O CZYM MYŚLĄ CZYTELNICY 

PO LEKTURZE FELIETONÓW PODSIADŁY



O SFERZE DUCHOWEJ:

To straszne, jakimi kategoriami myślą ludzie. Liczą się tylko pieniądze, dobre ciuchy, posada, jak najlepiej płatna i oczywiście wszystko to, co na topie. Pomijają zupełnie sferę duchową, a potem dziwią się, że tu czy tam kogoś okradziono, zabito czy zgwałcono. Ludzie zatracają podstawowe wartości, jakimi powinni się kierować. Mnie czasem ludzie uważają za... „innego”, bo gdy oni rozmawiają o modzie, polityce, pieniądzach, pokazują sobie komórki, mnie aż mnie skręca – odchodzę jak najszybciej. Dziwi ich, że zamiast gadać z nimi na takie tematy, wolę iść do lasu czy nad rzekę.

 

Zazdroszczę Panu tych jaskółek. U mnie na osiedlu też jest parę okien z takimi gniazdkami. Tęsknię za śpiewem ptaków, ale do tej pory szczerze współczułam sąsiadom z powodu obsranych szyb. Czasem człowiek długo nie wie, co jest w życiu naprawdę ważne.

 

Chciałam ot tak, w nawiązaniu do tych jaskółek za Pana oknem, podzielić się wspomnieniem sprzed dwóch lat, kiedy hodowałam małe jaskółki. Wypadły z gniazda, gdy jakiś kretyn chciał umyć osrane okno i otworzył je. Gniazdo odkleiło się, spadło i cztery nieopierzone jeszcze maluchy znalazły się bez dachu nad głową. Całe szczęście, że nie zrobił z nich rosołu, tylko przyniósł we właściwe miejsce... Przez kilka tygodni karmiłam cztery żółtodzioby robakami wędkarskimi. Kiedy już podrosły, robiły kółka po moim pokoju, wokół lampy, mebli, świergotały, przepychały się... Oswoiły się i dlatego boję się trochę, co się potem z nimi stało, bo mogły lecieć do ludzi. Pamiętam historię wychowanej przeze mnie sroki, co ją wywieźliśmy w odludne miejsce, do schroniska w lesie, i tam kradła ludziom papierosy z paczek. Potem jednak zabił ją jakiś pies, bo wychowywała się z psem.


O DEGRENGOLADZIE NARODU:


Do czego ma aspirować ludek oglądający „Wielkiego Brata” i słuchający  rozmaitych „intelektualistów”? Mam cichą nadzieję, oglądając rozmaite programy, że głupiej i chamsko już się po prostu bardziej nie da i niebawem odbijemy od tego dna. Być może ta Atlantyda nie jest jeszcze całkiem zatopiona i odrodzi się snobizm na piękny, bogaty i wolny od wulgaryzmów język, grzeczność na co dzień, elegancję. 


O BIBLII:


Jakim prawem dokonuje pan kanibalistycznych porównań zwolenników potraw mięsnych? Kto daje panu prawo do moralnych sądów nad ludźmi z powodu sposobu odżywiania się? Biblia nie zabrania spożywania zwierząt. Ten pana tekst bucha nienawiścią i skutecznie odstrasza od wegeterianizmu. Jak można być przyjacielem zwierząt i jednocześnie nienawidzić człowieka?



O KULTURZE WYSOKIEj:


Kiedyś, panie, to były felietony! Zacięcie i polot! Bomby atomowe i szpile wbijane celnie w słusznej sprawie! Bo i sprawy, panie, ważne były; godne armat i sarmackiego zacietrzewienia! Inteligentne manewry i zwycięskie wypady! Teksty skrzące się cienkimi aluzjami, pełne intelektualnych, mocno w wysokiej kulturze osadzonych skojarzeń. Arcydziełka smakowicie doprawiane przez genialnego autora garściami humoru brylantowego i szczyptami autoironii... Bez przedwojennej matury, panie, ani rusz! Olimp! Parnas! I inne salony! Aż synapsy nie nadążały! Takie głowy, takie pióra ostre, panie... A nasza pamięć zazwyczaj idealizuje i płata... A może jednak noblesse oblige i powinien Pan skuteczniej starać się o jakość? Treści i formy.


O WŁASNYCH RODZICACH:


Absolutnie nie chcę się bezpodstawnie wkupić w Pana łaski, ale też mam na imię Dawid i też swojemu tacie wierszyk napiszę. Spóźniony, bo spóźniony, ale zawsze...

 

Mam jedenaście lat i czytam pana felietony mojemu tacie na głos.


O WŁASNYCH DZIECIACH:

Czytam Pana felietony, „które same się piszą”, z tym większą przyjemnością, że słyszę w nich echa swojego domu, gdzie szaleje trójka dzieci. Każde z nich to oddzielna historia, godna więcej niż tylko felietonów. Pewnie i Pan tak myśli o swoim synu. I dobrze, bo życie bez pociech, byłoby nudne i mielibyśmy tyle wolnego, na nic nie potrzebnego czasu.

 

A mój syn powiedział mi niedawno: „Ty z mamą to jesteście jak te Amisze...”. Zamilkłem nagle, urywając jedną z naszych zapalczywych dyskusji na tematy tego najlepszego ze światów. Wyrwała mnie z zadumy zatroskana mina mego pierworodnego, a ponieważ czasy, kiedy mogłem mu powiedzieć: „Nastaw tyłek do klapsa” dawno już minęły, zadumałem się jeszcze bardziej, czy to aby nie prawda. Czy chciał mi powiedzieć: „Uważaj tato, bo stoisz w deszczu pod parasolem i jesteś całkiem suchy, podczas gdy INNI mokną i są z tego powodu SZCZĘŚLIWI”. Wyglądam trochę dziwnie z tym moim „parasolem”. Znam jednak jeszcze kilku takich, jak ja cudaków i to sprawia, że trochę mi raźniej. A dzięki naszym śmiesznym „parasolom” nie dociera do nas „Big Brother”, nie przyjmą nas do Klubu Polsatu, a muzyka „Ich Troje” wywołuje u nas reakcje alergiczne. A ja tak sobie myślę, że jest jeszcze zdrowy rozsądek. Jest „Tygodnik Powszechny” zamiast „NIE”. Jest dom, do którego chce się wracać. Jest syn, któremu ciężko z takim ojcem. Mam nadzieję, że i on kiedyś otworzy swój „parasol” mimo, że u niego w szkole wszyscy mokną, więc głupio tak być innym.



O SZTUCE:

Niektórzy zachwyciliby się nawet wspomnianym w felietonie posągiem z guano, byle tylko nie zostać posądzonym o zaściankowość. Nie rozumiem natomiast, dlaczego autorzy tego typu „dzieł” uważają się za odważnych. Przecież to, co robią, jest ostatnio tak modne, że nie jest odwagą produkowanie kolejnego paskudztwa i dorabianie do niego ideologii, ale jego publiczna krytyka.


O CZŁOWIECZEŃSTWIE:

Piszę do Pana, gdyż chciałabym dowiedzieć się, kim dla Pana jest człowiek.


O CIĘŻKIEJ SYTUACJI FELIETONISTY:

Felietony Pańskie, choć stosunkowo od niedawna, czyta się z niesłabnącą przyjemnością i apeluję o jak najdłuższe wytrwanie w podjętym dziele, szczególnie atrakcyjnym (być może i istotnym) dla ludzi młodych. Lekkość formy i wyważone sądy Pana felietonów, a przede wszystkim fakt, że (na szczęście) nie ze wszystkimi się zgadzam, zadecydowały, że podjąłem decyzję o prenumeracie „Tygodnika Powszechnego”, co proponuję wykorzystać w rozmowie z ks. Bonieckim, jako silny argument przemawiający za pewną gratyfikacją dla Pana.

 

Fajowsko. Tylko zły korektor Pana nie lubi. Ja bym mu tam wlał na pana miejscu. Nawet i poziomo.

 

Z pomysłami na felietony nigdy nie było łatwo, ale jakbym coś miał na oku – dam znać.

 

Jestem ciekaw w jakiej gazecie będzie Pan pisał felietony, kiedy ksiądz dobrodziej Adam po prostu wyleje Pana z „TP”.


CO ZYSKUJĄ CZYTELNICY FELIETONÓW PODSIADŁY

Dar mówienia językami:

Posłużę się, wbrew powszechnie panującej amerykanizacji, językiem poezji i stwierdzę: Pańskie teksty są exceptionnel, fantastique, génial, magnifique, merveilleux. Dziwię się, że potrafię wymienić tyle przymiotników francuskich tym bardziej, iż języka tego w ogóle nie znam (cóż, człowiek nie wie, co tkwi w jego podświadomości).

 

„Obcyndalać”? Bardzo fajne słówko, postanawiam uroczyście włączyć je do słownika.


DAR POEZJI:

Po co „Tygodnikowi” Poeta, który wie wszystko,

który całą swoją wiedzę posiadł już w dzieciństwie czytając gazety,

gdzie felietoniści pisali, że ich mały synek, też tak potrafi chlapać farbami,

jak ci nowocześni malarze ze zgniłego Zachodu.

Po co „Tygodnikowi” Poeta, który żyje w strachu,

że mu ktoś świętego ulepi z odchodów, że mu pisuar wystawią w galerii,

że jakiś degenerat zostawi po sobie puszkę z napisem „Gówno artysty”.

I, że artyści będą postępować jak dzieci.

Jeżeli „Tygodnik” potrzebuje jakiegoś Poety,

który ma prawo do swojej sklerozy i nie przyswajania wiedzy

a przyciągnie młodzież, polecałbym kogoś z „Big Brothera”.

Ten też pewnie nie zrozumiał Stockhausena,

też na pewno kocha swoją babcię,

też pewnie lektur nie chce czytać,

ale też nie proponuje leczenia lekarzowi,

wykładów o Schwitersie i akcjonistach wiedeńskich prowadzącemu jedną z najlepszych galerii w Polsce,

ani, tak jak ja, swojego pierwszego wiersza Znanemu Poecie.




CO MOGĄ STRACIĆ CZYTELNICY PODSIADŁY

Dziewczynę:

A moja dziewczyna ostatnio powiedziała, że jak ktoś ma dar pisania lekką frazą i jeszcze ma gdzie publikować, to nie powinien o takich sprawach pisać, tylko poważniejszych. No właśnie – takich, to znaczy jakich? Tego nie udało mi się do końca zbadać, ale ponieważ wypowiadała się ogólnikowo myślę, że celowała bardziej w całokształt pracy twórczej, niż jakiś konkretny grzech pisarstwa. Ponieważ żywię do Pana sympatię (której źródeł co prawda nie mogę dociec), stanąłem po stronie wolności felietonistyki. Zaowocowało to ciągiem dalszym potyczek z moją lubą...

 

[Myśli wybrano z korespondencji adresowanej do autora.]


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl