Taka piękna zabawa...

Z Małgorzatą Musierowicz o literaturze dla młodzieży, ale nie tylko, rozmawia Jan Strzałka



JAN STRZAŁKA: – Jak wiadomo, w literaturze są tylko amatorzy. Pani jest z wykształcenia grafikiem. Kiedy rozpoczęła się Pani przygoda z literaturą?

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ: – Ja naprawdę jestem amatorem. Tylko, że chyba urodziłam się z piórem w dłoni. Pisałam zawsze, od dziecka, a Mama ma pełną szufladę najróżniejszych juweniliów moich i brata.

Czyli Stanisława Barańczaka, można to zdradzić?

– Proszę zdradzać, ja jestem z niego bardzo dumna. Bądź co bądź, to ja właśnie nauczyłam go alfabetu, kiedy miał cztery lata! Ale mówiąc serio: chciałabym, żeby i on był troszkę dumny ze mnie. Skromny jestem rzemieślnik, ale nie przestaję się uczyć i doskonalić. Najwięcej uczę się, oczywiście, od pisarzy.

Na przykład?

– Tylko proszę się nie śmiać, bo to na pewno brzmi komicznie, kiedy autorka powieści dla dziewcząt wyznaje, że jej mistrzem jest Władimir Nabokov. Na szczęście jest nim także Bolesław Prus, Kurt Vonnegut Jr., Antoni Czechow i Karol Dickens. Nie, żebym ich naśladowała – lubię tylko brać u nich lekcje, podglądać, jak oni to robią. To taka piękna zabawa.

Czy pisze Pani z myślą o własnych dzieciach?

– O, one mają znacznie lepsze i poważniejsze lektury... Nie. Te pierwsze książki powstawały wtedy, gdy najstarsze z moich czworga dzieci było jeszcze malutkie. Chcąc być z nimi w domu spróbowałam wymyślić sobie jakiś domowy sposób zarabiania na życie. Zastanowiłam się, co ja właściwie umiem – i wyszło mi, że niewiele: tylko trochę malować i trochę pisać. Wykombinowałam, że napiszę książkę dla młodzieży, po czym ją zilustruję, a świat, porwany zachwytem, natychmiast zarzuci mnie zleceniami graficznymi. No i napisałam powieść „Małomówny i rodzina”. Obrazki, prawdę mówiąc, wyszły średnio. Za to wydawnictwu spodobał się tekst... i tak się zaczęło.

Muszę tu dodać, że współtwórczyniami moich sukcesów, przyjaciółkami i bliskimi duszami, są redaktorki z Naszej Księgarni – Danuta Sadkowska, dawna kierowniczka Redakcji Polskiej, i Elżbieta Jasztal-Kowalska, która była redaktorem wszystkich moich powieści. Ileż ja im zawdzięczam! Przyniosłam do wydawnictwa pierwszą wersję „Szóstej klepki”, a one powiedziały: – To nie jest dobre, ale coś w tym jest. Więc trzeba zmienić to, to i to... No więc zmieniłam. Przyniosłam drugą wersję i słyszę: – O, już lepiej, ale trzeba by jeszcze... Napisałam więc wersję trzecią, znów przerabiając calutką powieść, od początku do końca! Kto inny już by się załamał, ja też bym się załamała, gdyby nie one. Umiały dodać mi wiary w siebie, wytłumaczyć, że warto się trudzić. Tym mądrym (a przy tym uroczym!) kobietom po prostu zależało, żeby polskiej literaturze dla dzieci przysporzyć nowych piór i nowych tytułów!

To nastawienie bardzo dobrze się mieści w tradycji Naszej Księgarni, wydawnictwa, o którego zasługach, wpływach i starannej, sensownej strategii wydawniczej jakoś dziś dziwnie cicho. A przecież to Nasza Księgarnia ukształtowała całe pokolenia polskich dzieci, działając częstokroć „pod wiar” i „pod prąd”, wydając najwspanialsze i najbardziej ukochane książki z literatury polskiej i światowej, z największym staraniem i na najwyższym poziomie edytorskim. Miałam jeszcze szczęście poznać – przed jej przejściem na emeryturę – panią Hannę Lebecką, dyrektorkę Naszej Księgarni, wspaniałego fachowca i znawczynię literatury. Jej styl kierowania wydawnictwem można by dziś stawiać za wzór najróżniejszym wydawcom nowej generacji. A ile mnie nauczyły tzw. recenzje wewnętrzne – małe, pouczające dziełka sztuki, które pisywał dla Naszej Księgarni pan Stanisław Zieliński!

Jedną z Pani ciekawszych powieści jest „Opium w rosole” i choć to książka dla młodzieży, wielu uznaje ją za jeden z lepszym utworów o stanie wojennym. Jaka była historia „Opium”? Czy były duże kłopoty z cenzurą?

– Bardzo nieduże, ot, tyle tylko, żeby móc się pochwalić kombatanckimi zasługami, że to niby ja i nadstawiałam pierś... Skończyłam „Opium w rosole” w roku 1983, ale książka musiała przeleżeć trochę w wydawnictwie, czekając na sprzyjający moment. Do Naszej Księgarni przybył właśnie wtedy taki młody, ostry, bojowy z samego KC i przyniósł listę pisarzy, których nie należy wydawać ani nawet wznawiać. Zaszczytną tę listę otwierał Marian Brandys, a ja byłam gdzieś tak pośrodku... bo była to lista alfabetyczna. Ówczesny dyrektor wydawnictwa, pan Czesław Wiśniewski (dziś już na emeryturze), powiedział temu młodemu: „Dopóki ja jestem tutaj, będzie się wydawać przede wszystkim książki dobre, a potem dopiero – słuszne”. I młody poszedł, razem ze swoją listą. Niemniej jednak wydawnictwo działało z rozwagą i ostrożnie.

Moja książka była okropnie ostra w tej pierwszej wersji, ponieważ uczciwość nakazywała mi wywalić wszystko, co miałam na wątrobie, nie bacząc na konsekwencje. Wydawnictwo musiało jednakże na nie baczyć. A tymczasem moja powieść silnie przypominała biuletyn informacyjny, większość zaś bohaterów albo działała w opozycji, albo już była w obozie dla internowanych... Przerobiłam ją więc znów od początku. Wydawnictwo wiedziało, na ile możemy sobie pozwolić – ja nie miałam takiego „ucha”. Ale i tak pozwoliliśmy sobie na całkiem dużo, tyle że sprytnie. Ingerencja cenzury dotyczyła jednego zdania: „W poprzek ulicy przejechała kolumna samochodów milicyjnych i wozów pancernych”. To zdanie wyrzucono z tekstu powieści drukowanej najpierw w odcinkach w czasopiśmie NK-„Płomyk” (ale po pierwszej cenzurze zdanie redakcja wsadziła z powrotem. I jest tam), a reszta – demonstracje, rocznice trzynastego, protesty uczniów ubierających się na czarno, niedziele pod pomnikiem Mickiewicza, obok którego stoi Pomnik Poznańskiego Czerwca 1956 (o czym chyba cenzorzy warszawscy nie wiedzieli), suki skręcające w ulicę Kochanowskiego – to wszystko przeszło, ku uciesze publiczności.

A jak Pani przyjmuje opinię, że „Opium” jest książką o stanie wojennym? Jest Pani autorką powieści dla nastolatków, a nie Markiem Nowakowskim czy Tadeuszem Konwickim.

– To jest przede wszystkim powieść o dziecku, które szuka miłości. Cała reszta wynikła z tego, że to dziecko żyje w określonym czasie, w tym naszym świecie. Książek o stanie wojennym nie powstało zbyt wiele. Chyba wiem dlaczego, bo sama musiałam się zmierzyć z tym trudnym tematem. Otóż, jeśliby nie przyjęło się, jak ja, punktu widzenia dziecka, takiego naiwnego, z głupia frant spojrzenia z boku – musiałoby się popaść w tendencyjność. A – jak pisał Andrzej Kijowski – tendencja zabija sztukę.

Mnie ten temat kosztował sporo wysiłku. Umowę podpisałam z Naszą Księgarnią w czerwcu 1980 r. Miałam napisać kolejną beztroską powieść dla panienek we współczesnych realiach. Musiałam dotrzymać umowy, bo wzięłam zaliczkę (i natychmiast ją wydałam). A tu Historia ruszyła galopem i długo nie można było się połapać w sytuacji. Toteż pisanie zajęło mi w sumie pięć lat – licząc te wszystkie aktualizacje, poprawki i uzupełnienia. Napracowałam się nad tą książką tak, że do dziś nie mogę jej czytać.

Pewne książki dotyczące początku lat 80. fatalnie się zestarzały, a „Opium” czyta się z zainteresowaniem i zdumieniem, że niby o stanie wojennym, a jednak sztuka, nie serwis i propaganda.

– Tu jeszcze raz podkreślę rolę moich redaktorek, które wspólnymi siłami nauczyły mnie, co to jest sztuka niedopowiedzenia. Nauczyły mnie, że nie trzeba krzyczeć pełnym głosem ani mówić wszystkich słów, jakie mi przyjdą do głowy. Że mogę spokojnie powiedzieć jedno, właściwe słowo, które będzie mocniejsze niż dwadzieścia pięć słów wykrzyczanych.

Przeczytałem kiedyś w piśmie „Ład”, że jest Pani najlepszą pisarką katolicką. Trochę się wystraszyłem, że robią Pani gębę.

– Chwileczkę, nie taka to znów brzydka gęba... Ale poważnie: jestem urodzoną solistką. Nie lubię klasyfikować ludzi wedle gatunków – i nie lubię, gdy mnie ktoś klasyfikuje. Obawiam się wspólnych haseł (bo one lubią ulegać zwyrodnieniu) i biegania z jakimś transparentem, chyba że sama go sobie wypiszę (eee, nie, i tak bym nie biegała!). Jak mnie kto pakuje w jakąś szufladkę to uciekam. Tak się boję, że będę musiała w niej siedzieć.

Oczywiście, świat wartości chrześcijańskich jest mi bardzo bliski, jestem wszak praktykującą katoliczką, ale nie chcę, żeby moje książki były tylko dla katoliczek. Chcę pisać dla wszystkich dziewcząt: wierzących, niewierzących i inaczej wierzących. Chcę, żeby każda z nich mogła znaleźć w moich powieściach coś dla siebie, coś uniwersalnego. O, wspomnę tu przy okazji o mojej ulubionej zaprzyjaźnionej szkole, miłej szkole, Technikum Gospodarczym Sióstr Urszulanek SJK w Pniewach koło Poznania. Jest to jedno z bardziej budujących i podnoszących na duchu miejsc, w jakich się znalazłam. Dziewczęta, które mają być w przyszłości technologami żywienia, kształci się tam z najwyższą starannością także i w takich dziedzinach, jak sztuki piękne. Przypomina mi to wiersz, nie wiem już czyj: „W dawnych dniach architektury budowano z równą troską jawne i ukryte mury, licząc się z wszechwiedzą Boską”. Wychowywanie tych dziewcząt w Pniewach przypomina mi właśnie budowanie gotyckich katedr. To w Pniewach usłyszałam z ust siostry dyrektorki zdanie: „Chcemy, by nasze dziewczęta zrozumiały, że INNY nie znaczy: gorszy, tylko: JESZCZE BARDZIEJ CIEKAWY!”

No i jeszcze dodam rzecz istotną: nie zamierzam pisać książek moralistycznych, ideologicznych czy dydaktycznych. Ja jestem od powieści rozrywkowych!

Li i jedynie?

– Li i jedynie. Założyłam, że będą to powieści humorystyczne, współczesne, podnoszące na duchu te smutne, zestresowane dzieciaki. Boję się uderzyć w górne tony, bo jestem pogodny wesołek (każdy powinien znać swoje miejsce, jak mówi przysłowie chińskie: „Mędrzec wie, kim jest”). Nie znaczy to jednak, że mogę spokojnie przyjmować zarzut, iż moje książki są przesłodzone i upiększają rzeczywistość. Jestem zawsze mocno dotknięta niesprawiedliwością tego zarzutu, ponieważ nigdy nie zamierzałam pisywać dzieł będących zwierciadłem tragizmu egzystencji. Nie aspiruję do takich wyżyn. Myślę, że gdybym kiedyś zdecydowała się napisać coś takiego, czytelnik przewróciłby się ze śmiechu. Jednakże pisząc moje wesołe kawałki, trzymając się obranej konwencji, nie mogę uniknąć wmieszania w ważne sprawy współczesności. Takie czasy. Tyle, że bronię się przed gadaniem serio, wykpiwam się od poważnego ględzenia. Śmiechem też można wiele zdziałać.

OK, ale dlaczego miłośnikami Pani książek są dorośli?

– E, ci to nie są prawdziwi dorośli. Oni jeszcze nie zapomnieli, jak to jest: być dzieckiem. Bo oni to dziecko wciąż mają w sobie. I całe szczęście, że tak jest.

Czy potrafiłaby Pani skończyć jakąś powieść bez happy endu?

– A pewnie, że bym potrafiła. Ale nie wolno mi tego! Pewien mój wierny Czytelnik, Bardzo Kochany Przyjaciel i Nauczyciel, starszy pan, który już niestety nie żyje, wymógł na mnie obietnicę, że każda moja książka będzie miały happy end. Nie można rozczarować kogoś, kto sięga po moją powieść z zaufaniem, oczekując pociechy i rozrywki. Nie wolno mi czytelnika zawieść – złe, smutne zakończenie byłoby wbrew prawom gatunku.

Jak odczuwa Pani ciężar popularności?

– Dla mnie to wcale nie ciężar, a jak już – to słodki. Prawdę mówiąc, to wszystko, co łączy się z pisaniem, znajduje się na marginesie mojego prawdziwego życia, które jest wypełnione dziećmi. Dlatego też nie mam uczucia, że jestem taką Prawdziwą Pisarką. Prawdziwa to ja jestem jako mama czworga dzieci.

Dziwi mnie bardzo, że przy tym wszystkim dostaję nagrody. Popularność nie dziwi mnie wcale, jakoś zawsze wiedziałam, że czytelnicy będą lubić moje książki, skoro ja sama się zaśmiewam przy pisaniu. Mam w ogóle dobry kontakt z ludźmi, bo ich lubię. I lubię też moich nieznanych czytelników, toteż fakt, iż oni odpłacają mi sympatią, nie jest żadną niespodzianką. Natomiast pochwały poważnych krytyków i bardzo poważne nagrody... hm, można powiedzieć: i cieszą, i peszą. Wiem, jak daleko mi do doskonałości. Natomiast zachwycają mnie nagrody w plebiscytach nastolatków, na przykład „Orle Pióro” od czytelników „Płomyka”. Popularność bywa nieco kłopotliwa, kiedy te wszystkie spontaniczne istoty przychodzą mi do domu. Mój mąż znosi to dzielnie, ale już jakby z coraz większym wysiłkiem. Tylko... trudno je wyrzucać, one czują się zaproszone! Przyjeżdżają ze Śląska, z Kielc, Gdańska i Warszawy, z małych wsi i miasteczek.

Zjawiają się na...?

– Na obiadek, tak jak Geniusia z „Opium w rosole” pojawiała się u ludzi, którzy przypadli jej do serca. Albo piszą listy.

A o czym piszą?

– Dostaję nawet i kilkadziesiąt listów dziennie. Dziewczyny (ale także ich mamy, bracia, babcie i... dziadkowie!) dzielą się przede wszystkim wrażeniami z lektury, wyrażają sympatię i chcą się zaprzyjaźnić. To niezwykle miłe, to największa nagroda. Bywają i wesołe numery. Dostaję na przykład list: „Pani Małgosiu, o Jezu, jak ja się ucieszyłam, że Pani jeszcze żyje! Myślałam, że Pani już od dawna jest tylko klasykiem!”. A inna dziewczyna pisze smutno, że moje książki są owszem fajne, ale dla dziewcząt z małymi problemami (być może to prawda, jeśli małym problemem jest samotność czy poczucie niższości). Ta dziewczyna pisze, że dała „Noelkę” swojej przyjaciółce-narkomance i usłyszała: „To nieprawdziwe!”. Obawiam się, że ze swego punktu widzenia narkomanka miała rację, bo jej nie pomogą książki. Moje czy innych autorów.

Po „Noelce” piszą do mnie dziewczyny „z małymi problemami”, że zrozumiały, czytając tę książkę, iż Wigilie w ich domach są zimne i pełne gniewu, że ich rodziny nie wiedzą już, jak należy świętować. I że kiedy już będą miały własne domy, to – znając nareszcie „szczegóły techniczne” – na pewno przygotują Wigilię taką, jaką mieli moi powieściowi Borejkowie.

– Jaka jest Pani recepta życiowa?

– Bo ja wiem, czy w ogóle ją mam... Ale moją zasadą jest chyba: być pożytecznym. To w ogóle zasada naszej Mamy, która dopiero wtedy czuje, że żyje, gdy może się ludziom na coś przydać (modlitwa mojej córeczki: „I dziękuję Ci, dobry Panie Boże za to, że Babunia jest taka pożyteczna!”). Może to jest wielkopolska zasada. W Wielkopolsce to jest dobrze widziane: być pożytecznym.

Skoro mówimy o byciu pożytecznym i czynieniu dobra: pastor Robert Gamble zorganizował w poznańskim przejściu podziemnym Wigilię dla samotnych i bezdomnych. To pomysł z Pani powieści „Noelka”. Kim jest ten pastor i czym dla Pani stał się ten niezwykły wieczór?

– Chętnie opowiem o pastorze, bo bardzo go lubię. W ogóle – ludzie do niego lgną! Bujna postać: jest duchownym amerykańskiego Kościoła Episkopalnego, przy tym służył w marynarce wojennej i potrafi prowadzić kuter torpedowy czy też ścigacz. Od dawna przyjeżdża do Polski, którą bardzo polubił. Z Poznaniem ma związki szczególne, założył w tym mieście Radio Obywatelskie, związany jest z Zakładami Cegielskiego, przyjaźni się od lat z robotnikami, sponsorował wydanie książek o Poznańskim Czerwcu 1956. Radio Obywatelskie ma w podtytule: „Radio, która słucha Ciebie”. Mogą dzwonić do radia wszyscy ludzie, mogą mówić o wszystkim, co ich dotyczy, co boli, co cieszy – z uwzględnieniem jednakże pięciu zasad, które pastor wymyślił dla słuchaczy. Zawołam córkę Emilkę, ona je świetnie pamięta, bo wciąż przesiaduje w studio, żyje tym radiem i przyjaźni się tam ze wszystkimi.

EMILKA: – 1. Posługujemy się językiem bez brzydkich słów.

2. Czas dzwoniącego ograniczony jest do 2, 5 minuty.

3. Chwalimy lub krytykujemy człowieka za to, co robi lub czego nie robi, a nie za to kim jest.

4. Tylko Pan Bóg wie, co jest prawdziwą motywacją drugiego człowieka. Dlatego jeśli nie możemy zacytować wypowiedzi tego człowieka, to powinniśmy powiedzieć: mam wrażenie, że taka jest jego motywacja.

5. Podczas programu stały gospodarz nie ma prawa do wyrażania własnej opinii – współgospodarz ma takie prawo, ale stały gospodarz – nie!

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ: – Kilka razy dziennie te zasady powtarza się w radiu, w wersjach: Najkrótszej, Pokornej i Aroganckiej – bo pastor jest przy tym człowiekiem obdarzonym pysznym poczuciem humoru. Słuchacze przestrzegają tych zasad, w Radiu Obywatelskim panuje tolerancja i kultura. Pastor wymyśla codziennie osiem tematów na popołudnie i jeden na wieczór, a także jeden specjalnie do programu dziecięcego. Są to najróżniejsze tematy – metafizyczne i etyczne, i zupełnie zwykłe, codziennie, na przykład: „Czy pamiętasz, kiedy po raz pierwszy tańczyłeś ze swoją żoną?”. Z rzadka pytania zatrącają o politykę, bo to jest apolityczna i neutralna rozgłośnia. Jakie tam słyszy się historie, całe swoje życie ludzie opowiadają albo dyskutują ciekawie i głęboko na temat przez pastora wymyślony. To bardzo ciepłe, domowe i rodzinne radio, z młodą i wyjątkowo miłą ekipą pracowników.

Kiedyś Bob zwrócił się do mnie z pytaniem, czy można by czytać na antenie „Szóstą klepkę”. Zaproponowałam ukończoną świeżo „Noelkę” i czytałam ją w radio odcinkami, aż do 23 grudnia. To Bob Gamble wymyślił, żeby tę powieściową Wigilię pod Rondem przenieść w rzeczywistość. Powiedział: „Jako pastor wiem, że ludzie wstydzą się przyjść do pomieszczenia, które ma drzwi. Dlatego Rondo, przejście podziemne, jest miejscem idealnym: można zajrzeć i zostać albo odejść niespostrzeżenie, kiedy się człowiekowi nie podoba albo kiedy się wstydzi”. Była to Wigilia dla wszystkich, którzy nie mają dokąd pójść, nie tylko dla bezdomnych, ale także dla samotnych. O to apelowały wszystkie cztery poznańskie radiostacje, sponsorując całe wydarzenie. A ja zaapelowałam jeszcze, żeby przyszli także i ci, którzy mieli w swych domach udane, dobre Wigilie i chcieliby tym dobrem podzielić się z innymi. I żeby przynieśli coś smacznego, choćby kawałek piernika. Sponsorzy zapewnili posiłek dla 800 osób, ale chodziło mi o to, żeby ludzie zechcieli coś dać od siebie. I proszę sobie wyobrazić, jest godzina czwarta, moja Mama wieziona taksówką na wieczerzę do nas mówi do mojego syna: „No, dziś wieczerza wcześniej niż zwykle, żebyśmy tylko zdążyli na ósmą pod Rondo!”, a na to wtrąca się taksówkarz: „Tak, tak, słyszałem. Ta babka w radio mówiła, żeby przynieść piernik – to ja biorę i też idę!”

I faktycznie, ludzie nie zawiedli. Tylu ich przyszło! Aż mnie coś ścisnęło za gardło, kiedy zobaczyłam jak niosą paczuszki i zawiniątka, i nawet termosy! Składają to wszystko na stołach przed tymi samotnymi i tymi nędzarzami. Potem prasa pisała, że pod Rondem wytworzyły się dwa światy, nieprzenikalne – świat biedy i świat zamożności. Cóż, myślę, że one się nie wytworzyły, one po prostu – są. Ale jeśli nie można od razu generalnie rozwiązać problemu trzeba starać się zrobić coś pożytecznego w małej skali, wokół siebie. Jeśli nie można pomóc całemu światu, może trzeba pomóc choćby jednemu człowiekowi. Siły się sumują, kropla drąży skałę. Dzięki pomysłowi Boba Gamble’a w ten święty, jakże radosny wieczór, zobaczyliśmy na własne oczy, że tuż obok nas jest całe morze niedoli, że są ludzie, którzy nawet w Wigilię nie mają dokąd pójść, nie mają co jeść, nie mają z kim przełamać się opłatkiem. To z pewnością przykra prawda, ale lepiej ją sobie uświadomić niż zamykać oczy. Myślę, że celem pastora Gamble’a jest budowanie od nowa zwykłej ludzkiej solidarności, a do tego wszyscy jesteśmy potrzebni. Ja też się przyłączam.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ jest ilustratorem i autorką powieści dla dzieci i młodzieży. Cykl powieściowy Jeżycjada („Szósta klepka”, „Kłamczucha”, „Ida sierpniowa”, „Kwiat kalafiora”, „Opium w rosole”, „Brulion Bebe B.”, „Noelka”) zapewnił jej uznanie zarówno młodzieży, jak dorosłych. Nic w tym dziwnego, bowiem oprócz interesującej akcji i przedniego dowcipu, powieści Musierowicz wyróżniają się staranną obserwacją psychologiczną, powagą, z jaką autorka traktuje problemy bohaterów, które – choć przydarzają się nastolatkom – są problemami najzupełniej poważnymi: miłość, odpowiedzialność, nonkonformizm, godność. Powieści Musierowicz są pełne pogody i życzliwości wobec świata.

Akcja Jeżycjady rozgrywa się w Poznaniu. Cykl układa się w kronikę naszych losów, np. „Opium w rosole” jest opowieścią o pozbawionej miłości dziewczynce Genowefie Sztompke, ale i interesującym opisem codzienności stanu wojennego; „Noelka” opowiada o uczuciu, które nawiązuje się między parą sympatycznych licealistów, ale i o przemianach, jakie przyniosła odzyskana wolność. Te urocze powieści doczekały się wielu nagród, uznania ze strony poważnych krytyków. „Opium” przetłumaczono nawet na język japoński. Co najważniejsze: kolejne wznowienia znikają z księgarń błyskawicznie, a każda nowa powieść oczekiwana jest tak samo niecierpliwie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl