. To także cena, jaką przyszło im zapłacić za okres izolacji. „Bóle porodowe”, w których rodziła się nowożytna Japonia. 
W latach 20. i 30. sytuacja rzeczywiście przypomina bóle porodowe: powstaje wiele tajnych ugrupowań, od ultranacjonalistów przez chrześcijańskich liberałów po anarchistów. Co było dalej, wiemy aż za dobrze: w 1937 r. wybucha wojna z Chinami (10 milionów ofiar, tysiące zmuszone do niewolniczej pracy i prostytucji). Zawiązuje się oś Tokio-Berlin-Rzym, w 1941 r. Japonia atakuje Pearl Harbor, a cztery lata później bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki w okrutny sposób kończą równie okrutną japońską „misję dziejową”. W przeddzień kapitulacji cesarz Hirohito wygłasza słynne orędzie radiowe – co wtedy mówił i jak Japończycy przyjęli jego słowa? 
– Orędzie wyemitowano 14 sierpnia 1945 r., mimo sprzeciwów wojskowych, którzy do ostatniej chwili próbują powstrzymać bieg wydarzeń i wykraść taśmę. Boski suweren w patetycznych słowach oświadcza, że „trzeba znieść to, co jest nie do zniesienia”, czyli przystać na bezwarunkową kapitulację. Zachowały się zdjęcia szlochających tłumów, tokijczyków zgiętych w ukłonie przepraszającym za to, że nie sprostali oczekiwaniom.
Czyim oczekiwaniom?
– Władzy, dowódców... Japończyków przez lata wychowywano w bezwzględnym posłuszeństwie i poświęceniu dla najwyższej istoty symbolizującej kraj i naród. Wielu odebrało kapitulację jako osobistą klęskę. 
Zdumiewa jednak łatwość, z jaką społeczeństwo przyjęło nową rzeczywistość. Jeszcze niedawno gotowe było do najwyższych ofiar; przykładem piloci--kamikaze. A teraz zaczyna się pierwsza w dziejach kraju okupacja, obcy żołnierz kala świętą ziemię japońską i co się dzieje? Nic! Grom nie spada z nieba, Amerykanie siedzą w swoich bazach i rozdają głodnym dzieciom czekoladę. Dowódca sił okupacyjnych generał MacArthur ingeruje w rządzenie krajem i... nie widać oznak wrogości wobec Amerykanów, którzy stają się sprzymierzeńcami i przyjaciółmi. Nie cieszyły się sympatią tylko dziewczyny, które chodziły po ulicy pod rękę z jakimś Johnny’m z Milwaukee. 
Jak wytłumaczyć tę powojenną uległość?
– Japończycy są narodem honorowym, dziedziczą wartości rodem z kodeksu samurajskiego. Z drugiej strony to realiści i – jeśli sytuacja tego nie wymaga – z wiatrakami nie walczą, wiedzą, kiedy przeczekać zły czas. Na tym m.in. polega buddyjska umiejętność patrzenia z dystansem na siebie, świat, życie. Podnoszenie miecza przeciwko nieuniknionemu niczemu nie służy. 
Amerykanie odarli cesarza z boskości, ale pozostawili go na tronie jako „zakładnika demokracji”. Amerykański historyk Herbert Bix uważa to za błąd, bo dzięki pozostawieniu Hirohito Japończycy poczuli się zwolnieni od odpowiedzialności za wojnę. 
– Rzeczywiście, Japończycy chyba nie rozliczyli się z przeszłością. Z jednym wypada się zgodzić: jeżeli ojciec narodu bierze na siebie winę i deklaruje gotowość odejścia – a tak zrobił po wojnie Hirohito – to w jakimś sensie zdejmuje to hańbę z wojska, poddanych, narodu. W tym sensie rzeczywiście decyzja o pozostawieniu cesarza ułatwiła proces zapomnienia. Książka Bixa miała zresztą w Japonii wielkie powodzenie; Japończycy lubują się w tzw. nihonjin-ron, czyli dysputach-rozważaniach o nich samych. Im bardziej krytyczne opinie wobec Japonii i Japończyków zawiera jakaś praca, tym większą cieszy się popularnością.

„Pracowici i demokratyczni”
Japonia po wojnie znów stała się ekonomiczną potęgą. Jak do tego doszło?
– Japońskie miasta i porty były zniszczone może bardziej niż niemieckie. Trzeba było zająć się milionami repatriantów cywilnych i wojskowych, jeńcami powracającymi z kontynentu. Japońscy przywódcy zrobili wielką robotę, choć nie byłoby to możliwe bez pomocy szczerego sprzymierzeńca, a do niedawna jeszcze śmiertelnego wroga. Amerykanie nie z miłości do Japończyków, ale dla obrony własnych interesów uznali, że inwestycja w Japonię się opłaci, i uczynili z niej najważniejszego sojusznika na Dalekim Wschodzie. Na tym fundamencie wzrastała i krzepła japońska demokracja. Ma ona cechy demokracji parlamentarnej, jakkolwiek bardzo wiele jest w niej elementów lokalnych – kulturalnych, obyczajowych, ceremonialno-rytualnych. Od 1955 r., z krótkimi przerwami, władzę sprawuje konserwatywna Partia Liberalno-Demokratyczna ciesząca się poparciem głównie na prowincji, wśród... rolników. 
„Cud gospodarczy” nie byłby możliwy bez słynnej japońskiej pracowitości. Słyszymy o karôshi, śmierci z przepracowania, o pracownikach dużych firm, tzw. sarariimanach, którzy większość tygodnia spędzają z dala od rodziny i śpią w hotelowych kapsułach, bo po pracy nie opłaca im się wracać do domu; jeśli biorą urlop, to na 2-3 dni, żeby nikt w firmie nie pomyślał, że są niepotrzebni. 
– Przede wszystkim chciałbym sprostować informacje na temat śmierci z przemęczenia, nocowania w kapsułach czy np. rozdawania policjantom z drogówki masek tlenowych, żeby nie zatruli się spalinami. Nie twierdzę, że to wszystko nieprawda, ale apeluję o zachowanie proporcji. Mówiąc o pracowitości Japończyków zapominamy, że mamy do czynienia z etyką pracy, ale także z etyką życia w zbiorowości. Cenione przez Japończyków wartości, które my umownie nazywamy pracowitością, wynikają z prawideł rządzących życiem w grupie. Szkoła, praca są przykładami zbiorowości, w której panuje komitywa, atmosfera familiarności. Każdy wie niemal wszystko o koledze i koleżance, po pracy idzie się razem na piwo. Ale zanim się pójdzie na to piwo, trzeba pokazać, że dało się z siebie wszystko. Inaczej naszą pracę musiałby wykonać ktoś inny, a to byłoby już wbrew zasadom życia w grupie. Nie jest też tak, że jeśli Japończyk siedzi w pracy od 9 rano do 7 wieczorem, pozostając w niej po godzinach, to przez cały czas w pocie czoła i z zakasanymi rękawami wysila swój umysł i mięśnie, ażeby budować pomyślność swojej firmy. Bardzo często siedzi, bo... jest mu tam po prostu miło. 
Niekiedy rzeczywiście dochodzi do dewiacji. Zdarzyło mi się zobaczyć na korytarzu jednego z ministerstw w Tokio piramidę materaców – wyjaśniono mi, że to na wypadek, gdyby pracownicy musieli zostać w biurze tak długo, że nie zdążyliby na ostatni pociąg... 
Czy dalej obowiązuje zasada: „gwóźdź, który wystaje, należy wbić”?
– Być może, ale to znów uproszczenie. Bo ktoś te kariery jednak robi, zostaje tym shachô, buchô lub kachô (szef firmy, wydziału, sekcji). Jest miejsce na pokazanie innowacyjności, talentu. Natomiast nie lada sztuką w społeczeństwie japońskim – w którym nie żyje się łatwo – jest wykazać się i jednocześnie nie narazić na zarzut wywyższania się. 
Wyróżniającymi się z tłumu postaciami są z pewnością członkowie rodziny cesarskiej. Jakie uprawnienia ma dziś cesarz? 
– Pełni on przede wszystkim rolę ceremonialną i ogranicza się do gestów aprobujących decyzje uprzednio podjęte przez rząd. Druga sfera jego działalności to kontakty ze światem: przyjmowanie listów akredytacyjnych od ambasadorów, podejmowanie głów państw oraz wybitnych gości ze sfery polityki bądź kultury. Ich Cesarskie Moście znane są też z zamiłowania do sztuki. Trzecia i może najważniejsza dla kontaktów ze społeczeństwem sfera to udział w akcjach społecznych i imprezach, także sportowych – niedawno widzieliśmy parę cesarską w loży honorowej podczas finału mistrzostw świata w piłce nożnej. Cesarzowa jest tradycyjnie honorowym prezesem japońskiego Czerwonego Krzyża i z tej racji uczestniczy w akcjach charytatywnych. 
Czy nie pojawiały się w Japonii opinie takie jak np. w Anglii, że dalsze utrzymywanie monarchii jest niepotrzebne? 
– Kilkakrotnie w powojennej Japonii słychać było głosy krytyczne wobec dworu – ostatnio po śmierci cesarza Shôwa. Proponowano całkowite odejście od systemu cesarskiego bądź znaczne odchudzenie budżetu rodziny cesarskiej. Żądano też zrezygnowania z kosztownych ceremonii towarzyszących intronizacji nowego cesarza. Żaden z tych postulatów nie został zrealizowany. Możemy natomiast obserwować dalsze zbliżanie się rodziny cesarskiej do społeczeństwa, jej ewolucję ku modelowi życzliwych władców, którzy przyglądają się zakrętom, słabościom i sukcesom własnego społeczeństwa.

Polak, czyli bratnia dusza
Jakie znaczenie ma wizyta pary cesarskiej dla stosunków między naszymi krajami?
– Jej znaczenia nie sposób przecenić. Jeżeli uwzględnić podróże do Tokio Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego w czasie wojny rosyjsko-japońskiej – zamkniemy wkrótce pierwsze stulecie stosunków polsko-japońskich. Wizyta cesarza stanowi symboliczne skwitowanie historii łączących nas związków i wspaniałe otwarcie nowej ich karty. 
Jak postrzegają nas Japończycy? Czy mają jakieś obiegowe opinie o Polakach? 
– Nie chciałbym rozczarować czytelników „TP”, ale z perspektywy Japonii Europa jest daleko. Jest w niej kilka państw, które były od czasów Meiji przedmiotem fascynacji, ale Polska do nich nie należała. Znaleźliśmy sobie niszę w umysłach i sercach pewnych elitarnych środowisk, natomiast reakcja przeciętnego Japończyka na hasło „Polska” jest często stereotypowa: przypomni sobie Chopina, Curie-Skłodowską, może Kopernika, Wałęsę, Wajdę i na tym koniec. 
Być może teraz się to zmieni. Podróżom pary cesarskiej – które nie są częste – towarzyszą rzesze japońskich dziennikarzy. Japońskie media wyemitują programy poświęcone Polsce. Jest to dla nas szansa na zaistnienie w japońskiej opinii publicznej, zainteresowanie jej naszym zakątkiem Europy. 
Na koniec pytanie o mentalność: co nas, Polaków i Japończyków łączy – czy mamy jakieś wspólne cechy?
– Kiedy konkretny Japończyk poznaje konkretnego Polaka, odnajduje w nim bratnią duszę. Paradoksalnie, łączy nas wiele: tradycja szlachecka, przywiązanie do honoru, ziemi i rodziny, do takich wartości jak lojalność i przyjaźń. Dwa średnio rozwinięte, nie za duże kraje, sąsiadujące z Rosją (jak powiedział jeden z byłych japońskich premierów – Polska i Japonia to prawie sąsiedzi, dzieli je w końcu tylko jeden duży las), niegdyś na obrzeżach cywilizowanego świata, my – Europy Zachodniej, oni – Azji, Chin. Mamy podobne podejście do samych siebie – lubimy nurzać się w krytycznej wobec nas literaturze, a z drugiej strony zachłystujemy się każdym sukcesem. Nasze dramaty wydają się nam wyjątkowe, a rozmyślania nad nimi znajdują niekiedy wyraz w sztuce najwyższego lotu. I często te „jedyne w swoim rodzaju” problemy oraz ich duchowe manifestacje okazują się zdumiewająco bliskie.

HENRYK LIPSZYC (1941) – japonista, tłumacz m. in. „Zapisków dla zabicia czasu” mnicha Kenko oraz współczesnej prozy i dramatów, w tym m. in. utworów Abe Kobo i Mishimy Yukio, wykładowca w Instytucie Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego i Collegium Civitas, w latach 1991–1996 ambasador RP w Japonii. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl