Moja Japonia
Andrzej Dudziński
Po raz pierwszy zetknąłem się z Japonią
dzięki filmom Kurosawy wyświetlanym w sopockim DKFie. Były dla mnie jak transmisja z jakiegoś równoległego universum. Coś tam niby przypominało nasz świat, ale tylko przypominało.
Zbliżyłem się do Japonii dzięki państwu Kudô. Yukio był profesorem na wydziale japonistyki UW, ale przede wszystkim tłumaczem literatury polskiej (wtedy miał już w dorobku sporą część polskiej współczesnej prozy, a do dzisiaj uporał się z jej wszystkimi najważniejszymi dokonaniami, z całym Schulzem włącznie). Jego żona Hisayo stworzyła na Mokotowie prawdziwy japoński dom we wczesnych latach 70., na długo przed pojawieniem się pierwszej japońskiej restauracji w Warszawie. Potrawy, które podawała Pani Kudô, były niesłychanie egzotyczne. Kiedyś przynieśliśmy bukiet ogromnych złotych chryzantem. Gospodyni, ucieszona, zniknęła z nimi w kuchni. Po chwili wniosła do pokoju wazon wypełniony łodygami. Płatki kwiatów dostaliśmy na deser.
Nikt nie potrafił tak pić wódki jak Pani Kudô. Wprowadzała w osłupienie i wpędzała w kompleksy górali, kiedy podnosiła do ust szklankę pełną wódki i pijąc jak kompot, mówiła: „Oj piśna, piśna!”.
Kiedy zaginął kot Pani Kudô, porozwieszała w okolicy ulotki z jego podobizną i napisem: „Zgubiła kot. Niegrośny. Nie bać się. Nie drapi”.
Pan Kudô był moim przewodnikiem po świecie surowych ryb. W 1972 roku w Londynie zabrał mnie do jednego z nielicznych jeszcze wtedy barów sushi. Najdłużej wahałem się przed surową makrelą, której pręgowana skóra wydawała mi się znakiem ostrzegawczym. Potem długo w noc czekałem na nadejście niechybnej śmierci. W czasie historycznej wizyty cesarza Hirohito w Wielkiej Brytanii szliśmy ulicą Londynu w towarzystwie Stanisława Grocholskiego, wielkiego Polaka, a przede wszystkim paneuropejczyka. „Panie Kudô, co by pan zrobił, gdyby z naprzeciwka szedł teraz Cesarz?” – zapytał nagle Staś. Bez chwili namysłu Yukio, który był zdecydowanym antymonarchistą, odpowiedział: „By udawałem, że jestem Chińczykiem”.
Wiele lat później, w Tokio, w jakiejś restauracji Pan Kudô wdał się w rozmowę z kelnerem. Byliśmy przejęci spotkaniem po latach i niewiele uwagi poświęcaliśmy otoczeniu. „Ten kelner bardzo dobrze mówi po japońsku” – powiedział do nas Pan Kudô. „A dlaczego nie miałby?” zapytałem zdezorientowany. „Bo jest Chińczykiem” – odpowiedział Pan Kudô – „Jesteśmy w chińskiej restauracji”. Oczywiście, powiedział to po polsku.
Było to podczas mojego trzeciego, definitywnego zbliżenia z Japonią. Przyjechałem tam na swoją wystawę w Ginza, najnowocześniejszej dzielnicy Tokio. Potem pojechaliśmy do Kioto i Nary, najbardziej tradycyjnych miejsc w Japonii. Ten kraj od środka wydał się jeszcze bardziej egzotyczny niż z zewnątrz. Nie wiem, czy cokolwiek wywarło na mnie większe wrażenie. Czy jest jeszcze możliwość przeżycia na tej planecie podobnego zaskoczenia? Choć jest to paralelny świat, już teraz wiem na pewno, że w poprzednim życiu byłem Japończykiem.
ANDRZEJ DUDZIŃSKI – rysownik, grafik i malarz, mieszka w Nowym Jorku i Warszawie, stale współpracuje z „TP”.
|