Moja Japonia 


Wiesław Roman Kotański



1. Kiedy zaczęła się u mnie fascynacja Japonią?
Urodzony w 1915 roku, mam dziś 87 lat. Szkołę średnią ukończyłem w 1936 roku w Warszawie i w tymże roku zostałem immatrykulowany na Uniwersytecie Warszawskim jako student polonistyki, a równolegle rozpocząłem studia w Szkole Wschodoznawczej przy Instytucie Wschodnim na sekcji japonologicznej. Była to – o ile się dobrze orientuję – instytucja subwencjonowana przez ówczesne Ministerstwo Spraw Zagranicznych, mająca na celu budzenie i popieranie zainteresowania krajami Azji i Afryki, co mogło być wstępem do zatrudnienia w polskiej służbie dyplomatycznej.
Zawód dyplomaty nie wchodził jednak w zakres moich zainteresowań. Ciekawość moją budził głównie język japoński i możliwość przekładania z niego na polski. Wiedziałem też, że znajomość języka obcego wiąże się z umiejętnością rozumienia realiów odległej cywilizacji, a przekład wymaga też często wiedzy z zakresu szeroko pojętej kultury danego społeczeństwa i umiejętności prezentowania wartości owej nieznanej kultury w języku narodu, którego jestem członkiem od dnia narodzin.



Shin – serce, duch



Ta umiejętność jest po dziś dzień centralnym zagadnieniem, którego mimo upływu 66 lat od rozpoczęcia studiów japonistycznych nie potrafię w sposób ściśle określony rozwiązywać. Nieustannie się waham, jak po polsku wyrazić różne pojęcia, bez których rozumienie dalekiej kultury jest nieosiągalne. Zapisanie się na studia polonistyczne miało mi pomóc w opanowaniu sztuki wyrażania myśli w rodzimym języku. Dość szybko jednak, bo już w rok po immatrykulacji, zadecydowałem, że wprawdzie polonistyka wyjaśnia mi wiele zawiłości mojej ojczystej mowy, ale nie jest to droga wskazująca sposoby spolszczania obcych sposobów myślenia. Z żalem przeto zrezygnowałem z kontynuowania studium polonistycznego; od 1937 r. oddawałem się wyłącznie dociekaniom japonologicznym.
Takie skupienie poznawcze i taką monotematyczność można by uznać za przejaw silnej fascynacji kulturą japońską. Ponieważ jednak minął dopiero rok moich studiów wyższych, nie czułem jeszcze, że wzrost gotowości mojej do skoncentrowania się na jednej tematyce należałoby już nazywać fascynacją czy zauroczeniem. Coś mi mówi, że w ogóle moje skierowanie się na studia japonistyczne było umotywowane już w czasach chłopięcych (5–7 lat) czynnikami emocjonalnymi, bliskimi zauroczeniu. Łączę to wyraziście z wizytami u dziadka ze strony mojej matki. Lubił on sadzać mnie na kolanach i pokazując ilustracje w książkach, objaśniać je komentarzami. Szczególnie utkwiły mi w pamięci ilustracje z wojny rosyjsko-japońskiej w jakimś albumowym czasopiśmie niemieckim. Dowiadywałem się wówczas o zwycięstwach floty japońskiej nad rosyjską i o tym, że Rosjanie są też wrogo nastawieni do Polaków i wyrządzili Polsce wiele krzywd. Jedną z ich ofiar był zesłany na Sybir syn dziadka, a brat mojej matki Roman, którego imię nadano mi na bierzmowaniu. Dziadek cieszył się, że może Japończycy pokonają Rosjan, a wtedy wuj Roman powróci z katorgi. Solidaryzowałem się z antyrosyjską postawą dziadka i wiele razy domagałem się powtarzania mi tej historii.
Kto wie, czy nie był to najgłębiej tkwiący w mej podświadomości bodziec, który mnie kilkanaście lat później popchnął w kierunku Instytutu Wschodniego? Faktyczne zaczarowanie tematyką japońską pewno narosło dopiero w chwili, gdy zagłębiłem się w studia nad kroniką „Kojiki”, a to nastąpiło około 40 lat po rozpoczęciu studiów wyższych.

2. Dlaczego poświęciłem całe życie badaniu kultury japońskiej?
Doskonale potrafię sobie wyobrazić życie człowieka, który jakiś okres czasu przeznacza np. na kulturę chińską, potem przerzuci się na tybetańską, z kolei na mongolską itd. To może być interesujące, ale wymaga też pewnych predyspozycji, którymi nie dysponuję. Oczywiste też jest, że predyspozycje charakterystyczne dla mojej psychiki nie są równe predyspozycjom człowieka, który lubi stosunkowo częste zmiany. W moim przeświadczeniu takie częste zmiany nie prowadzą do dogłębnego zbadania tematu, choć do określonych celów mogą być przydatne.
Co do mnie, nawet skupiając się na jednym temacie nie dochodzę częstokroć do wyeksponowania całego problemu, ale nie wywołuje to we mnie chęci zmiany. Przeciwnie, wracam od początku do starej tematyki i opracowuję ją na nowo, starając się osiągnąć lepszy od poprzedniego wynik. Dzięki nowym przemyśleniom dochodzę do dość klarownych ujęć.
Obiektem mego zainteresowania badawczego jest tekst „Kojiki, czyli Księgi dawnych wydarzeń”, z 712 roku naszej ery. Tekst sprzed 1200–1300 lat, którego treść dotyczy jeszcze odleglejszej starożytności, obejmującej okres około 1100–1200 lat. Jego język jest jeszcze słabo zbadany, a jeszcze mniej wiedzy ma badacz o ówczesnych ludziach, ich życiu, ich osiągnięciach i wierzeniach, bo w czasach przed 712 rokiem pismo było jeszcze mało w Japonii używane, a przed VI wiekiem w ogóle go nie znano.
„Kojiki” jest pierwszym po japońsku opracowanym tekstem, ale ponieważ materiałem graficznym było pismo chińskie, trudno jest taki tekst odczytywać, a tym bardziej poprawnie rozumieć. Los sprawił, że około X w. już nie wiedziano, jakie prawa językowe w tym tekście obowiązują i sposób interpretacji pozostawiono domysłom opartym na intuicji. Dopiero w XVIII w. filolog Motoori Norinaga opracował komentarz do „Kojiki” na najwyższym poziomie ówczesnej wiedzy, ale w XX w. znaleźli się językoznawcy japońscy, którzy wykazali niedostatki jego metody.
Na czele grupy reformatorów stał Hashimoto Shinkichi (1882–1945), ale duża grupa literaturoznawców, religioznawców, etnologów, historyków itp. z uporem trzyma się wykładni Motooriego. Piszący te słowa do ok. 1985–86 był pod wpływem tradycjonalistów, a dopiero ostatnie 16–17 lat stara się przystosować do praw językowych grupy reformatorskiej. Dopiero wyniki obecne budzą nadzieję, że stopniowo cały tekst „Kojiki” zostanie zrozumiany według najnowszych osiągnięć językoznawstwa. 
Zgodnie z najnowszym odczytaniem cały panteon politeistycznego kultu shintô okazuje się bardzo konsekwentnie w tekście „Kojiki” uporządkowany. Ze światotwórczych i kosmogonicznych czynów archaicznych bogów można wydedukować bardzo dojrzałą etykę starożytnych myślicieli, którzy zasady etyczne traktowali jako wytyczne zachowania dla coraz to młodszych pokoleń boskich i wreszcie dla ludzi, wywodzących się z boskich rodów. Bardzo ważne byłoby, żeby współcześni Japończycy dowiedzieli się, jak wspaniałe zasady wyznawali ongi ich praojcowie.
Udało mi się już zamieścić w naukowych, a niekiedy też popularnych wydawnictwach japońskich kilkanaście artykułów z zakresu interpretacji „Kojiki”. Nie jest to w warunkach przekazu informacji w Japonii osiągnięcie wysokiej skali, ale stanowi pewien sygnał, że cudzoziemiec też ma coś do powiedzenia na temat starożytnego światopoglądu Japończyków. O tym samym świadczy też dwukrotne odznaczenie mnie przez rząd japoński za naukową działalność: Orderem Świętego Skarbu oraz Orderem Wschodzącego Słońca, a także wyróżnienie mnie za naukowe wyniki przez Japoński Fundusz Popierania Nauki oraz przez Naukową Komisję Okręgu Osaka.


WIESŁAW KOTAŃSKI (ur. 1915) – japonista, profesor emerytowany Uniwersytetu Warszawskiego. Twórca i nestor polskiej japonistyki – dzięki jego staraniom w 1955 powstał Zakład Japonistyki przy Katedrze Sinologii na UW. Wybitny specjalista z dziedziny językoznawstwa, religioznawstwa, kulturoznawstwa, autor licznych prac, tłumacz, m.in. dwóch fundamentalnych pozycji: „Dziesięć tysięcy liści. Antologia literatury japońskiej” (PWN, 1961) oraz „Kojiki, czyli Księga dawnych wydarzeń” (PIW, 1986).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl