Taka piękna
zabawa...
Z Małgorzatą
Musierowicz o literaturze dla młodzieży, ale nie tylko,
rozmawia Jan Strzałka
JAN STRZAŁKA:
– Jak wiadomo, w
literaturze są tylko amatorzy. Pani jest z wykształcenia
grafikiem. Kiedy rozpoczęła się Pani przygoda z literaturą?
MAŁGORZATA
MUSIEROWICZ: – Ja naprawdę jestem amatorem. Tylko, że
chyba urodziłam się z piórem w dłoni. Pisałam zawsze, od
dziecka, a Mama ma pełną szufladę najróżniejszych juweniliów
moich i brata.
– Czyli
Stanisława Barańczaka, można to zdradzić?
– Proszę
zdradzać, ja jestem z niego bardzo dumna. Bądź co bądź, to
ja właśnie nauczyłam go alfabetu, kiedy miał cztery lata!
Ale mówiąc serio: chciałabym, żeby i on był troszkę dumny
ze mnie. Skromny jestem rzemieślnik, ale nie przestaję się
uczyć i doskonalić. Najwięcej uczę się, oczywiście, od
pisarzy.
– Na
przykład?
– Tylko
proszę się nie śmiać, bo to na pewno brzmi komicznie, kiedy
autorka powieści dla dziewcząt wyznaje, że jej mistrzem jest
Władimir Nabokov. Na szczęście jest nim także Bolesław
Prus, Kurt Vonnegut Jr., Antoni Czechow i Karol Dickens. Nie, żebym
ich naśladowała – lubię tylko brać u nich lekcje,
podglądać, jak oni to robią. To taka piękna zabawa.
– Czy
pisze Pani z myślą o własnych dzieciach?
– O, one mają
znacznie lepsze i poważniejsze lektury... Nie. Te pierwsze książki
powstawały wtedy, gdy najstarsze z moich czworga dzieci było
jeszcze malutkie. Chcąc być z nimi w domu spróbowałam wymyślić
sobie jakiś domowy sposób zarabiania na życie. Zastanowiłam
się, co ja właściwie umiem – i wyszło mi, że
niewiele: tylko trochę malować i trochę pisać. Wykombinowałam,
że napiszę książkę dla młodzieży, po czym ją zilustruję,
a świat, porwany zachwytem, natychmiast zarzuci mnie zleceniami
graficznymi. No i napisałam powieść „Małomówny i
rodzina”. Obrazki, prawdę mówiąc, wyszły średnio. Za
to wydawnictwu spodobał się tekst... i tak się zaczęło.
Muszę tu dodać,
że współtwórczyniami moich sukcesów, przyjaciółkami i
bliskimi duszami, są redaktorki z Naszej Księgarni –
Danuta Sadkowska, dawna kierowniczka Redakcji Polskiej, i Elżbieta
Jasztal-Kowalska, która była redaktorem wszystkich moich powieści.
Ileż ja im zawdzięczam! Przyniosłam do wydawnictwa pierwszą
wersję „Szóstej klepki”, a one powiedziały: –
To nie jest dobre, ale coś w tym jest. Więc trzeba zmienić
to, to i to... No więc zmieniłam. Przyniosłam drugą wersję
i słyszę: – O, już lepiej, ale trzeba by jeszcze...
Napisałam więc wersję trzecią, znów przerabiając calutką
powieść, od początku do końca! Kto inny już by się załamał,
ja też bym się załamała, gdyby nie one. Umiały dodać mi
wiary w siebie, wytłumaczyć, że warto się trudzić. Tym mądrym
(a przy tym uroczym!) kobietom po prostu zależało, żeby
polskiej literaturze dla dzieci przysporzyć nowych piór i
nowych tytułów!
To nastawienie
bardzo dobrze się mieści w tradycji Naszej Księgarni,
wydawnictwa, o którego zasługach, wpływach i starannej,
sensownej strategii wydawniczej jakoś dziś dziwnie cicho. A
przecież to Nasza Księgarnia ukształtowała całe pokolenia
polskich dzieci, działając częstokroć „pod wiar” i „pod
prąd”, wydając najwspanialsze i najbardziej ukochane książki
z literatury polskiej i światowej, z największym staraniem i
na najwyższym poziomie edytorskim. Miałam jeszcze szczęście
poznać – przed jej przejściem na emeryturę – panią
Hannę Lebecką, dyrektorkę Naszej Księgarni, wspaniałego
fachowca i znawczynię literatury. Jej styl kierowania
wydawnictwem można by dziś stawiać za wzór najróżniejszym
wydawcom nowej generacji. A ile mnie nauczyły tzw. recenzje
wewnętrzne – małe, pouczające dziełka sztuki, które
pisywał dla Naszej Księgarni pan Stanisław Zieliński!
– Jedną
z Pani ciekawszych powieści jest „Opium w rosole” i choć
to książka dla młodzieży, wielu uznaje ją za jeden z
lepszym utworów o stanie wojennym. Jaka była historia „Opium”?
Czy były duże kłopoty z cenzurą?
– Bardzo
nieduże, ot, tyle tylko, żeby móc się pochwalić
kombatanckimi zasługami, że to niby ja i nadstawiałam pierś...
Skończyłam „Opium w rosole” w roku 1983, ale książka
musiała przeleżeć trochę w wydawnictwie, czekając na
sprzyjający moment. Do Naszej Księgarni przybył właśnie
wtedy taki młody, ostry, bojowy z samego KC i przyniósł listę
pisarzy, których nie należy wydawać ani nawet wznawiać.
Zaszczytną tę listę otwierał Marian Brandys, a ja byłam
gdzieś tak pośrodku... bo była to lista alfabetyczna. Ówczesny
dyrektor wydawnictwa, pan Czesław Wiśniewski (dziś już na
emeryturze), powiedział temu młodemu: „Dopóki ja jestem
tutaj, będzie się wydawać przede wszystkim książki dobre, a
potem dopiero – słuszne”. I młody poszedł, razem
ze swoją listą. Niemniej jednak wydawnictwo działało z
rozwagą i ostrożnie.
Moja książka była
okropnie ostra w tej pierwszej wersji, ponieważ uczciwość
nakazywała mi wywalić wszystko, co miałam na wątrobie, nie
bacząc na konsekwencje. Wydawnictwo musiało jednakże na nie
baczyć. A tymczasem moja powieść silnie przypominała
biuletyn informacyjny, większość zaś bohaterów albo działała
w opozycji, albo już była w obozie dla internowanych...
Przerobiłam ją więc znów od początku. Wydawnictwo wiedziało,
na ile możemy sobie pozwolić – ja nie miałam takiego „ucha”.
Ale i tak pozwoliliśmy sobie na całkiem dużo, tyle że
sprytnie. Ingerencja cenzury dotyczyła jednego zdania: „W
poprzek ulicy przejechała kolumna samochodów milicyjnych i wozów
pancernych”. To zdanie wyrzucono z tekstu powieści
drukowanej najpierw w odcinkach w czasopiśmie NK-„Płomyk”
(ale po pierwszej cenzurze zdanie redakcja wsadziła z powrotem.
I jest tam), a reszta – demonstracje, rocznice
trzynastego, protesty uczniów ubierających się na czarno,
niedziele pod pomnikiem Mickiewicza, obok którego stoi Pomnik
Poznańskiego Czerwca 1956 (o czym chyba cenzorzy warszawscy nie
wiedzieli), suki skręcające w ulicę Kochanowskiego – to
wszystko przeszło, ku uciesze publiczności.
– A
jak Pani przyjmuje opinię, że „Opium” jest książką
o stanie wojennym? Jest Pani autorką powieści dla nastolatków,
a nie Markiem Nowakowskim czy Tadeuszem Konwickim.
– To jest
przede wszystkim powieść o dziecku, które szuka miłości. Cała
reszta wynikła z tego, że to dziecko żyje w określonym
czasie, w tym naszym świecie. Książek o stanie wojennym nie
powstało zbyt wiele. Chyba wiem dlaczego, bo sama musiałam się
zmierzyć z tym trudnym tematem. Otóż, jeśliby nie przyjęło
się, jak ja, punktu widzenia dziecka, takiego naiwnego, z głupia
frant spojrzenia z boku – musiałoby się popaść w
tendencyjność. A – jak pisał Andrzej Kijowski –
tendencja zabija sztukę.
Mnie ten temat
kosztował sporo wysiłku. Umowę podpisałam z Naszą Księgarnią
w czerwcu 1980 r. Miałam napisać kolejną beztroską powieść
dla panienek we współczesnych realiach. Musiałam dotrzymać
umowy, bo wzięłam zaliczkę (i natychmiast ją wydałam). A tu
Historia ruszyła galopem i długo nie można było się połapać
w sytuacji. Toteż pisanie zajęło mi w sumie pięć lat
– licząc te wszystkie aktualizacje, poprawki i uzupełnienia.
Napracowałam się nad tą książką tak, że do dziś nie mogę
jej czytać.
– Pewne
książki dotyczące początku lat 80. fatalnie się zestarzały,
a „Opium” czyta się z zainteresowaniem i zdumieniem, że
niby o stanie wojennym, a jednak sztuka, nie serwis i
propaganda.
– Tu jeszcze
raz podkreślę rolę moich redaktorek, które wspólnymi siłami
nauczyły mnie, co to jest sztuka niedopowiedzenia. Nauczyły
mnie, że nie trzeba krzyczeć pełnym głosem ani mówić
wszystkich słów, jakie mi przyjdą do głowy. Że mogę
spokojnie powiedzieć jedno, właściwe słowo, które będzie
mocniejsze niż dwadzieścia pięć słów wykrzyczanych.
– Przeczytałem
kiedyś w piśmie „Ład”, że jest Pani najlepszą
pisarką katolicką. Trochę się wystraszyłem, że robią Pani
gębę.
– Chwileczkę,
nie taka to znów brzydka gęba... Ale poważnie: jestem urodzoną
solistką. Nie lubię klasyfikować ludzi wedle gatunków
– i nie lubię, gdy mnie ktoś klasyfikuje. Obawiam się
wspólnych haseł (bo one lubią ulegać zwyrodnieniu) i
biegania z jakimś transparentem, chyba że sama go sobie wypiszę
(eee, nie, i tak bym nie biegała!). Jak mnie kto pakuje w jakąś
szufladkę to uciekam. Tak się boję, że będę musiała w
niej siedzieć.
Oczywiście, świat
wartości chrześcijańskich jest mi bardzo bliski, jestem wszak
praktykującą katoliczką, ale nie chcę, żeby moje książki
były tylko dla katoliczek. Chcę pisać dla wszystkich dziewcząt:
wierzących, niewierzących i inaczej wierzących. Chcę, żeby
każda z nich mogła znaleźć w moich powieściach coś dla
siebie, coś uniwersalnego. O, wspomnę tu przy okazji o mojej
ulubionej zaprzyjaźnionej szkole, miłej szkole, Technikum
Gospodarczym Sióstr Urszulanek SJK w Pniewach koło Poznania.
Jest to jedno z bardziej budujących i podnoszących na duchu
miejsc, w jakich się znalazłam. Dziewczęta, które mają być
w przyszłości technologami żywienia, kształci się tam z
najwyższą starannością także i w takich dziedzinach, jak
sztuki piękne. Przypomina mi to wiersz, nie wiem już czyj: „W
dawnych dniach architektury budowano z równą troską jawne i
ukryte mury, licząc się z wszechwiedzą Boską”.
Wychowywanie tych dziewcząt w Pniewach przypomina mi właśnie
budowanie gotyckich katedr. To w Pniewach usłyszałam z ust
siostry dyrektorki zdanie: „Chcemy, by nasze dziewczęta
zrozumiały, że INNY nie znaczy: gorszy, tylko: JESZCZE
BARDZIEJ CIEKAWY!”
No i jeszcze dodam
rzecz istotną: nie zamierzam pisać książek moralistycznych,
ideologicznych czy dydaktycznych. Ja jestem od powieści
rozrywkowych!
– Li
i jedynie?
– Li i
jedynie. Założyłam, że będą to powieści humorystyczne,
współczesne, podnoszące na duchu te smutne, zestresowane
dzieciaki. Boję się uderzyć w górne tony, bo jestem pogodny
wesołek (każdy powinien znać swoje miejsce, jak mówi przysłowie
chińskie: „Mędrzec wie, kim jest”). Nie znaczy to
jednak, że mogę spokojnie przyjmować zarzut, iż moje książki
są przesłodzone i upiększają rzeczywistość. Jestem zawsze
mocno dotknięta niesprawiedliwością tego zarzutu, ponieważ
nigdy nie zamierzałam pisywać dzieł będących zwierciadłem
tragizmu egzystencji. Nie aspiruję do takich wyżyn. Myślę,
że gdybym kiedyś zdecydowała się napisać coś takiego,
czytelnik przewróciłby się ze śmiechu. Jednakże pisząc
moje wesołe kawałki, trzymając się obranej konwencji, nie
mogę uniknąć wmieszania w ważne sprawy współczesności.
Takie czasy. Tyle, że bronię się przed gadaniem serio,
wykpiwam się od poważnego ględzenia. Śmiechem też można
wiele zdziałać.
– OK,
ale dlaczego miłośnikami Pani książek są dorośli?
– E, ci to
nie są prawdziwi dorośli. Oni jeszcze nie zapomnieli, jak to
jest: być dzieckiem. Bo oni to dziecko wciąż mają w sobie. I
całe szczęście, że tak jest.
– Czy
potrafiłaby Pani skończyć jakąś powieść bez happy endu?
– A pewnie,
że bym potrafiła. Ale nie wolno mi tego! Pewien mój wierny
Czytelnik, Bardzo Kochany Przyjaciel i Nauczyciel, starszy pan,
który już niestety nie żyje, wymógł na mnie obietnicę, że
każda moja książka będzie miały happy end. Nie można
rozczarować kogoś, kto sięga po moją powieść z zaufaniem,
oczekując pociechy i rozrywki. Nie wolno mi czytelnika zawieść
– złe, smutne zakończenie byłoby wbrew prawom gatunku.
– Jak
odczuwa Pani ciężar popularności?
– Dla mnie
to wcale nie ciężar, a jak już – to słodki. Prawdę mówiąc,
to wszystko, co łączy się z pisaniem, znajduje się na
marginesie mojego prawdziwego życia, które jest wypełnione
dziećmi. Dlatego też nie mam uczucia, że jestem taką
Prawdziwą Pisarką. Prawdziwa to ja jestem jako mama czworga
dzieci.
Dziwi mnie bardzo,
że przy tym wszystkim dostaję nagrody. Popularność nie dziwi
mnie wcale, jakoś zawsze wiedziałam, że czytelnicy będą
lubić moje książki, skoro ja sama się zaśmiewam przy
pisaniu. Mam w ogóle dobry kontakt z ludźmi, bo ich lubię. I
lubię też moich nieznanych czytelników, toteż fakt, iż oni
odpłacają mi sympatią, nie jest żadną niespodzianką.
Natomiast pochwały poważnych krytyków i bardzo poważne
nagrody... hm, można powiedzieć: i cieszą, i peszą. Wiem,
jak daleko mi do doskonałości. Natomiast zachwycają mnie
nagrody w plebiscytach nastolatków, na przykład „Orle Pióro”
od czytelników „Płomyka”. Popularność bywa nieco kłopotliwa,
kiedy te wszystkie spontaniczne istoty przychodzą mi do domu. Mój
mąż znosi to dzielnie, ale już jakby z coraz większym wysiłkiem.
Tylko... trudno je wyrzucać, one czują się zaproszone! Przyjeżdżają
ze Śląska, z Kielc, Gdańska i Warszawy, z małych wsi i
miasteczek.
– Zjawiają
się na...?
– Na
obiadek, tak jak Geniusia z „Opium w rosole” pojawiała
się u ludzi, którzy przypadli jej do serca. Albo piszą listy.
– A
o czym piszą?
– Dostaję
nawet i kilkadziesiąt listów dziennie. Dziewczyny (ale także
ich mamy, bracia, babcie i... dziadkowie!) dzielą się przede
wszystkim wrażeniami z lektury, wyrażają sympatię i chcą się
zaprzyjaźnić. To niezwykle miłe, to największa nagroda.
Bywają i wesołe numery. Dostaję na przykład list: „Pani Małgosiu,
o Jezu, jak ja się ucieszyłam, że Pani jeszcze żyje! Myślałam,
że Pani już od dawna jest tylko klasykiem!”. A inna
dziewczyna pisze smutno, że moje książki są owszem fajne,
ale dla dziewcząt z małymi problemami (być może to prawda,
jeśli małym problemem jest samotność czy poczucie niższości).
Ta dziewczyna pisze, że dała „Noelkę” swojej przyjaciółce-narkomance
i usłyszała: „To nieprawdziwe!”. Obawiam się, że ze
swego punktu widzenia narkomanka miała rację, bo jej nie pomogą
książki. Moje czy innych autorów.
Po „Noelce”
piszą do mnie dziewczyny „z małymi problemami”, że
zrozumiały, czytając tę książkę, iż Wigilie w ich domach
są zimne i pełne gniewu, że ich rodziny nie wiedzą już, jak
należy świętować. I że kiedy już będą miały własne
domy, to – znając nareszcie „szczegóły
techniczne” – na pewno przygotują Wigilię taką,
jaką mieli moi powieściowi Borejkowie.
– Jaka
jest Pani recepta życiowa?
– Bo ja
wiem, czy w ogóle ją mam... Ale moją zasadą jest chyba: być
pożytecznym. To w ogóle zasada naszej Mamy, która dopiero
wtedy czuje, że żyje, gdy może się ludziom na coś przydać
(modlitwa mojej córeczki: „I dziękuję Ci, dobry Panie Boże
za to, że Babunia jest taka pożyteczna!”). Może to jest
wielkopolska zasada. W Wielkopolsce to jest dobrze widziane: być
pożytecznym.
– Skoro
mówimy o byciu pożytecznym i czynieniu dobra: pastor Robert
Gamble zorganizował w poznańskim przejściu podziemnym Wigilię
dla samotnych i bezdomnych. To pomysł z Pani powieści „Noelka”.
Kim jest ten pastor i czym dla Pani stał się ten niezwykły
wieczór?
– Chętnie
opowiem o pastorze, bo bardzo go lubię. W ogóle – ludzie
do niego lgną! Bujna postać: jest duchownym amerykańskiego Kościoła
Episkopalnego, przy tym służył w marynarce wojennej i potrafi
prowadzić kuter torpedowy czy też ścigacz. Od dawna przyjeżdża
do Polski, którą bardzo polubił. Z Poznaniem ma związki
szczególne, założył w tym mieście Radio Obywatelskie, związany
jest z Zakładami Cegielskiego, przyjaźni się od lat z
robotnikami, sponsorował wydanie książek o Poznańskim
Czerwcu 1956. Radio Obywatelskie ma w podtytule: „Radio, która
słucha Ciebie”. Mogą dzwonić do radia wszyscy ludzie,
mogą mówić o wszystkim, co ich dotyczy, co boli, co cieszy
– z uwzględnieniem jednakże pięciu zasad, które pastor
wymyślił dla słuchaczy. Zawołam córkę Emilkę, ona je świetnie
pamięta, bo wciąż przesiaduje w studio, żyje tym radiem i
przyjaźni się tam ze wszystkimi.
EMILKA: – 1.
Posługujemy się językiem bez brzydkich słów.
2. Czas dzwoniącego
ograniczony jest do 2, 5 minuty.
3. Chwalimy lub
krytykujemy człowieka za to, co robi lub czego nie robi, a nie
za to kim jest.
4. Tylko Pan Bóg
wie, co jest prawdziwą motywacją drugiego człowieka. Dlatego
jeśli nie możemy zacytować wypowiedzi tego człowieka, to
powinniśmy powiedzieć: mam wrażenie, że taka jest jego
motywacja.
5. Podczas
programu stały gospodarz nie ma prawa do wyrażania własnej
opinii – współgospodarz ma takie prawo, ale stały
gospodarz – nie!
MAŁGORZATA
MUSIEROWICZ: – Kilka razy dziennie te zasady powtarza się
w radiu, w wersjach: Najkrótszej, Pokornej i Aroganckiej
– bo pastor jest przy tym człowiekiem obdarzonym pysznym
poczuciem humoru. Słuchacze przestrzegają tych zasad, w Radiu
Obywatelskim panuje tolerancja i kultura. Pastor wymyśla
codziennie osiem tematów na popołudnie i jeden na wieczór, a
także jeden specjalnie do programu dziecięcego. Są to najróżniejsze
tematy – metafizyczne i etyczne, i zupełnie zwykłe,
codziennie, na przykład: „Czy pamiętasz, kiedy po raz
pierwszy tańczyłeś ze swoją żoną?”. Z rzadka pytania
zatrącają o politykę, bo to jest apolityczna i neutralna rozgłośnia.
Jakie tam słyszy się historie, całe swoje życie ludzie
opowiadają albo dyskutują ciekawie i głęboko na temat przez
pastora wymyślony. To bardzo ciepłe, domowe i rodzinne radio,
z młodą i wyjątkowo miłą ekipą pracowników.
Kiedyś Bob zwrócił
się do mnie z pytaniem, czy można by czytać na antenie „Szóstą
klepkę”. Zaproponowałam ukończoną świeżo „Noelkę”
i czytałam ją w radio odcinkami, aż do 23 grudnia. To Bob
Gamble wymyślił, żeby tę powieściową Wigilię pod Rondem
przenieść w rzeczywistość. Powiedział: „Jako pastor wiem,
że ludzie wstydzą się przyjść do pomieszczenia, które ma
drzwi. Dlatego Rondo, przejście podziemne, jest miejscem
idealnym: można zajrzeć i zostać albo odejść niespostrzeżenie,
kiedy się człowiekowi nie podoba albo kiedy się
wstydzi”. Była to Wigilia dla wszystkich, którzy nie mają
dokąd pójść, nie tylko dla bezdomnych, ale także dla
samotnych. O to apelowały wszystkie cztery poznańskie
radiostacje, sponsorując całe wydarzenie. A ja zaapelowałam
jeszcze, żeby przyszli także i ci, którzy mieli w swych
domach udane, dobre Wigilie i chcieliby tym dobrem podzielić się
z innymi. I żeby przynieśli coś smacznego, choćby kawałek
piernika. Sponsorzy zapewnili posiłek dla 800 osób, ale chodziło
mi o to, żeby ludzie zechcieli coś dać od siebie. I proszę
sobie wyobrazić, jest godzina czwarta, moja Mama wieziona taksówką
na wieczerzę do nas mówi do mojego syna: „No, dziś
wieczerza wcześniej niż zwykle, żebyśmy tylko zdążyli na
ósmą pod Rondo!”, a na to wtrąca się taksówkarz: „Tak,
tak, słyszałem. Ta babka w radio mówiła, żeby przynieść
piernik – to ja biorę i też idę!”
I faktycznie,
ludzie nie zawiedli. Tylu ich przyszło! Aż mnie coś ścisnęło
za gardło, kiedy zobaczyłam jak niosą paczuszki i zawiniątka,
i nawet termosy! Składają to wszystko na stołach przed tymi
samotnymi i tymi nędzarzami. Potem prasa pisała, że pod
Rondem wytworzyły się dwa światy, nieprzenikalne – świat
biedy i świat zamożności. Cóż, myślę, że one się nie
wytworzyły, one po prostu – są. Ale jeśli nie można od
razu generalnie rozwiązać problemu trzeba starać się zrobić
coś pożytecznego w małej skali, wokół siebie. Jeśli nie można
pomóc całemu światu, może trzeba pomóc choćby jednemu człowiekowi.
Siły się sumują, kropla drąży skałę. Dzięki pomysłowi
Boba Gamble’a w ten święty, jakże radosny wieczór,
zobaczyliśmy na własne oczy, że tuż obok nas jest całe
morze niedoli, że są ludzie, którzy nawet w Wigilię nie mają
dokąd pójść, nie mają co jeść, nie mają z kim przełamać
się opłatkiem. To z pewnością przykra prawda, ale lepiej ją
sobie uświadomić niż zamykać oczy. Myślę, że celem
pastora Gamble’a jest budowanie od nowa zwykłej ludzkiej
solidarności, a do tego wszyscy jesteśmy potrzebni. Ja też się
przyłączam.
– Dziękuję
bardzo za rozmowę.
MAŁGORZATA
MUSIEROWICZ jest ilustratorem i autorką powieści dla dzieci i
młodzieży. Cykl powieściowy Jeżycjada („Szósta
klepka”, „Kłamczucha”, „Ida sierpniowa”, „Kwiat
kalafiora”, „Opium w rosole”, „Brulion Bebe
B.”, „Noelka”) zapewnił jej uznanie zarówno młodzieży,
jak dorosłych. Nic w tym dziwnego, bowiem oprócz interesującej
akcji i przedniego dowcipu, powieści Musierowicz wyróżniają
się staranną obserwacją psychologiczną, powagą, z jaką
autorka traktuje problemy bohaterów, które – choć
przydarzają się nastolatkom – są problemami najzupełniej
poważnymi: miłość, odpowiedzialność, nonkonformizm, godność.
Powieści Musierowicz są pełne pogody i życzliwości wobec świata.
Akcja Jeżycjady
rozgrywa się w Poznaniu. Cykl układa się w kronikę naszych
losów, np. „Opium w rosole” jest opowieścią o
pozbawionej miłości dziewczynce Genowefie Sztompke, ale i
interesującym opisem codzienności stanu wojennego; „Noelka”
opowiada o uczuciu, które nawiązuje się między parą
sympatycznych licealistów, ale i o przemianach, jakie przyniosła
odzyskana wolność. Te urocze powieści doczekały się wielu
nagród, uznania ze strony poważnych krytyków. „Opium”
przetłumaczono nawet na język japoński. Co najważniejsze:
kolejne wznowienia znikają z księgarń błyskawicznie, a każda
nowa powieść oczekiwana jest tak samo niecierpliwie.
|